Bądź na bieżąco - RSS

Moje malgaskie vintana – fragmenty zapisków terenowych

15 grudnia 2009 | Karolina Marcinkowska
Król Marcel, jego żona - obecnie król i ja, fot. Jarsyl Mamodje

Król Marcel, król Soazara (na codzień żona Marcela) i ja, fot. Jarsyl Mamodje

“Dlaczego akurat Madagaskar?” – powtarzające się pytanie Malgaszów i nie tylko. A ja dopiero teraz zauważyłam, że nie wiadomo dlaczego silę się zawsze na jakieś formułki typu: “bo to między Afryką a Azją, coś unikalnego, niepowtarzalnego, itd itp…i kult przodków i różnorodność…”. A to, co naprawdę czuję, odpowiedź, która jest najbliższa “mojej” prawdy, to – “bo takie jest moje VINTANA”. To jedno z tych trudno przetłumaczalnych, malgaskich słów, oznaczających coś między przeznaczeniem a drogą wytyczoną przez przodków. Przodkowie (a nie lemury!) to przecież główni panowie i władcy Czerwonej Wyspy. Nazwę kraju, dziwną i nic mi kiedyś nie mówiącą, pamiętam dobrze z dzieciństwa – to był moment, w którym znajomy mamy, różdżkarz, narysował mapę “moich” miejsc. Był Berlin, coś jeszcze brzmiącego dość domowo i… Madagaskar. Pamiętam, że pojawił się wtedy w mojej głowie trochę komiksowy, wielki znak zapytania i migający komunikat: “po co, na co i kiedy w ogóle bym miała się tam znaleźć??”. Teraz już wiem…!

Ciało futerałem dla królewskiej duszy

Nadine w momencie wchodzenia ducha króla w jej ciało, fot.Karolina Marcinkowska

Nadine w momencie wchodzenia ducha króla w jej ciało, fot.Karolina Marcinkowska

Twarz fryzjerki – opętanej Nadine - rozpromienia się, jak opowiada o swoim duchu czumba. To on sprawił, że wyszła cało z poważnej choroby, nauczyła się zawodu fryzjerki, dała sobie radę w ciężkich czasach. Dlatego też musi teraz służyć duchowi królewskiemu, który wybrał jej ciało jako tymczasowy futerał dla swojej duszy. Nie łatwo sprostać wymaganiom ducha, narzuconym przez niego zakazom i nakazom. Nadine może organizować ceremonie tylko we wtorki i środy (takie były – wedle skomplikowanych wyliczeń astrologów – sprzyjające dni dla króla), nie może jeść kurczaka ani pić piwa. Równocześnie, jej status w dzielnicy uległ znacznej przemianie – jest szanowana, lubiana i traktowana niejako z ostrożnością. Duch króla może się zemścić, jeśli zauważy, że ktoś zaszkodzi Nadine, która poniekąd jest częścią jego. Jej ciało jest niezbędne do zaistnienia spotkania żywych, potrzebujących rady i wróżby, ze zmarłym królem. Nie ma ani cienia zwątpienia, zażenowania, wszystko to, co mówi Nadine, pochodzi z głębi jej serca. Wygląda trochę tak, jakby mówiła o idealnym kochanku, wiernym i jedynym, któremu ufa bezgranicznie, który po prostu JEST ZAWSZE, jest częścią jej samej.

W poszukiwaniu straconego czasu – ceremonia “czumba” jako spotkanie idealne

Duch urzędnika w ciele Celestine, Majunga, fot.Karolina Marcinkowska

Duch urzędnika w ciele Celestine, Majunga, fot.Karolina Marcinkowska

Odwiedziny znajomej Celestine, opętanej przez ducha króla Soazara. Położenie jej domu, na wysepce przyklejonej do bajora wysychającego i wzbierającego wedle własnego widzi mi się, mogłoby spokojnie dorównać  benińskiemu Ganvie. Niewiele by trzeba, żeby zrobić z tego malowniczo-slumsowej okolicy turystyczną perełkę. Tylko pytanie, po co i na co, a przede wszystkim, czy którykolwiek mieszkaniec w ogóle czegoś takiego potrzebuje? Niestety zyski z turystyki nie wzbogacają zazwyczaj samych mieszkańców, czyniąc jedynie z ich codzienności dość nieznośną, fotografowaną przez efemeryczne tłumy rzeczywistość…

