Beta

Bądź na bieżąco - RSS

Inny” też patrzy. Refleksje po wydarzeniu „Wieża Babel. Warszawa Wielokulturowa”

26 marca 2010 |

fot. MeganJane11, Flickr CC.

Nie­za­leż­nie od naszego sto­sunku do roz­ma­itych okre­śleń upłyn­nie­nia sym­bo­licz­nych rygo­rów, rela­ty­wi­za­cji podzia­łów i prze­kra­cza­nia arbi­tral­nych gra­nic, zazwy­czaj uzna­jemy lub przy­naj­mniej nie­świa­do­mie godzimy się z fak­tem, że pod­sta­wową kono­ta­cją roz­wa­ża­nego wciąż na nowo poję­cia „kul­tura” jest dziś wła­śnie róż­no­rod­ność, otwar­tość, wie­lość. Sprze­ciw wobec tej logiki inter­pre­ta­cji ozna­czać może kse­no­fo­biczne skłon­no­ści lub przy­naj­mniej skraj­nie kon­ser­wa­tywny tra­dy­cjo­na­lizm. Na szczę­ście taki rodzaj per­cep­cji współ­cze­sno­ści, pomimo wielu prze­szkód, jest sys­te­ma­tycz­nie wypie­rany ze sfery edu­ka­cji. Przy­kła­dem może być wyda­rze­nie nazwane „Wieża Babel. War­szawa Wie­lo­kul­tu­rowa”, na które zosta­łem zapro­szony jako przed­sta­wi­ciel Pań­stwo­wego Muzeum Etnograficznego.

Nie będę szcze­gó­łowo rela­cjo­no­wał prze­biegu owej imprezy, gdyż to, co chyba naj­bar­dziej w niej inte­re­su­jące zawiera się w pew­nej nad­bu­do­wie, w ogól­nym spo­so­bie, w jaki „Wieża Babel” pod­kre­śla pewne powszech­nie uzna­wane za pozy­tywne war­to­ści. Wszystko działo się w pią­tek 19 marca w sto­łecz­nym liceum im. Ste­fana Bato­rego, szkole od lat cie­szą­cej się opi­nią jed­nej z naj­lep­szych w kraju. Mnie przy­pa­dła rola uczest­nika dys­ku­sji pane­lo­wej, w któ­rej oprócz zna­ko­mi­tych przed­sta­wi­cie­lek insty­tu­cji nauko­wych, mode­ru­ją­cej debatę dr Kata­rzyny Wasz­czyń­skiej z Insty­tutu Etno­lo­gii i Antro­po­lo­gii Kul­tury UW oraz dr Joanny Wasi­lew­skiej z Muzeum Azji i Pacy­fiku, par­ty­cy­po­wali ucznio­wie z klas gim­na­zjal­nych i lice­al­nych. Obej­rze­li­śmy przy­go­to­wane przez uczniów filmy doty­czące etnicz­nego zróż­ni­co­wa­nia w War­sza­wie oraz krót­kie przed­sta­wie­nia mające na celu zapre­zen­to­wa­nie „innych kul­tur”, cza­sem też ich rela­cji z kul­turą pol­ską. Można było rów­nież skosz­to­wać potraw koja­rzo­nych z kuch­nią etniczną z wielu stron świata, od Włoch po Austra­lię. W auli będą­cej areną wszyst­kich tych dzia­łań, pano­wał iście wie­lo­kul­tu­rowy gwar, ciężko było o dłuż­szą chwilę ciszy. Ale niech to stwier­dze­nie nie zosta­nie odczy­tane jako zgryź­li­wość entu­zja­sty typowo kon­fe­ren­cyj­nej kon­wen­cji deba­to­wa­nia, któ­rym w żadnym wypadku nie mógł­bym sie­bie nazwać. Ten, jak mogliby powie­dzieć nie­któ­rzy, chaos, sta­no­wił istotny ele­ment imprezy. Taka jest prze­cież wie­lo­kul­tu­ro­wość – dyna­miczna, cza­sem trudna do opi­sa­nia za pomocą czy­sto nauko­wego instru­men­ta­rium językowego.

