A jednak kwitnie — parę słów o teatrze ludowym
W tym tekście pragnęłabym napisać co nieco o teatrze, który traktowany jest przez media na tyle po macoszemu, że można mieć poważne wątpliwości nie tylko co do jego kwitnienia, ale nawet co do wegetacji. Niesłusznie. Teatr wiejski/ludowy/amatorski — jakby go nie nazywać — bo o nim będzie tu mowa, czuje się całkiem nieźle.
20 i 21 marca w Czarnym Dunajcu odbyły się Przepatrzowiny Teatrów Regionalnych Małopolski. Jest to pierwszy etap eliminacji do konkursu o wyższej randze — Regionalnych Sejmików Wiejskich Zespołów Teatralnych, których w Polsce jest pięć, a ich zwieńczeniem jest ogólnopolski Międzywojewódzki Sejmik, w którym biorą udział zwycięzcy z poprzedniego etapu.
Wybierałyśmy się z koleżanką z Warszawy do Czarnego Dunajca nie mając zielonego pojęcia, jak może wyglądać taki konkurs — chociaż udało mi się dostać program, nie wiedziałam nawet, gdzie Przepatrzowiny mają się odbywać. Kiedy wysiadłyśmy z autobusu przy rynku, który wyglądał dosyć ponuro, próbowałyśmy odnaleźć jakiś plakat z informacją o lokalizacji imprezy. Z tablicy informacyjnej dowiedziałyśmy się o niemal wszystkich dyskotekach w okolicy na przestrzeni ostatniego roku, niestety, o Przepatrzowinach nic a nic. Zaczepiony mieszkaniec wyraził podejrzenie, jakoby mogłyby odbywać się w remizie, w której z tego, co pamięta, jeszcze 20 lat temu był dom kultury… może jeszcze jest?
Szczęśliwie był. Odnalazłyśmy właściwą salę i mogłyśmy skupić się na sztuce. Po paru minutach jej trwania zaczęłam rozglądać się po widowni i dopiero wtedy przeżyłam prawdziwy szok. Oprócz trzyosobowej komisji oceniającej spektakle, kamerzysty, fotografa, konferansjerki i organizatorki Przepatrzowin oraz kilkorga dzieci ze szkoły, której uczniowie właśnie byli na scenie, widzami niezależnymi byłyśmy tylko my!
Teatr wiejski zatem kwitnie, tylko widownia nie za bardzo. Żywię nadzieję, że gdyby postarano się o jakąś promocję imprezy, napisano więcej niż malutką notatkę w „Tygodniku Podhalańskim” na początku marca, a zamiast dwóch czy trzech niewielkich plakatów sprytnie ukrytych przed ciekawskich wzrokiem, znalazło się ich nieco więcej, także w Zakopanem, gdzie o każdej porze roku są jacyś turyści, może przybyłoby kilku widzów, niekoniecznie będących krewnymi i znajomymi aktorów i reżyserów sztuk.
Jeżeli już mowa o przedstawieniach: było ich osiem, a to, co najbardziej rzuciło mi się w oczy, to ich ogromna różnorodność. Były zatem sztuki pisane przez członków zespołu, sztuka Wandy Czubernatowej, a nawet Mazepa Słowackiego, spektakle obrzędowe i nieobrzędowe, w strojach „ludowych” i kostiumach z epoki, a nawet ogromne przedsięwzięcie (pierwotnie plenerowe), do którego scenografia montowana była blisko godzinę.
Poziom sztuk był nierówny, zdarzyły się sztuki bardzo dopracowane, dowcipne, pomysłowe, w niektórych było widać, jak wiele pracy włożyli w nie uczestnicy, inne wypadły słabo. Niekiedy największy problem dla aktorów ( i dla widzów także) stanowiła nieznajomość tekstu. Objawiało się to nieskoordynowanym dreptaniem w okolicach kurtyny, zza której nieszczęśliwie wystawał kawałek scenariusza trzymanego przez suflera. Nie będę ukrywać, że dużo straciła na tym gra zapominalskiego aktora.