Coś takiego jest w tym zlepku budek z blachy falistej, mostków z byle jak rzuconych desek, ogólnego wrażenia prowizorki, że czuje się jakąś przedziwną harmonię, naturalnie wykreowaną przez ludzi. Jak w ukrytym mechanizmie zegarka, bo nie w pięknej, zewnętrznej tarczy czy paseczku ze skóry. Bo paseczka pewnie tu nawet nie ma. A propos zegarków, dałam szansę mojemu pomarańczowemu, ponoć niezniszczalnemu budzikowi. Dziś wyjęłam go z plecaka – wskazówka dygotała spocona raz w jedną stronę, raz w drugą, jakby czas kołysał się między chwilą przed “teraz” a chwilą “zaraz”. A “teraz” tu nie ma – na pewno jest “przed”… A takie dygotanie to, kto wie, może symbolizuje naturę duchów czumba, raz tam, raz tu, a właściwie nigdy “tu i teraz”. Gdzieś “pomiędzy”, “in betweex and between” – eh, ci klasycy antropologii!

No, ale wracając do domu Celestine – dobrze odnajduję się w malgaskiej rzeczywistości, chociażby fakt, że ktoś, kogo się szuka (jak ja poszukiwałam Celestine) zmienił dom, nie jest żadnym problemem. Bo wcześniej też nie miał adresu. Po prostu należy udać się w bliżej nieokreśloną “okolicę” i pytać o daną osobę. Można ją opisać, mówiąc, że mąż gra na akordeonie, bo przecież to, że mają dużo dzieci, w kontekście malgaskim nie jest raczej relewantne… Wyobrażam sobie, że tutaj wszyscy wiedzą wszystko o swoich sąsiadach bliższych i dalszych, a z drugiej strony nikt nie zagląda do domu, który zazwyczaj nie ma okien, a drzwi traktuje się jak nocny wachlarz. Tak sobie myślę, że panuje tu jakieś niepisane prawo nie powstrzymywania się od ciekawości (bo przecież co i rusz ktoś po prostu wchodzi i się przygląda, nie starając się nawet udawać, że nie jest ciekawy, co się dzieje u kogoś w domu) z równoczesnym szacunkiem dla “prywatności” innych – a ta na pewno oznacza co innego niż u nas.

Pech chciał (a raczej kolejny duch czumba), że Celestine nie uwolniła się łatwo od ducha. Przepychał się w jej ciele następny, tym razem urzędnik, który  (jak przestrzegał mąż Celestine) mało mówi i głównie siedzi na krześle. Nie bez przyczyny był za życia urzędnikiem – dlatego też pojawia się w białym, europejskim kapeluszu i bawełnianej koszuli. Jest dość gburowaty i ogólnie sprawia wrażenie kogoś, kogo niewiele cokolwiek obchodzi. Przyszedł nie pytany (czy to cecha urzędników?), po prostu bezczelnie się wepchnął bez kolejki, nie dając biednej, ciężarnej na dodatek Celestine chwilki wytchnienia. Był moment, w którym nawet miałam wrażenie, że rodzi – a tutaj hop! Urzędnik na krześle.

