Beta

Bądź na bieżąco - RSS

Golić brodę tępą brzytwą

25 maja 2010 |
Jedna z Madonn przygotowanych przez studentów WSA ASPTTF, fot. E. Skokowska

Jedna z Madonn przy­go­to­wa­nych przez stu­den­tów WSA ASPTTF, fot. E. Skokowska

- nie­po­wo­dze­nia w szkole.  To frag­ment sen­nika, podobno babi­loń­skiego (cokol­wiek to ozna­cza), który z tajem­ni­czych wzglę­dów zapadł mi nie­gdyś w pamięć.

W nocy z soboty na nie­dzielę 15/16 maja przed tak złym snem i zwią­za­nym z nim losem  schro­niło się w Muzeum Etno­gra­ficz­nym pra­wie 8 tysięcy ludzi. Powszechny lęk wygo­nił na ulice jesz­cze wię­cej osób — uni­kały one  nie­szczę­ścia zwie­dza­jąc różne muzea, gale­rie, war­szaw­ską Giełdę, Sejm, a nawet nie­które cen­tra han­dlowe. Do powszech­nie cenio­nych roz­ry­wek nale­żało sta­nie w ogrom­nej kolejce do nie­dawno otwar­tego Muzeum Fry­de­ryka Chopina.

Jed­nak, jak już wspo­mi­na­łam, nasze Muzeum nie świe­ciło pust­kami. Prze­cha­dza­jąc się wśród zwie­dza­ją­cych, uzbro­jona w apa­rat i dyk­ta­fon, poczy­ni­łam kilka spo­strze­żeń, któ­rymi pra­gnę­ła­bym się teraz z Wami podzielić.

Nocne muzy­ko­wa­nie

Występ duetu na karimbach, fot. E. Skokowska
Występ duetu na karim­bach, fot. E. Skokowska

Gwoź­dziem pro­gramu były oczy­wi­ście kon­certy w sali kino­wej. Grały kolejno: Vil­lage Kol­lek­tiv, Port Mone, Moulay She­rif. Wszyst­kie zespoły wypa­dły świet­nie, dzie­ląc się z widow­nią ogromną dawką pozy­tyw­nej ener­gii, która rzu­cała się w oczy, gdy patrzy­łam na tłumy wycho­dzące z sali.

Entu­zja­ści muzyki mieli moż­li­wość posłu­chać także duetu na karim­bach, a potem na did­ge­ri­doo (zespół Balanda).  Kapela Braci Dzio­ba­ków zagrała bal­lady i koły­sanki, które — pomimo świet­nego wyko­na­nia — nikogo nie skło­niły do snu. Taka to była nie­zwy­kła noc.  Wypy­ty­wani słu­cha­cze z zachwy­tem opo­wia­dali o egzo­tycz­nych i swoj­skich melo­diach, nie­któ­rzy nawet od razu po kon­cer­cie wymy­kali się do domu, by na spo­koj­nie ochło­nąć po tylu muzycz­nych wrażeniach.

Karu­zela z Madonnami

Inni jed­nak dalej brali udział w ofe­ro­wa­nych atrak­cjach: prze­ży­wali silne emo­cje i entu­zja­stycz­nie wcie­lali się w role kan­gu­rów i strusi pod­czas opo­wia­da­nia abo­ry­geń­skich opo­wie­ści przez Grupę Stud­nia O. Powo­dze­niem cie­szyły się też pro­jek­cje nie­zwy­kłych fil­mów ani­mo­wa­nych — niby po pół­nocy, niby na dobra­noc, ale nie warto było nawet zmru­żyć oka!

Nie­sa­mo­wite wra­że­nie robiły spa­ce­ru­jące po Gale­rii Pol­skiej Sztuki Ludo­wej Madonny. Nie­które prze­ra­ża­jące, a wszyst­kie piękne.  Stroje, fry­zury i maki­jaże dziel­nych dziew­cząt były dzie­łem stu­den­tów Wyż­szej Szkoły Arty­stycz­nej i Aktyw­nego Stu­dium Pla­stycz­nego. Kunsz­tow­nie wyko­nane żywe rzeźby, były w  więk­szo­ści zain­spi­ro­wane wize­run­kami Matki Boskiej — nie tylko tymi z pol­skiej iko­no­gra­fii ludo­wej, ale także tymi z przed­sta­wień południowoamerykańskich.

