Beta

Bądź na bieżąco - RSS

Historia pewnej głowy

2 września 2009 |
Tędy dotrzemy do muzealnych podziemi, fot. Jacek Sielski

Tędy dotrzemy do muze­al­nych pod­ziemi, fot. Jacek Sielski

Pań­stwowe Muzeum Etno­gra­ficzne w War­sza­wie to nie tylko ele­ganc­kie eks­po­zy­cje, atrak­cyjna kawiar­nia, wykłady czy odczyty. Pod tą upo­rząd­ko­waną   powierzch­nią kryje się znacz­nie wię­cej. Jak już mogli­ście wyczy­tać na naszym blogu, w pod­zie­miach tego  gma­chu miesz­czą się maga­zyny. Wcho­dząc tam zstę­pu­jemy w świat cha­osu. Odrzu­co­nych, nie pasu­ją­cych do żadnej cało­ści ele­men­tów, czę­ści skła­do­wych poten­cjal­nych wystaw. W ogrom­nych szu­fla­dach, na roz­ło­ży­stych pół­kach znaj­dziemy przed­mioty z całego świata — naczy­nia, zabawki, frag­menty stro­jów, instru­menty muzyczne , broń. Gdy spa­ce­ro­wa­łam pomię­dzy rega­łami, czu­łam się nieco zagu­biona. Te arte­fakty nie two­rzyły żadnej nar­ra­cji, były dla mnie obce, odle­głe, zagadkowe.Kusiło mnie, żeby je choć tro­chę sobie przy­bli­żyć. Naj­więk­sze emo­cje wzbu­dził we mnie bar­dzo nie­po­ko­jący eks­po­nat. Coś co nie mie­ściło się w żadnych, bli­skich mi sys­te­mach kla­sy­fi­ka­cji. Była to ludzka głowa. Głowa — tro­feum, maory­skiego … no wła­śnie kogo? Wodza? Nota­bla? O tym świad­czy­łyby ele­ganc­kie tatu­aże syme­trycz­nie wyry­so­wane po jego twa­rzy. Ale gdy zain­te­re­so­wa­łam się tą sprawą, oka­zało się, że odpo­wiedź na tę zagadkę nie jest wcale tak pro­sta do usta­le­nia.

Kra­ina tatuaży

Zapewne każdy z odwie­dza­ją­cych tę stronę zetknął się, choć powierz­chow­nie,  z maory­ską kul­turą. Nie­wąt­pli­wie pierw­szą rze­czą, która przy­kuwa uwagę,  są zja­wi­skowe tatu­aże pokry­wa­jące twa­rze i ciała jej przed­sta­wi­cieli.  Zało­ży­łam, że w prze­ci­wień­stwie do naszej współ­cze­snej kul­tury, gdzie tatuaż pełni jedy­nie funk­cję zdob­ni­czą i nie jest zna­kiem odsy­ła­ją­cym do żadnych zna­czeń, w kul­tu­rze tra­dy­cyj­nej musiał spra­wo­wać ważną funk­cje symboliczną.

Podróżników zachwycały zjawiskowe tatuaże, fot. Jacek Sielski

Podróż­ni­ków zachwy­cały zja­wi­skowe tatu­aże Nowo­ze­land­czy­ków, fot. Jacek Sielski