Kondukt pogrzebowy jak zimny prysznic

Siesta sprzedawcy mięsa, Majunga, fot.Karolina Marcinkowska

Siesta sprzedawcy mięsa, Majunga, fot.Karolina Marcinkowska

Przepisywanie i tłumaczenie nagranych w trakcie ceremonii wywiadów – sekundy przepisuje się w paręnaście minut, tracę powoli poczucie czasu, aż nagle… dobiegają mnie szalone dźwięki dęciakiów, nieprawdopodobnie ŻYWA muzyka, ciężka do określenia, bo nie wesoła, ale szybka, skoczna, choć nie do tańca. Piękna, jakby zupełnie prosta, ale o wymalowanej na twarzy (ta muzyka na pewno miała twarz) miłości do życia w czystej postaci. Zgadłam – to pochód pogrzebowy, ale co tam pochód – tłumek ludzi biegnących, nie obliczalnym truchtem grupy ludzi których łączy wspólny cel, tylko nieco oszalałym, choć w tym samym kierunku, opętanych wspólną ideą, może pamięcią o zmarłym. Nie może być smutno – nawet ochłapy mięsa wołu niesione na głowie wirują, nie pozwalając muchom na miły odpoczynek.  Przypomniało mi się o śpiącym sprzedawcy mięsa tuż za rogiem! Trębacze muszą być chyba wytrenowani żeby sprostać szalonemu tempu! Na chwilę, w której przebiega procesja, zasadniczo niespieszny i otumaniony upałem ruch uliczny fragmentarycznie zastyga, zanika gdzieś, kondukt to jak niewidzialna szarańcza działająca w jakiejś rzeczywistości obok tej widzialnej! Zadziwia mnie jak wspaniale działa ta muzyka, to jak zimny prysznic podczas gorącego dnia, jak łyk chłodnej wody, eh, coś banalnie prostego, ale jak bardzo sprowadzającego na ziemię. Zatacza pętlę znowu do Życia, do chwili, która ucieka, pewnie zderzając się z pochodem “pogrzebowym”.

Mangowe emocje

Pora na kolejne mango – tylko które? Dostałam zamiast dwóch siedem, trzy mają zieloną skórę. Myślałam, ze będą dojrzewać, a te przy obieraniu zapadają się w palce. Stoję nad umywalką i

Sezon mangowy w pełni, fot.Karolina Marcinkowska

Sezon mangowy w pełni, fot.Karolina Marcinkowska

pomarańczowy sok cieknie mi aż do łokci, tam się skrapla, a dziura od zlewu wsysa cały ten sok z odgłosem niewiele różniącym się od strużki wody. Obieram od góry, im mniej skórki, tym bardziej wszystko śliskie, mój mały nożyk ślizga się jak łyżwa na lodzie (obrazek lodowiska na Stegnach i mnie pędzącej na łyżwach, w tle hity z lat 70-tych, jakoś ima się mnie na Madagaskarze). Im mniej skórki, tym gorzej się trzyma, trzeba uważać, żeby

obślizgłe cielsko nie plasło i nie wiło się po umywalce. Wykrawam małe plastry i wrzucam je do gęby. Zaraz obklejona jestem pomarańczowym miąższem. Zęby pokryte śluzą mangową – pomiędzy nimi strączki pomarańczowe – zabawa na kolejne parę minut! Ale radość na duszy, tak się bawić z mangiem nad umywalką, szczególnie jak takie majstrowanie kojarzy się bardziej z myciem zębów no i nie ma takiego pysznego smaku, nie daje tyle radości!

Duchy czumba najlepszymi klientami!

Uśmiechnięty, wielki Hindus w białej podkoszulce wyłania się z nad sterty bali z różnokolorowymi materiałami wszelkiej maści. Jego żona, nieśmiało, ale ciekawsko nastawia ucha i podziwia z nieukrywanym uwielbieniem swojego rozgadanego męża, stojąc w jego cieniu, za jeszcze większą ilością bali. Jeszcze tydzień temu żył jego dziadek, byłby w stanie nawet ze swoimi 112 latami poopowiadać mi niemało – w to nie wątpię! Miałam na końcu języka pytanie: “przecież to, że umarł, nie oznacza, że nie można sobie z nim pogadać!”. No ale mój pan sprzedawca bławatnik, kolorów Indii nigdy nie zaznał, jest urodzonym na Madagaskarze muzułmaninem szyitą i  uznaje tylko jednego Boga. A wyznawcy czumba to… “ależ Madame!!! To moi najlepsi klienci! I to jacy wymagający, Pani droga!” aż wypieki na twarzy mu wyskakują! “Oooo śśś właśnie wchodzą przyjezdni z Mauritiusa, eh, ci to są nieszcześnicy, rozrzutnicy, kupują tyle, ile im duch czumba rozkaże! I Madame, żeby Madame wiedziała, to nie to, że koszula może mieć 4 guziki – 3 są obowiązkowe, a koszulka musi być Lacoste koniecznie, no oczywiście nie taka zupełnie seria limitowana, no to taka kopia troszeczkę, ale Lacoste musi być, bo jak nie, czumba się obrazi! I Madame, jak się poliester podepchnie to się obrażają, w życiu! Bawełna 100% musi być! A żeby Madame wiedziała, to niektóre duchy to i palta mieć muszą, i kapelusze takie, co to Turcy albo Marokańczycy noszą, z dzyndzlem czarnym koniecznie.