Dla mnie „Wieża Babel” sta­no­wiła oka­zję do reflek­sji nad podej­ściem do róż­no­rod­no­ści, pre­zen­to­wa­nym przez insty­tu­cje i odbior­ców ich dzia­łań, a nie róż­no­rod­no­ścią jako taką. Powi­nie­nem tu zwró­cić uwagę na pewien ter­mi­no­lo­giczny bała­gan, do któ­rego odnio­słem się także pod­czas samej debaty. Otóż, „wie­lo­kul­tu­ro­wość” bywa nie­kiedy przed­sta­wiana jako swo­isty punkt wyj­ścia do „dia­logu mię­dzy­kul­tu­ro­wego” – kate­go­rii stale obec­nej od kilku lat w reto­ryce Unii Euro­pej­skiej oraz innych mię­dzy­na­ro­do­wych orga­ni­za­cji pro­mu­ją­cych posza­no­wa­nie dla toż­sa­mo­ści, etyki i wizji przy­szło­ści for­ma­cji kul­tu­ro­wych żyją­cych coraz bli­żej sie­bie. Nie­stety, można odnieść wra­że­nie, że ów dia­log czę­ściej sta­nowi nie­odzowny skład­nik meta­ję­zyka wykształ­co­nego na potrzeby akto­rów biu­ro­kra­tycz­nego spek­ta­klu niż auten­tyczne zja­wi­sko. Idea, która legła u pod­staw defi­ni­cji tego kon­struktu jest tyleż zacna, co w dużej mie­rze nie­kom­pa­ty­bilna z potrze­bami poten­cjal­nych jej bene­fi­cjen­tów.  Przy­po­mnijmy, że biblijna Wieża Babel oka­zała się pro­jek­tem nie­moż­li­wym do reali­za­cji, gdyż Bóg nie zgo­dził się na ist­nie­nie kolek­tywu jed­no­myśl­nych ludzi, mogą­cych usta­no­wić nową, wła­sną „boskość” znaj­du­jącą wyraz w abso­lut­nej sku­tecz­no­ści wszel­kich swych dzia­łań. Dziś wizja abso­lut­nego poro­zu­mie­nia nie wydaje się nie­bez­pieczna ze względu na rze­komo „bluź­nier­czy” cha­rak­ter (Wieża Babel była w oczach Boga mani­fe­sta­cją ego­izmu czło­wieka, pra­gną­cego się­gnąć nie­bios bez apro­baty stwórcy, zawsze nad­rzęd­nego wobec ziem­skich istot), lecz w związku z rekon­fi­gu­ra­cją war­to­ści prze­ja­wia­jącą się w obec­nej afir­ma­cji róż­no­rod­no­ści. Mówimy dziś o koeg­zy­sten­cji i rów­no­upraw­nie­niu, nie o koniecz­no­ści homo­ge­ni­za­cji kul­tu­ro­wej w celu osią­gnię­cia boskiego sta­tusu. To oczy­wi­ste – zakrzykną osoby uzna­jące się za „tole­ran­cyjne” i „otwarte”. Jed­nak dia­log mię­dzy­kul­tu­rowy, para­dok­sal­nie, cza­sem wydaje się zde­cy­do­wa­nie nie­wy­star­cza­jąco „dia­lek­tyczny”, czego nie dostrze­gają upo­li­tycz­nione insty­tu­cje, czę­sto redu­ku­jące zna­cze­nie poro­zu­mie­nia mię­dzy wie­loma „innymi” do sche­matu efek­tyw­nej eko­no­micz­nie współ­pracy w budo­wa­niu „wspól­nego dobrobytu”.