Pierw­szym podróż­ni­kiem, który odkrył i posta­rał się opi­sać kul­turę rdzen­nych miesz­kań­ców Nowej Zelan­dii, był znany nam wszyst­kim James Cook. Oczy­wi­ście także on był ocza­ro­wany nie­zwy­kło­ścią maory­skich tatu­aży (przez samych miesz­kań­ców wyspy nazy­wa­nych moko), poświę­cił im więc znaczne miej­sce w swo­ich rela­cjach. Zauwa­żył, że ich wzor­nic­two nie jest przy­pad­kowe, znacz­nie różni się od sie­bie w róż­nych rejo­nach wyspy, a także,  że wraz z wie­kiem tubylca jego ciało gęst­nieje od wzo­rów. Prak­tycz­nie nie ma wśród miesz­kań­ców osób, któ­rych ciała byłyby puste (wyjąt­kiem są nie­wol­nicy i dzieci). Pustka jest rów­no­znaczna ze szpe­totą. Nawet dłu­żej zamiesz­ku­jący wyspę misjo­na­rze przy­zna­wali, że prze­jęli od swo­ich sąsia­dów te kate­go­rie este­tyczne i twa­rze nie uma­lo­wane wydają im się mniej atrak­cyjne. Męż­czyźni byli obfi­ciej wyta­tu­owani niż kobiety. Tatuaż był oznaką pre­stiżu i ówcze­snym doku­men­tem toż­sa­mo­ści, a męż­czy­zna bar­dziej liczył się jako „oby­wa­tel”, czło­nek społeczności.Kobiety rów­nież pod­da­wały się temu bole­snemu zabie­gowi. Nie pozwa­lano, by ich usta pozo­stały czer­wone — uwa­żano to za oszpe­ca­jące, tatu­owano im więc wargi i podbródki.

Zapi­sane w ciele

Obser­wa­to­rzy maory­skiej kul­tury pró­bu­jąc dociec zna­cze­nia tego zja­wi­ska, snuli różne przy­pusz­cze­nia. Ich uwagę przy­kuł fakt, że miesz­kańcy komu­ni­ko­wali się za pomocą sym­boli, hie­ro­gli­fów. Gdy wódz jed­nego ple­mie­nia wypo­wia­dał innemu ple­mie­niu wojnę , prze­sy­łał jego przy­wódcy wyta­tu­owa­nego ziem­niaka. Waż­niej­szym i sze­rzej opi­sa­nym spo­strze­że­niem jest jed­nak nada­nie tatu­ażom rangi euro­pej­skiego herbu, z tą jed­nak róż­nicą, że wyra­żał on toż­sa­mość indy­wi­du­alną osoby, którą zdo­bił, a nie toż­sa­mość zbio­rową jako członka jakie­goś klanu. Gdy na wyspę przy­byli Euro­pej­czycy, Maorysi w zawie­ra­nych z nimi pisem­nych umo­wach posłu­gi­wali się nawet swoim wzo­rem tatu­ażu zamiast pod­pi­sem. Te ozna­cze­nia były ważne ze względu na moż­li­wość iden­ty­fi­ka­cji zwłok wojow­nika po jego śmierci na polu bitwy. Po tatu­ażu można było poznać, z jakiego klanu wywo­dzi się dana osoba i jaką ma pozy­cje społeczną.

Bole­sna droga do piękna

Sam pro­ces tatu­owa­nia można porów­nać do fazy limi­nal­nej (przej­ścio­wej) obrzędu przej­ścia. Ten, który się jemu pod­dał ( u Maory­sów był to

