Tajemnice Druzów — białe brody, pomarańczowe ciastka i opowieści o kosmicznym Umyśle
Zielony, złoty i czerwony: barwy pachnące spokojnym reggae i słońcem Etiopii. Mocne, intensywne, życiodajne. Miewają zaskakujące wcielenia – jak w przypadku pomarańczowego, słodkiego ciastka knafe. Ale bywają też pokrzepiające, szczególnie gdy poranek deszczowy, mglisty. Wtedy można go spędzić z kolorami w głowie, w przytulnej cukierni znajdującej się gdzieś w górach Karmel, na południowym wschodzie od miasta Haifa.
Niebieski, głęboki jak morze, jak niebo bezkresne, jak tuareski szal towarzyszący mi zawsze w moich podróżach. Chroni twarze wędrowców przed piaskiem i złym spojrzeniem, a mnie być może przed odnalezieniem się w szarości. Jeszcze biały, kolor najwyższej cnoty, czystości duszy i ciała. I długiej brody uśmiechniętego starca ze zdjęcia wiszącego nad barem, podpisanego: „Welcome to the Druze village, Daliat El Carmel”.
I tak, w jednej z wielu cukierni w tym małym miasteczku przytulonym równocześnie do gór i szosy, w oparach sziszy i z boskim, niepowtarzalnym smakiem knafe w gębie, rozmyślam sobie o kolorach i tajemnicach Druzów. Te pięć kolorów zdobi ich flagę i pięcioramienną gwiazdę – symbol religii i dziedzictwa kulturowego tej grupy narodowo-religijnej.
Barwy, smaki, klimaty pobudzające do wiecznie powracających w mojej głowie pytań związanych z Izraelem — krajem, który wielością swoich zagadek, paradoksów i sprzeczności przyciąga mnie już kolejny raz.
Druzyjska dusza a masowy popyt na ogólnoświatowe pamiątki
Pięć barw symbolizujących podstawowe zasady moralne oraz profetów religii Druzów, to na pierwszy rzut oka jedyne autentyczne odzwierciedlenie tego, co można zobaczyć w wioskach zamieszkanych przez tą społeczność. Mówi się o wioskach i do wiosek podążają też tłumnie wycieczkowicze izraelscy i inni ciekawscy /do których ja się też zaliczam/ marzący o odsłonięciu chociażby rąbka tajemnicy z życia owianych legendą Druzów.
Do Daliat El Carmel oraz pobliskiej Isfiya można z łatwością dojechać jednym z wielu szalonych busików-szerutów z Haify. Ciężko sobie teraz wyobrazić, że około 400 lat temu, w okresie osiedlenia się Druzów przybyłych tu z północnej Syrii, wzgórza Golan były niezamieszkałe, dzikie, wessane przez góry.
Osady te nie mają wiele wspólnego z wioskami: Daliat El Carmel to ciąg sklepików z pamiątkami i kawiarenek umieszczonych wzdłuż szosy głównej, w pięknym — choć stłamszonym nieco przez wszechobecny harmider i tandetę — krajobrazie górskim. A między szaliczkami, obrazkami i naszyjnikami, pochodzącymi chyba z każdego zakątka globu tylko nie z samego Daliat, miga biel bród druzyjskich sprzedawców.
W samym Izraelu Druzowie stanowią jedną z wielu mniejszości wyznaniowych i etnicznych - liczy sobie ona około 110 tysięcy członków zamieszkujących przede wszystkim w północnej części Izraela, na terenach prowincji galilejskiej i wzgórzach Golan.
Sami Druzowie nie uważają się za muzułmanów, mimo tego, iż ich religia wyrosła około tysiąca lat temu z egipskiego isma’ilizmu. Wolą określać się mianem Muwahiddun, czyli wyznawców „religii jedyności Boga” – inaczej unitarianizmu. Przez wieki ortodoksyjni muzułmanie uznawali Druzów za heretyków – w ich wierze widzieli więcej wpływów chrześcijaństwa, gnostycyzmu, zoroastryzmu i neoplatonizmu, niż islamu. Choć to właśnie zapożyczona z islamu szyickiego zasada taqiyyi – skrywania własnej religii, jest bodaj najbardziej charakterystycznym rysem ich wiary.
Na ulicach i w knajpach oraz oczywiście w licznych sklepikach z pamiątkami usiłowałam zagadać z siwobrodymi, wąsatymi panami w białych turbanach. Odpowiadano mi uśmiechając się czarująco, że podstawą religii Druzów jest jej Tajemniczość – tyle powinno mnie zadowolić. I powracano do zachwalania „tradycyjnych” fajek z Turcji, wyplatanych ręcznie dywaników z Radżastanu i plastikowych wielbłądów „made in China”, przypinając im na chybił trafił etykietkę: „druzyjskie”.
Nie dałam się ogłupić – poszukiwałam dalej. Za główną ulicą obklejoną sklepami widać betonową „bramę” z napisem: „Welcome to the traditional druze old Town”.
…
Duszo wszechobecna, druzyjska tajemnico, gdzie mogę odnaleźć Twoje ślady?