Powyż­sze scep­tyczne stwier­dze­nia przy­ta­czam przede wszyst­kim z powodu domi­na­cji nie­po­ko­ją­cej ten­den­cji do posłu­gi­wa­nia się nie­mal wyłącz­nie humo­rem i ste­reo­ty­pami, dostrze­galną w pro­jek­tach przed­sta­wia­nych przez uczniów liceum im. Bato­rego. Nie jest to w żadnym wypadku domena wyłącz­nie tej spo­łecz­no­ści, lecz po pro­stu naj­pow­szech­niej­szy para­dyg­mat kon­stru­owa­nia wypo­wie­dzi na temat etnicz­no­ści i rela­cji mię­dzy róż­nymi gru­pami kul­tu­ro­wymi. Mogłoby się wyda­wać, że nie ma nic złego w wyśmie­wa­niu cech, zwłasz­cza tych nega­tyw­nych, stan­dar­dowo przy­pi­sy­wa­nych wła­snej i innym kul­tu­rom. W spek­ta­klach, do któ­rych się tu odno­szę, zna­la­zła się pokaźna dawka auto­iro­nii — to nie­zwy­kle istotne. Pomy­sły uczniów i spo­soby ich reali­za­cji jasno dowo­dzą jed­nego: uczest­nicy „Wieży Babel” uznają i świet­nie rozu­mieją pozy­tywny wymiar róż­no­rod­no­ści kul­tu­ro­wej. Nie mają nic wspól­nego z etno­cen­try­zmem ani żadną inną formą szo­wi­ni­stycz­nej wiary w supre­ma­cję „naszej” toż­sa­mo­ści. Jed­no­cze­śnie wyka­zują silne przy­wią­za­nie do wize­runku róż­no­rod­no­ści kul­tu­ro­wej jako pola twór­czych inte­rak­cji, spo­tka­nia roz­ma­itych sty­lów życia i szczę­śli­wych, wza­jem­nie tole­ru­ją­cych się zbio­ro­wo­ści. Jako główną, w skali glo­bal­nej, przy­czynę zmian miejsc zamiesz­ka­nia przez ludzi, ucznio­wie wła­ści­wie bez wyjątku wymie­niali takie czyn­niki jak: chęć pod­nie­sie­nia sta­tusu mate­rial­nego, zna­le­zie­nia bar­dziej kom­for­to­wego środo­wi­ska pracy, moż­li­wość roz­woju zawo­do­wego, zwią­zek z osobą innej naro­do­wo­ści etc. Cóż, trudno nie zgo­dzić się z tymi spo­strze­że­niami, choć ich opty­mi­styczna inter­pre­ta­cja może wzbu­dzać obawy. Emi­gra­cja zarob­kowa to nie tylko prze­lot do Lon­dynu, naj­pierw ciężka robota w gastro­no­mii, a póź­niej awans i szczę­śliwe życie w kosmo­po­li­tycz­nym oto­cze­niu. Zazwy­czaj jest to wypeł­niona cier­pie­niem tułaczka ludzi o bio­gra­fiach wypeł­nio­nych doświad­cze­niami wojen, klęsk żywio­ło­wych, nędzy, cho­rób i odrzu­ce­nia. Oto rodo­wód znacz­nej czę­ści naszej ide­ali­zo­wa­nej wie­lo­kul­tu­ro­wo­ści. Two­rzą ją mię­dzy innymi: setki Afry­kań­czy­ków pró­bu­ją­cych nie­le­gal­nie prze­do­stać się na hisz­pań­skie Wyspy Kana­ryj­skie; Chiń­czycy tygo­dniami podró­żu­jący w nie­ludz­kich warun­kach do Europy dzięki „pomocy” ofe­ro­wa­nej przez chci­wych prze­myt­ni­ków; hin­du­skie dzieci bie­ga­jące po wysy­pi­skach śmieci w poszu­ki­wa­niu jedze­nia, czy Polacy świad­czący nie­wol­ni­czą pracę na rzecz pozba­wio­nych skru­pu­łów wła­ści­cieli zakła­dów prze­my­sło­wych w zachod­niej Euro­pie. Wielu z tych wynisz­czo­nych fizycz­nie, pogrą­żo­nych w depre­sji i stra­chu ludzi nigdy nie będzie w sta­nie pro­mo­wać intry­gu­ją­cych, „egzo­tycz­nych zwy­cza­jów”, które uwiel­biamy pozna­wać przy oka­zji wie­lo­kul­tu­ro­wych festynów.

Nie pró­buję nikogo prze­ko­ny­wać, że o róż­no­rod­no­ści powin­ni­śmy mówić tylko przez pry­zmat czę­sto towa­rzy­szą­cej jej nie­spra­wie­dli­wo­ści. W żadnym razie nie ocze­kuję takiego podej­ścia od gim­na­zja­li­stów i lice­ali­stów. Oni powinni pozna­wać i pro­mo­wać róż­no­rod­ność jako wspólne dobro, z któ­rego bez względu na pocho­dze­nie, wyzna­nie i poglądy każdy winien wyno­sić jedy­nie pozy­tywne doświad­cze­nia. Nie należy jed­nak zapo­mi­nać, że budul­cem naszej róż­no­rod­nej (po)nowoczesności jest też cier­pie­nie milio­nów ludzi, któ­rego naprawdę nie poko­nuje się filan­tro­pij­nymi gestami, SMS-owymi daro­wi­znami, ani też poli­tycz­nymi ape­lami o pokój lub chwy­ta­ją­cymi za serce repor­ta­żami z gett biedy. Dla­tego poru­szyły mnie wypo­wie­dzi uczniów, któ­rzy powodu napływu Kore­ań­czy­ków do Pol­ski upa­try­wali jedy­nie w inwe­sty­cjach wschod­nio­azja­tyc­kich kon­cer­nów w naszym kraju. Nie wspo­mi­nali o pra­cu­ją­cych w kosz­mar­nych warun­kach, czę­sto za darmo, bry­ga­dach robot­ni­ków z tota­li­tar­nego pań­stwa rzą­dzo­nego przez Kim Dzong Ila lub o dzie­ciach ofiar wojny z lat 1950–53, które, na mocy poro­zu­mie­nia ówcze­snych władz PRL i komu­ni­stycz­nej Korei, część mło­do­ści spę­dziły w pol­skich domach dziecka.