Zdjęcie z Madonną, fot. E. Skokowska
Zdję­cie z Madonną, fot. E. Skokowska

Na pierw­szy rzut oka budziły zachwyt lub lęk.  I to nie tylko u dzieci. Ja sama prze­ży­łam chwilę grozy, ujrzaw­szy Madonnę zain­spi­ro­waną, jak mi się zdaje, gotycką kate­drą. Miała ona szatę ozdo­bioną — podob­nie jak nimb — witra­żami, na pier­siach (jakby orga­nami), a w pasie wisiało kadzi­dło. Całe ciało miała poma­lo­wane na czarno, a na powie­kach wyma­lo­wano jej… oczy o czar­nych biał­kach. Kiedy zoba­czy­łam ją pierw­szy raz, poczu­łam wręcz zabo­bonny strach i wcale nie dzi­wi­łam się dzie­ciom, które cho­wały się za rodzicami.

Po dru­gim spoj­rze­niu zwie­dza­jący pytali o moż­li­wość zro­bie­nia zdję­cia z któ­rąś z mode­lek, po czym sta­wali obok niej z rado­snym uśmie­chem i cze­kali na pstryknięcie.

Trzeci rzut oka wywo­ły­wał współ­czu­cie. Sta­ran­nie ubrane i uma­lo­wane dziew­czyny męczyły się, sto­jąc na swo­ich postu­men­tach (pomimo że czę­sto zamie­niały się miej­scami). Było ich 12, na sali jed­no­cze­śnie bywały po 3, a w tym cza­sie reszta odpo­czy­wała. Usta­wione przez pra­cow­ni­ków Muzeum wia­traki nie­wiele im poma­gały, ponie­waż w sali pano­wał praw­dziwy skwar — przy­pusz­czam, że wła­śnie z powodu sil­nych emocji.

Madonny ze swo­jej strony także pra­gnęły ulżyć bez­sen­nym zwie­dza­ją­cym: można było dostać od nich nie­za­wodne recepty na dobry sen. Nikt z nich jed­nak tak od razu nie sko­rzy­stał — było jesz­cze wiele do obejrzenia.

Wół [jak się śni] to nie­przy­zwo­ity kolega

Z „Pol­skiego Sen­nika Ludo­wego” Sta­ni­sławy Nie­brze­gow­skiej, fot. E. Skokowska

Cytat ten pocho­dzi z Pol­skiego sen­nika ludo­wego Sta­ni­sławy Nie­brze­gow­skiej, podob­nie jak wiele innych, które zawi­sły w holu na dru­gim pię­trze muzeum. Była to insta­la­cja Sen­nik: deko­der snów, przy­go­to­wana przez pra­cow­ni­ków Zespołu Edu­ka­cji Doro­słych i muze­al­nych wolontariuszy.

Wystawa skła­dała się z prze­róż­nych cyta­tów, które bez­względ­nie pomo­głyby każ­demu, komu śnił się kiedy „ksiądz”, „poki­chane dziecko”, albo cho­ciaż „piersi” (wznio­słego uczu­cia doznasz). Istot­nym, wręcz klu­czo­wym ele­men­tem całego przed­się­wzię­cia była inte­rak­tyw­ność. Zwie­dza­jący mieli uczest­ni­czyć w budo­wa­niu insta­la­cji: mieli 2 kolumny oraz cał­kiem duże powierzch­nie ścian do wyra­że­nia swo­ich opi­nii i doznań, zaty­tu­ło­wa­nych: „Wyśniło mi się”, „Nie rozu­miem snu, w któ­rym”, „Naj­le­piej śni mi się, gdy”, „Mia­łem koszmar”.

Pewien młody czło­wiek, któ­rego zapy­ta­łam o zda­nie, stwier­dził, że bar­dzo nie podo­bała mu się ta insta­la­cja i że gdyby wie­dział, że będzie tu coś takiego, na pewno nie wybrałby się do Muzeum tej nocy. Jed­nak po paru godzi­nach trwa­nia Nocy Muzeów kolumny, ściany i wiele innych dostęp­nych powierzchni zapeł­niło się kart­kami ze zwie­rze­niami naszych gości, co wska­zuje na to, że nie był to powszechny pogląd.