Hinduski Platon żongluje kolorami, a małżonki szuka w Internecie
A dusza, emanacja jedynego Boga, jest według Druzów wszędzie. Czasem ujawnia się pod postacią ludzką; wybrańcami byli m.in. Chrystus, kalif al-Hakim, Mojżesz, Muhammed. Porównuje się ich symbolicznie do zasłon twarzy zakładanych przez kobiety druzyjskie: za materialną formą ukrywa się Boska emanacja, wielki, kosmiczny Umysł.

Pyszne, pomarańczowe ciastko knafe, z serem, pistacjami i syropem różanym, pomaga na pewno w rozmyślaniach o kolorach i losie druzyjskich „wiosek”… fot. E. Paszkowicz
Poszukiwanie jedynego Boga jest więc bezcelowe, bo stworzona przez niego światłość, ujawniająca się między innymi w rozumie, słowie i innych emanacjach Jedynego, tworzą świat materialny i to, co nas otacza. Kto wie, może nawet w tym całym konsumpcyjno-turystycznym cyrku powstałym w „wiosce” Druzów przemyka gdzieś nieśmiało wędrująca, wieczna dusza…
Jeden z badaczy religii druzyjskiej porównał tę doktrynę do efektów zabawy żonglera, który rzucał w niebo różne kolorowe idee i łapał na przemian te, które mu akurat wpadały do ręki. Teoria emanacji Boga pachnie Platonem, reguła prawdomówności – Chrześcijaństwem, zasady żywieniowe – islamem, wędrówka dusz – hinduską wiarą w reinkarnację. Jedną z bardziej fascynujących idei druzyjskich jest właśnie przekonanie o równości wszystkich ludzi, która pochodzi z faktu nieustannego przemieszczania się dusz stworzonych przez Boga tylko jeden raz. Gdy ciało umiera, dusza przenosi się do kolejnego „futerału”, przenosząc ze sobą wszystkie stany ducha i przeżycia poprzednich właścicieli.
Zgodnie z tą zasadą Druzem nie można się „stać”, można się nim tylko urodzić – jest ich około miliona, rozproszonych po terenach Syrii, Libanu, Jordanii i Izraela, a ich dusze wstępują do kolejnych potomków druzyjskich z krwi i kości. Nie lada zagwozdką jest dla Druza znalezienie partnera! Tutaj także z pomocą przybiegły wynalazki technologii i cywilizacji konsumpcyjnej – powstała strona internetowa „Druz cafe”, która szczyci się łączeniem dusz druzyjskich i podtrzymywaniem zamkniętego kręgu wcieleń.
Ślady tajemnicy, ułamki historii, paprochy tradycji
Nie ma więc wśród Druzów potrzeby nawracania, przekonywania innych do swojej religii, nie ma też ceremonii religijnych czy oficjalnej liturgii, świąt religijnych, czy obowiązku pielgrzymki. Świętem jest codzienność, modlitwą — prawdomówność i szczerość wobec bliźnich, wiara w jedynego Boga i jego moc.
Wszyscy ludzie są równi, kobiety mają te same prawa, co mężczyźni, a sprawy społeczności omawiane są wspólnie w domach modlitw zwanych hilwah lub pomieszczeniach wydzielanych w domach prywatnych. To tam można dostrzec ślady tego tak silnego, choć niewidocznego gołym okiem dziedzictwa: starannie oprawione fotografie mędrców ‘uqqāl, gwiazdy o pięciu kolorowych ramionach, koszyki i tkaniny wykonywane jeszcze do niedawna wyłącznie przez Druzów…
Społeczności druzyjskie na Bliskim Wschodzie zawsze starały się utrzymać swoją neutralną postawę w kwestiach politycznych – w czasach protektoratu brytyjskiego na ziemiach Izraela, Druzowie trzymali się z dala od konfliktu palestyńsko-izraelskiego. Podkreślali swoją odrębność od wyznawców islamu i Arabów, zostali uznani przez rząd Izraela za odrębną grupę narodową i religijną (na podobieństwo Czerkiesów i Beduinów). Od 1948 walczyli u boku Izraelczyków i – w przeciwieństwie do Palestyńczyków – dostali od rządu izraelskiego oficjalne pozwolenie na wcielanie się do armii izraelskiej i obowiązek odbywania służby wojskowej.
Jeden ze spotkanych przeze mnie brodaczy druzyjskich szczycił się kameleonową naturą społeczności Druzów na całym świecie: „Druzowie w Izraelu to Izraelczycy, a w Polsce to Polacy! Są i u Ciebie, wyznają swoją tajemną religię w spokoju i harmonii z innymi, dlatego może jeszcze nie wiesz o ich istnieniu!”.
Ciężko mi było uwierzyć w istnienie Druzów nawet w ich własnej „wiosce”, zakopanej przez pamiątki z różnych stron świata i oblężonej przez tłumy przybyszy, których wyraźnie nie zaprzątała kwestia druzyjska, jakkolwiek tajemnicza czy wyjątkowa by ona była…
Warto było zawitać do Daliat El Carmel aby stwierdzić, że ostał się na pewno „welon” duszy druzyjskiej: sumiaste wąsy i biały turban. A tajemniczy uśmiech sprzedawców pamiątek przypominał o tym, że istota, której poszukiwałam, tkwi w ukryciu, bo religia Druzów jest Tajemnicą, która bądź co bądź przetrwała już około tysiąca lat…
Kategorie: "z życia działu", badania terenowe