Pod­czas „Wieży Babel” zabra­kło odnie­sie­nia do mniej spek­ta­ku­lar­nego wyda­nia róż­no­rod­no­ści kul­tu­ro­wej, jakim jest choćby pro­blem zani­ka­ją­cych świa­dectw mniej zna­nego obli­cza wie­lo­et­nicz­nego cha­rak­teru pol­skich ziem. Trzeba jed­nak przy­znać, że kwe­stia ta nie została cał­ko­wi­cie pomi­nięta – na wiel­kie uzna­nie zasłu­gują mło­dzi auto­rzy filmu uka­zu­ją­cego tra­giczny stan cmen­ta­rza żydow­skiego na Bród­nie. Nie był to mar­ty­ro­lo­giczny obraz nisz­cze­ją­cego zabytku, lecz celny komen­tarz do wybiór­czego cha­rak­teru stra­te­gii upa­mięt­nia­nia bru­tal­nie zdep­ta­nej żydow­skiej kul­tury przed­wo­jen­nej War­szawy i obec­nego rene­sansu zain­te­re­so­wa­nia tema­tyką Zagłady. Atrak­cyjne imprezy kul­tu­ralne i pro­jekty arty­styczne nawią­zu­jące do wspól­nej histo­rii Żydów i Pola­ków zde­cy­do­wa­nie łatwiej jest finan­so­wać i popu­la­ry­zo­wać, niż choćby pod­sta­wowe dzia­ła­nia kon­ser­wa­cyjne, nie­zbędne dla zacho­wa­nia mate­rial­nego świa­dec­twa tak waż­nej dla War­szawy kultury.

Repre­zen­ta­cja medialna ode­grała klu­czową rolę w per­cep­cji mniej­szo­ści etnicz­nych i naro­do­wych. Zna­la­zło się zatem miej­sce nawet na pre­zen­ta­cję spo­łecz­no­ści miesz­ka­ją­cych w War­sza­wie Austra­lij­czy­ków, okre­śla­nej zresztą mia­nem „mniej­szo­ści”, lecz nie poświę­cono uwagi Ormia­nom, Kara­imom, przed­sta­wi­cie­lom powo­jen­nej fali emi­gran­tów z Gre­cji, nie wspo­mi­na­jąc już o wie­lo­et­nicz­nego rodo­wodu osad­ni­kach nie­gdyś zalud­nia­ją­cych pod­war­szaw­skie tereny. Daleki jestem od two­rze­nia „indeksu waż­no­ści” kon­kret­nych grup dla dzie­jów War­szawy, lecz warto pamię­tać o tym, że róż­no­rod­ność kul­tu­rowa nie jest nagle poja­wia­ją­cym się feno­me­nem, lecz dłu­go­trwa­łym  pro­ce­sem, posiada swą histo­ryczną logikę.

Fran­cu­ski antro­po­log Marc Augé napi­sał w jed­nej ze swych ksią­żek, że ludz­kie życie jest swo­istą fik­cją, która prze­cina się z fik­cjami „innych”. Fik­cja nie ozna­cza tu fał­szu, wymy­słu, czy napi­sa­nej w wyobraźni histo­rii, lecz pewną opo­wieść. Czło­wiek zawsze sta­wia się na pozy­cji obser­wa­tora obcych, a repre­zen­tanci kul­tury zachod­niej mie­wają ku temu szcze­gólne skłon­no­ści. Augé pyta jed­nak, skąd pew­ność, że pod­glą­dany przez nas „inny” sam nie zaczął nas pod­glą­dać znacz­nie wcze­śniej? Jeśli wie­lo­kul­tu­ro­wość jest wła­śnie fik­cją „odgry­waną” przez innych, pamię­tajmy, że „inni” rów­nież oglą­dają spek­takl, w któ­rym akto­rami jeste­śmy my – „tole­ran­cyjni” obserwatorzy.

Kategorie: Antropologia kultury, Warszawa, wydarzenia

Przeczytaj koniecznie również:

Napisz komentarz