Narzędzia ze zbiorów australijskich, fot.Jacek Sielski

Narzę­dzia ze zbio­rów austra­lij­skich, fot.Jacek Sielski

każdy wolny czło­wiek, wcho­dzący w okres ado­le­scen­cji), uzy­ski­wał toż­sa­mość i swoje miej­sce w gru­pie. Puł­kow­nik Ruther­ford, który w 1816 roku został porwany wraz ze swoją załogą, a następ­nie był przez kilka lat wię­ziony przez jedno z maory­skich ple­mion, dostą­pił zaszczytu udziału w tej cere­mo­nii. Ini­cja­cja, tak jak każda cere­mo­nia, była  obcią­żona licz­nymi tabu, np. osoba pod­da­wana zabie­gowi nie mogła jeść ani pić doty­ka­jąc naczy­nia, poru­szać się (była więc kar­miona i pojona przez kobiety lub nie­wol­ni­ków), spo­ży­wać ryb lub potraw, które były wyta­tu­owane. Ważny był też zwy­cza­jowy zakaz oka­zy­wa­nia bólu. O to musiało być nie­zwy­kle trudno, bo, jak opi­sy­wał Ruther­ford, zabiegi trwały wiele godzin, po ciele tatu­owa­nego lała się krew, a rany nie­raz były tak głę­bo­kie, że gdy pod­dany ope­ra­cji czło­wiek zapa­lił fajkę, dym ulat­niał się przez jego policzki. Rekon­wa­le­scen­cja trwała nie­raz kilka mie­sięcy. Trudno się temu dzi­wić, bio­rąc pod uwagę,  jakich narzę­dzi uży­wano. Przed poja­wie­niem się Euro­pej­czy­ków były to drew­niane rylce lub ostre kości pta­ków, reki­nów, czy kość płe­twowa wie­lo­ryba. Póź­niej zastą­piono je żela­znym ryl­cem, który pły­cej zanu­rzano w skó­rze. Nie­stety inno­wa­cje, które zostały wpro­wa­dzone w tej dzie­dzi­nie przez Euro­pej­czy­ków, nie­ko­niecz­nie czy­niły ten pro­ces bez­piecz­niej­szym. Pod­czas gdy do tej pory jako barw­nika uży­wano natu­ral­nych pro­duk­tów ( z rośliny roz­kła­da­ją­cej się w gąsie­nicy — jako sym­bolu cze­goś znaj­du­ją­cego się na gra­nicy dwóch świa­tów:  zwie­rzę­cego i roślin­nego), teraz uży­wano m.in … pro­chu strzelniczego.

Łowcy głów

Nie­stety zachwyt podróż­ni­ków nad ory­gi­nal­no­ścią maory­skich form wyrazu ustą­pił miej­sca chci­wo­ści kup­ców i euro­pej­skiej żądzy posia­da­nia. Gene­rał Hora­tio Robley, który spę­dził w Nowej Zelan­dii wiele lat, opi­sał strasz­liwe pro­ce­dery, które były tego następ­stwem. Na XIX wiek przy­pada okres roz­woju muze­al­nic­twa w Euro­pie. To kolek­cjo­ner­skie zbiory, które two­rzyły ówcze­sne kom­naty oso­bli­wo­ści, sta­no­wiły pod­wa­liny roz­woju etno­gra­fii. Prze­by­wa­jący w odle­głych kra­inach podróż­nicy wyczuli popyt na wszystko, co „egzo­tyczne”, „dzi­waczne”, wła­śnie osobliwe.

W głowie zmarłego tkwi energia zwana tapu, fot.Jacek Sielski

W gło­wie zmar­łego tkwi ener­gia zwana tapu, fot.Jacek Sielski

Maorysi mieli zwy­czaj zacho­wy­wa­nia głów swo­ich zmar­łych, by nie zatarła się pamięć o nich, oraz by zacho­wać ich magiczną ener­gię zwaną tapu. Euro­pej­czycy dostrze­gli w tym zwy­czaju oka­zje do zaro­bie­nia dużych pie­nię­dzy.  Zaku­py­wali od ple­mion spe­cjal­nie zakon­ser­wo­wane, osu­szone głowy wro­gów, pole­głych na polu bitwy i odsprze­da­wali je kolek­cjo­ne­rom oraz muze­al­ni­kom. W zamian ofe­ro­wali tubyl­com broń, oraz meta­lowe narzę­dzia. Popyt na te oso­bliwe „pamiątki” stale rósł. Sami przy­wódcy ple­mion zauwa­żyli, że świeżo spre­pa­ro­wane głowy wyglą­dają nie mniej efek­tow­nie niż star­sze dawno zakon­ser­wo­wane. W celu zwięk­sze­nia zysków wybie­rali naj­mniej war­to­ścio­wych spo­śród swo­ich nie­wol­ni­ków, tatu­uowali ich twa­rze, by następ­nie pozba­wić ich życia i wysta­wić ich głowy na sprze­daż. Jeden z miej­sco­wych misjo­na­rzy opi­sał taką trans­ak­cję. Gdy kupiec skry­ty­ko­wał war­tość zdo­bie­nia jed­nej z głów, wódz wska­zał mu swo­ich nie­wol­ni­ków i zapy­tał „Która z tych twa­rzy podoba Ci się naj­bar­dziej? Tę, którą wybie­rzesz, każę odpo­wied­nio przy­go­to­wać”. Wśród nie­wol­ni­ków zapa­no­wał popłoch. W takich sytu­acjach zda­rzały się przy­padki ucie­czek i wykra­da­nia głów mają­cych iść na sprze­daż. Także na polach bitwy roz­gry­wały się dra­ma­tyczne sceny, kiedy tra­fieni wojow­nicy wzy­wali swo­ich braci, by chro­nili ich głowy przed tym poni­ża­ją­cym prze­zna­cze­niem. Wielki nie­po­kój wśród miesz­kań­ców wyspy wzbu­dzał fakt, że głowy były wysta­wiane w miej­sco­wych muze­ach i na spe­cjal­nych tar­gach. Docho­dziło do krwa­wych aktów zemsty na kup­cach, któ­rzy odma­wiali ludziom wyda­wa­nia głów ich krew­nych. Te incy­denty dopro­wa­dziły do usta­no­wie­nia przez Guber­na­tora Nowej Zelan­dii aktu, który naka­zy­wał cał­ko­wite zakoń­cze­nie owych praktyk.