Hindus-bławatnik prezentuje ulubione tkaniny duchów czumba, fot. Karolina Marcinkowska

Hindus-bławatnik prezentuje ulubione tkaniny duchów czumba, fot. Karolina Marcinkowska

Albo kapelusze kowboja też lubią…O Madame, to bez nich to byśmy tu na targu padli!”. I spędzam wspaniałe popołudnie wśród metrów materiałów i tkanin przeróżnych, każdy o innej nazwie, jedna jako obrus dla ducha najczęściej kupowana, inna jako narzutka, chusteczka, lamba…

Wychodzę kupić moje ulubione śniadanko: 2 manga i kwadracik ryżopodobnego od uśmiechniętej babci, z którą zawsze zamieniam conajmniej 3 grzecznościowe pozdrowienia, przed zakupieniem gumowatej kosteczki, a ona też nigdy nie zapomina wspomnieć, że kosteczka jest całkiem czym innym niż inne kosteczki sprzedawane przez jej sąsiadów, bo jej jest słodka – przy tym uśmiecha się tak, że nikt nie jest w stanie się oprzeć, a wyobraźnia zaczyna pracować tak mocno, że szara kosteczka przemienia się w mały torcik z wisienką.

Mafana be!!!! Gorąco!

Złapałam się na tym, że wyostrza mi się uwaga na dźwięk zdania “Mais s’est vrai, eeee?” (“To prawda!”). To trochę jak nasze “za siedmioma górami, za siedmioma lasami”. I na 80, 90% będzie mowa o kulcie czumba! Tak naprawdę mam wrażenie, że jakiekolwiek nie byłyby wypowiedzi i tłumaczenia, każdy tu poniekąd wierzy w istnienie czumba. A na pewno wywołuje to tysiące widzianych i przeżytych historii, które na tyle odcisnęły się na wyobraźni moich rozmówców, że nie sposób ich zapomnieć.

Mafana be!!! Gorąco! Fot.Karolina Marcinkowska

Mafana be!!! Gorąco! Fot.Karolina Marcinkowska

Dzisiaj to faktycznie jest “mafana be” – bardzo gorąco!! To słowo odbija się echem na ustach tych niewielu, których spotykam na ulicy. Idąc na spotkanie z jedną z opetanych, silę się czasem na spowolnienie i staram nauczyć się malgaskiego tempa “przesuwania się”  (bo chodem ciężko to to nazwać, raczej łazem może). Wypracowałam system, który pozwala mi na szybkie (zgodne z moim rytmem) przemieszczanie się długimi, powłóczystymi krokami tak, aby wydawały się one wolne i nie odstawały aż tak bardzo od tempa reszty ludzi.

W nocy nachodzi mnie wielka chęć wskoczenia po raz trzeci pod przysznic, tak już nocną porą, bo też gorąc wisi nadal w powietrzu. Mój ulubiony prysznic z widokiem na ulicę (brak trzech cegieł) wolny o tej porze. Zamydlona gapię się przez szparę. Ehhh, warto było, bo też zapomniałam już, jak wyglądają ryksze pousse-pousse kiedy nie świeci słońce!!! To jak małe świetliki migoczące w ociężałym, gorącym powietrzu nocy – każdy rykszarz ma swój własny patent na przymocowanie lampki oliwnej, niektórzy nawet świecy w butelce plastikowej pod siedzonko klienta. To malutkie świtełko dynda sobie pod tyłkiem wożonego, oświetlając nieco pięty sunącego na zgiętych kolanach rykszarza. Jak dwie ryksze mijają się w nocy, światełka łączą swoją moc w miarę swoich skromnych możliwości, a przy odrobinie wyobraźni ma się wrażenie, że miejsce spotkania jest jasnością.

Kategoria: "z życia działu", Afryka, Antropologia kultury, badania terenowe

Jeden Komentarz dla “Moje malgaskie vintana – fragmenty zapisków terenowych”

  1. enea Napisł/a:

    mangowe emocje rzeczywiście musiały być niezłe,
    bo tekst aż ocieka sokiem ;>
    pychota karolko!


Napisz Komentarz