Muzea w stronę nowego
Pamiętam, jak dawno, dawno temu, zdaje się, że jeszcze w podstawówce, była zima podobna do tej teraz. Przypuszczam, że musiał być to mimo wszystko jakiś sezon ogórkowy, ponieważ nauczyciele, zamiast męczyć w gmachu szkoły, wyprowadzili nas na wycieczkę. Do Muzeum Etnograficznego.
I tutaj w zasadzie kończy się dokładność tego wspomnienia. Podejrzewam, że oglądaliśmy stroje ludowe i jakieś narzędzia, ale tego nie pamiętam. Mam jakieś mętne wrażenie takiego specyficznego zakurzenia i gablot. Przypuszczam, że mogliśmy nudzić się niczym mopsy – Muzeum nie zrobiło na nas większego wrażenia. Bardziej chyba poruszył mnie ten obfity śnieg na zewnątrz i gruby wełniany sweterek, w który mnie ubrano, ponieważ obie te rzeczy pamiętam doskonale.
Muzeum Etnograficzne u progu 2010 roku to zupełnie co innego. Dysponuje kawiarnią, księgarnią, kinem. Urządza rozmaite imprezy, koncerty, warsztaty. Ogranicza gabloty i stawia na bardziej obrazowe sposoby przedstawiania. Na przykład na wystawie stałej dotyczącej Afryki biżuteria, strój i narzędzia są prezentowane na specjalnym manekinie, wyglądającym jak żywy. Być może dzięki temu dzieci szkolne nie budują sobie wizji Afryki jako kontynentu zagablotowanego. W ogóle zdawać by się mogło, że zadziwiająco duża frekwencja na warsztatach dla dzieci i rodziców, tłumy na wernisażach i koncertach oraz innych imprezach są wystarczającym dowodem na to, że bycie w Muzeum jest obecnie najbardziej popularną formą rozrywki.
No właśnie, “bycie w muzeum”. Muzeum chce przyciągnąć widzów — funkcję popularyzatorską pełnią m.in. filmy, muzyka i tartinki. Imprezy rzeczywiście spełniają swoją rolę — na niektóre koncerty, a już szczególnie na Noc Muzeów, ściągają tłumy. Pomimo tego, że Muzeum stara się dziś tworzyć wystawy interaktywne, multimedialne i na wszelkie sposoby zadziwiające zwiedzających, to jednak na co dzień nie szturmują oni ekspozycji. Na wystawie „Zakochany Chopin. Inspiracje mazowieckie” możemy nie tylko obejrzeć eksponaty, ale też posłuchać fonogramów, a wystawa szopek krakowskich nie tylko prezentuje te miniaturowe budowle — są też nagrania (np. szopki przygotowanej przez aktorów teatru „Guliwer”) oraz możliwość ułożenia własnej kolorowej szopki.
Powstają przeróżne projekty wystaw, mających na celu zaangażować widzów, zachęcić ich do współtworzenia wystawy, zaproponowania czegoś od siebie. Muzeum wychodzi do ludzi — organizuje LARPy, etnobazary, dyskusje, cykle filmowe. Podobnie czynią inne muzea na całym świecie. W Warszawie mamy niedawno powstały przykład „nowego” muzeum — Muzeum Powstania Warszawskiego. Cieszy się ono dużą popularnością, o czym świadczą liczne zachwyty nad taką nowoczesną formułą muzeum. Są też głosy krytyczne, zazwyczaj dotyczące wyznaczenia granicy pomiędzy szacunkiem do historii a rozrywką. Tragizm historii Powstania sprawia, że niezwykle ważne wydaje się ustalenie takiej granicy.
W „Etnografii Nowej” możemy przeczytać bardzo interesujący artykuł prof. Czesława Robotyckiego Czy można współcześnie tworzyć muzea etnograficzne? Tekst przywołuje artykuł Aleksandra Jackowskiego z 1993 roku Czy wymyślilibyśmy dzisiaj muzea etnograficzne? Mamy zatem do czynienia z dyskusją o przyszłości muzeów. Jackowski postuluje zmiany, jakie muszą zajść w muzeach i skansenach, aby mogły skutecznie pełnić swoje role w edukacji społecznej („patriotycznym wychowaniu narodu”). Robotycki, uznając aktualność tego zagadnienia, konfrontuje je z sytuacją muzeów 16 lat po publikacji Jackowskiego.
Zainspirowawszy się tą dyskusją, sama zaczęłam się zastanawiać nad wizją bliższej i dalszej przyszłości muzeów. Wiadomo, że gabloty już nie wystarczą. W multimediach, aktywizowaniu widza i podobnych praktykach tkwi potencjał nowych muzeów. Atrakcyjne są możliwości wypowiedzenia widzów na wystawie, przymierzenia stroju ludowego czy samodzielnego wykonania regionalnej ozdoby choinkowej. Pojawia się jednak pytanie, czy w działalności edukacyjnej i w imię spełniania swojej popularyzatorskiej misji, muzeum powinno iść w stronę rozrywki? Jeżeli tak, to jak daleko? Czy zabawa wyklucza poszanowanie historii, tradycji? Jak powinny być rozłożone akcenty na funkcje edukacyjne, popularyzatorskie i rozrywkowe? Czy należy robić z muzeum/skansenu wesołe miasteczko? A jeżeli już zrobimy zeń Disneyland, to gdzie jest autentyczność? Jakie są oczekiwania widzów?
Kategorie: "z życia działu", eksponaty, muzeum, wystawy










1 marca 2010 o godz. 09:29
Był kiedyś taki pracownik muzeum — Piotr Szacki. Pamiętam go jako kogoś, kto potrafił opowiadać o tych swoich „gablotkach” i „zakurzonych zbiorach” w taki sposób, że eksponaty zdawały się ożywać.
Jeśli muzeum czegoś potrzebuje, to właśnie takich ludzi — fachowców z pasją, a nie fasady złożonej z modnych słów (interaktywość, design). Postawienie na pseudonowoczesność nieuchronnie skończy się macdonaldyzacją w iście prowincjonalnym i folklorystycznym stylu.