Co pozo­stało?

XIX wieku tra­dy­cja moko zaczęła powoli zani­kać. Maorysi łatwo się zasy­mi­lo­wali i przy­zwy­cza­ili do nowych reguł życia spo­łecz­nego, więk­szość oby­cza­jów stra­ciła rację bytu. Dopiero w XX wieku, epoce deko­lo­ni­za­cji, sprze­ciwu wobec zachod­niej domi­na­cji, prze­kształ­ce­nia się tra­dy­cyj­nych spo­łe­czeństw we wspól­noty sym­bo­liczne, tatuaż powró­cił jako sym­bol maory­skiej toż­sa­mo­ści, ale nic poza tym.
Han­del gło­wami zaka­zany został pra­wie 200 lat temu, ale do dziś pozo­stają one w zbio­rach świa­to­wych muzeów. Od kil­ku­na­stu lat dzia­ła­cze maory­skich orga­ni­za­cji  wal­czą o powrót tych eks­po­na­tów do rodzin­nej ziemi i prawo do ich god­nego pochówku. Wielka Bry­ta­nia zade­cy­do­wała, że zgod­nie z ustawą z 2004 roku o „szcząt­kach ludz­kich”, te znaj­du­jące się w zbio­rach muze­al­nych, któ­rych wiek nie prze­kra­cza 1000 lat, mają być zwró­cone ich spo­łecz­no­ściom. Kon­tro­wer­sje w tej spra­wie miały miej­sce we Fran­cji, gdzie wystą­pił kon­flikt decy­zyjny pomię­dzy wła­dzami Rouen a Mini­ster­stwem Kul­tury o to, czy prze­cho­wy­wane w miej­sco­wym muzeum obiekty mają być ode­słane do Nowej Zelan­dii. Mini­ster Kul­tury nie wyra­ził na to zgody, argu­men­tu­jąc, że są one dzie­łem sztuki i pozby­cie się ich stwo­rzy­łoby strasz­liwy pre­ce­dens. Inne insty­tu­cje kul­tury powo­łują się na to, że głowy nie są wysta­wiane na wysta­wach, tylko trzy­mane w ukry­ciu, w odpo­wied­nich warun­kach. Sprawa jest skom­pli­ko­wana nie tylko praw­nie — wielu muze­al­ni­ków zwraca uwagę na to, że przed poja­wie­niem się Euro­pej­czy­ków Maorysi także nie­god­nie obcho­dzili się z gło­wami swo­ich wro­gów, póź­niej sami brali udział w pro­ce­de­rze han­dlu nimi, oraz, że ofiarą tego zja­wi­ska padli także miesz­kańcy wyspy nie będący Maory­sami. Nie­ła­two rów­nież dziś o usta­le­nie dokład­nego pocho­dze­nia poszcze­gól­nych obiektów.