Prze­cha­dza­jąc się wzdłuż ścian doszłam do wnio­sku, że żadne „poki­chane dzieci” ani nawet „świnie” (goście przyjdą) nie mogą rów­nać się z naszymi snami: o zakon­ni­cach w raj­sto­pach na gło­wie, o dzi­wacz­nych stwo­rach, o wam­pi­rach piją­cych krew i o pani od mate­ma­tyki. Co na to Freud? Nie wiem, ale na przy­kład Sta­ni­sława Nie­brze­gow­ska nie dość, że nie potra­fi­łaby nam pomóc, to jesz­cze zła­pa­łaby się za głowę i ucie­kła z krzy­kiem — współ­cze­sne sny zdra­dzają bar­dzo roz­wi­niętą wyobraź­nię swo­ich posiadaczy.

Zauwa­ży­łam, że więk­szość naj­pierw prze­cha­dzała się po holu i czy­tała uważ­nie kartki pozo­sta­wione przez innych, a dopiero potem zabie­rała się za spo­rzą­dze­nie wła­snych. Muszę przy­znać, że byłam nieco zasko­czona tak sze­ro­kim odze­wem wśród zwie­dza­ją­cych. Rzadko kiedy można zaob­ser­wo­wać taką inte­rak­tyw­ność i ochotę na współ­two­rze­nie wystawy. Tym­cza­sem kolejka po dłu­go­pis była długa, a miej­sca na ścia­nach wkrótce zaczęło bra­ko­wać. Jeden ze zna­jo­mych, który spę­dził w Muzeum całą noc, w oko­li­cach godziny 2 pró­bo­wał odna­leźć pozo­sta­wioną 5 godzin wcze­śniej notatkę — była ona pokryta kil­koma war­stwami now­szych sen­nych zwierzeń.

Nawet dzi­siaj, w ską­pym, bo ską­pym, ale świe­tle dzien­nym, wystawa pre­zen­tuje się cie­ka­wie i zachęca pra­cow­ni­ków i zwie­dza­ją­cych Muzeum do zapo­zna­wa­nia się ze współ­cze­snym sen­ni­kiem miejskim.

Świet­no­gra­fia

Kolejka do wystawy „Zwykłe-Niezwykłe”, „Jaśnie­nie”, „Świet­no­gra­ficzne”, fot. E. Skokowska.

Dużym powo­dze­niem, jak można było wywnio­sko­wać z usta­wia­ją­cej się do niej kolejki, cie­szyła się wystawa Świet­no­gra­ficzne: pol­ska gra­fika rekla­mowa 1918–1989. Była to także kolejka do nagra­dza­nej już wystawy Zwykłe-niezwykłe: fascy­nu­jące kolek­cje, która pre­zen­to­wała nie­wielką, a nader inte­re­su­jącą część naszych zbio­rów oraz do wystawy foto­gra­fii Jaśnie­nie. Na samym końcu docie­rało się do eks­po­zy­cji Świet­no­gra­ficzne i czuło kli­mat cen­trum War­szawy w dowol­nym roku od 1918 do 1989, oglą­dało się pla­katy, wywieszki i ulotki oraz bywało zachę­co­nym do kupna proszku, lotu na lote­rię czy biletu do cyrku. Pra­cow­nicy Muzeum obda­ro­wy­wali też zwie­dza­ją­cych pla­ka­tami Tota­li­za­tora Spor­to­wego z daw­nych lat.

Jak już wspo­mi­na­łam i jak widać na załą­czo­nym obrazku, aby dostać się na te wystawy, nale­żało wystać swoje w kolejce.  Kolejka powstała także z tego powodu, że na sale wysta­wowe wpusz­czano grup­kami, aby każdy miał szansę doj­rzeć coś nie­ko­niecz­nie komuś innemu przez ramię. Speł­niała ponadto rolę inte­gra­cyjną — nawią­zy­wano roz­mowy, zna­jo­mo­ści, wymie­niano komen­ta­rze. Byłoby to ide­alne miej­sce do roz­mowy o Nocy Muzeów, gdyby nie fakt, że kolejka prze­su­wała się dość szybko i wtedy roz­mowa bywała gwał­tow­nie ury­wana. No, ale nie można mieć wszyst­kiego, prawda?