Te spektakle, które z założenia miały być ludowe, stanowiły zdecydowaną większość tegorocznego repertuaru Przepatrzowin. Aktorzy bardzo ładnie prezentowali się w strojach regionalnych, które w większości przypadków miały niewiele wspólnego z codzienną współczesną ludowością. W życiu jeszcze nie widziałam górala w tak śnieżnobiałych portkach, jak na czarnodunajeckiej scenie, nawet na corocznym Festiwalu Ziem Górskich biel spodni jest raczej złamana.
Ważnym atrybutem sztuk ludowych było mówienie gwarą. Nadawało specyficzny klimat i często było bardzo efektowne. Z wyjątkiem tych momentów, kiedy było widać, że mówienie gwarą sprawia aktorowi dużo większy problem niż widzowi zrozumienie jego wypowiedzi. Gwarą mówiła też pani konferansjerka, która — ubrana w piękny strój góralski — sprawiała, że impreza nabierała wręcz familijnego charakteru.
Jury z entuzjazmem przyjmowało „etnograficzność” sztuk prezentowanych na Przepatrzowinach, o czym najdobitniej świadczą wyniki konkursu. Preferowana „ludowość” miała — niestety — więcej wspólnego z cepeliadą, niż z rzeczywistością. Szkoda, że w komisji znalazło się troje aktorów i reżyserów, będących jednocześnie instruktorami, wykładowcami czy scenografami, a zabrakło chociaż jednego etnografa. Poza ocenianiem sztuk według kryteriów teatru zawodowego (gra aktorska, scenografia, ruch sceniczny) przydałby się może jakiś kompetentny głos związany z samą regionalnością, która jest nawet w nazwie Przepatrzowin.
Jednakże, jakby nie było, pomimo wszystkich trudności, teatr wiejski kwitnie, czego najlepszym dowodem jest osiem małopolskich zespołów teatralnych, które prezentowały w Czarnym Dunajcu swoje przedstawienia. I dopóki zespołom tym zwyczajnie chce się wystawiać sztuki, nawet przed widownią, której prawie nie ma, jak miało to miejsce w Czarnym Dunajcu, to znaczy, że trzymają się one mocno. Pytanie, co zrobić, żeby zakwitła publiczność?
Kategorie: badania terenowe, Tradycja, wydarzenia












10 kwietnia 2010 o godz. 23:18
fajnie ze sa jeszcze takie imprezy szkoda tylko ze nikt sie tym nie interesuje na szersza skale. odpowiednia reklama pewnie by w tym pomogla, tak jak slusznie zauwazylas.
takie imprezy pokazuja ze zeby czerpac radosc z teatru nie trzeba wcale konczyc szkoly aktorskiej czy innych pierdol tylko moze nad tym pracowac kazdy niezaleznie od tego czym zajmuje sie na codzien a w dodatku daje to mozliwosc ludziom tworzacym taki teatr pokazania tego co dla nich wazne. roznych tradycji, zwyczajow itp ktore chcieliby zachowac albo po prostu zaprezentowac i sie nimi podzielic.
a wracajac do reklamy to nie rozumiem pomyslodawcow i organizatorow. skoro zadaja sobie trud zeby robic te festiwale, w dodatku na roznych szczeblach, to dlaczego nie zajma sie porzadnie rozreklamowaniem calej imprezy? przeciez z tego moga uzyskac fundusze na chociazby kolejny festiwal czy np zaprosic kogos z zagranicy czy cos tam.
Pozdrawiam
4 czerwca 2010 o godz. 10:47
No największa przeszkodą w reklamowaniu takich imprez są finanse. Przecież na takie rzeczy trzeba wręcz wyrwać jakieś fundusze z gminy czy z województwa, które specjalnie nie kwapią się do finansowania festiwali teatralnych,bo nikt o nich nie wie. I to jest błędne koło — nikt nie wie o Przepatrzowinach, więc nie ma dużych szans na uzyskanie pieniędzy, zatem nie ma pieniędzy na reklamę… itd. Tu trzeba by było nagle, z roku na rok, zmienić zasadę organizacji takiej imprezy.