Tajem­ni­cze zniknięcie

Co sie stało z drugą "głową"?, fot. Jacek Sielski

Co sie stało z drugą „głową”?, fot. Jacek Sielski

Praw­do­po­dob­nie, tak jak w przy­padku głowy znaj­du­ją­cej się w naszym muzeum, bra­kuje doku­men­tów, które wyja­śnia­łyby, jak tra­fiły one do zbio­rów. Pró­bu­jąc dowie­dzieć się cze­goś o tym obiek­cie, poroz­ma­wia­łam z pra­cow­ni­kami maga­zy­nów i działu inwen­ta­ry­za­cji. Jedyny zapis, jaki pozo­stał w księ­gach, to data wyce­nie­nia – 1970 rok. Wia­domo, że pocho­dzi ona ze zbio­rów nie­miec­kich, ale na jakiej zasa­dzie została prze­ka­zana  naszej pla­cówce, nie wia­domo. Infor­ma­cje, które uzy­ska­łam, to plotki i aneg­doty. Poza widzianą przeze mnie głową, w muzeum kie­dyś znaj­do­wała się także druga, która w doku­men­ta­cji nie pozo­sta­wiła po sobie żadnego śladu. Jedna z histo­rii mówi, że była źle utrzy­mana i muzeum oddało ją zakon­ni­kom w Pie­nięż­nie, by tam doko­nali jej pochówku.

Czy będzie można zoba­czyć „głowę” ?

Czy­tel­nika zapewne zasta­na­wia, czy będzie on mógł zoba­czyć opi­sany przeze mnie obiekt na wła­sne oczy. Odwie­dza­jący muzeum mieli szansę go ujrzeć na pierw­szej wysta­wie sta­łej poświę­co­nej Austra­lii i Oce­anii, był on wysta­wiany także cał­kiem nie­dawno na eks­po­zy­cji pre­zen­tu­ją­cej różne tech­niki zdo­bie­nia ciała, gdzie, jak wspo­mi­nają pra­cow­nicy Działu Etno­gra­fii Kra­jów Poza­eu­ro­pej­skich, cie­szył się  naj­więk­szym zain­te­re­so­wa­niem. Spe­cy­fika tego „eks­po­natu” spra­wia, że nie jest on łatwy w utrzy­ma­niu, powi­nien znaj­do­wać się w spe­cjal­nych warun­kach. Ist­nieje jed­nak szansa, że znów ujrzy on świa­tło dzienne.
Pozo­staje tylko bacz­nie obser­wo­wać, co dzieje się w muzeum, bo ma ono w swo­ich zaso­bach jesz­cze wiele rze­czy, które zadzi­wiają  i budzą emocje.

Korzy­sta­łam z książki Hora­tio Robley’a „Moko or the Maori Tato­oing”.

Kategorie: muzeum, wystawy

Przeczytaj koniecznie również:

2 komentarze do “Historia pewnej głowy”

  1. slawo napisał/a:

    Bar­dzo fajny pomysł, aby pisać o tym, co zawie­rają te zbiory muzeów, które z róż­nych przy­czyn nie są aktu­al­nie eks­po­no­wane. O ile się nie mylę, kazde muzeum ma takie zbiory. Cze­kam więc na kolejne teksty!


  2. Dr. James L. Castner napisał/a:

    Hello, I study and authen­ti­cate shrun­ken heads or tsant­sas. I have writ­ten a book on this sub­ject and col­la­bo­ra­ted on a book about over­mo­de­led skulls. I also have a great inte­rest in the mum­mi­fied Maori heads or Moko. Could you ple­ase con­tact me and let me know who the cura­tor is in charge of the Maori arti­facts? I would be glad to send the museum gra­tis copies of my books Shrun­ken Heads and Over­mo­de­led Skulls. Thank you very much for your kind assi­stance. Sin­ce­rely, Dr. Jim Castner


Napisz komentarz