O ile wyrazy podziwu, zado­wo­le­nia z pla­ka­tów i ze zro­bio­nych tym wysta­wom zdjęć nie wydały mi się szcze­gól­nie zaska­ku­jące, o tyle zdzi­wi­łam się nieco pod­czas kilku roz­mów o etno­gra­ficz­nych wysta­wach sta­łych. Te egzo­tyczne, azja­tyc­kie czy zwią­zane z Austra­lią, kilku roz­mów­ców bar­dzo chwa­liło. Pewna młoda osoba wyznała, że zawsze fascy­no­wała ją Austra­lia, choć nigdy tam nie była i teraz przed pla­no­waną podróżą w wyma­rzone miej­sce posta­no­wiła wybrać się do muzeum, aby dowie­dzieć się cze­goś o kul­tu­rze tego kon­ty­nentu. Z wypo­wie­dzi wyni­kało, że uzy­skana wie­dza wywarła nader pozy­tywne wra­że­nie na przy­szłej podróżniczce.

Dość zabawne, że nie przy­szło mi w ogóle do głowy, że przy takiej kon­ku­ren­cji kon­cer­tów, imprez, nowych i oka­zjo­nal­nych wystaw, nasze kla­syczne wystawy stałe mogą być dla kogoś gwoź­dziem pro­gramu. A jed­nak były, jak dowie­dzia­łam się od grupy mło­dych ludzi, któ­rzy wybrali się tam­tej nocy spe­cjalne dla czę­ści wystawy doty­czą­cej Chin.  Pewien pan przy­szedł po raz kolejny, aby zwie­dzić wystawę afry­kań­ską. Bar­dzo też żało­wał, że oprócz prze­cha­dza­ją­cych się po Gale­rii Sztuki Ludo­wej  Madonn, na sali z eks­po­na­tami z Afryki nie sza­leją wolon­ta­riu­sze prze­brani za sza­ma­nów. Taka wypo­wiedź powinna zain­spi­ro­wać muze­al­ni­ków w  przy­go­to­wa­niach do przy­szło­rocz­nej Nocy Muzeów. Jestem prze­ko­nana, że wolon­ta­riu­sze będą, podob­nie jak ja,  zauro­czeni moż­li­wo­ścią odby­wa­nia pod­nieb­nych lotów po muze­al­nych salach.

Kto nocuje w Muzeum Etnograficznym?

Ano, wła­śnie: kto? Pod­czas wałę­sa­nia się po Muzeum zasta­na­wia­łam się dość długo, kim są ludzie, któ­rzy tu przy­szli i dla­czego zna­leźli się aku­rat tutaj?

Przede wszyst­kim byli to ludzie zwią­zani z Muzeum, jego sym­pa­tycy, spę­dza­jący tu też na co dzień swój wolny czas, bio­rący udział w róż­nego rodzaju warsz­ta­tach, np. muzycz­nych — jak jedna z wypy­ty­wa­nym przeze mnie pań. Przy­cią­gnęły ją tu kon­certy, a wybór naszego Muzeum był dla niej pra­wie oczy­wi­sty — tutaj naj­czę­ściej wybiera się, aby obco­wać z sze­roko pojętą kulturą.

Spo­tka­łam tej nocy wielu zna­jo­mych, któ­rzy poja­wiają się w Muzeum regu­lar­nie, by posłu­chać muzyki, potań­czyć, zyskać jakieś nowe umie­jęt­no­ści czy po pro­stu popo­dzi­wiać zbiory. Poja­wili się tłum­nie stu­denci etno­lo­gii, co nie wymaga chyba wytłu­ma­cze­nia (choć raczej nie była nim zbli­ża­jąca się — jak zwy­kle zbyt szybko — sesja). Mówiono też, że nocna pora sprzyja kulturalno-muzealnym spa­ce­rom, bo kie­dyż można zna­leźć na to czas w ciągu dnia?

Interaktywne zwiedzanie - tłumek przy długopisach, wystawa "Sennik: Dekoder snów", fot. E. Skokowska
Inte­rak­tywne zwie­dza­nie — tłu­mek przy dłu­go­pi­sach, wystawa „Sen­nik: Deko­der snów”, fot. E. Skokowska

Zwie­dza­jący przy­by­wali naj­czę­ściej parami lub grup­kami — skła­dały się one z osób „wycią­ga­ją­cych” i „wycią­gnię­tych”. Zagad­nięte mał­żeń­stwo w śred­nim wieku było przy­kła­dem takiej rela­cji. Pod­czas gdy żona roz­ma­wiała przez tele­fon, pan z bar­dzo nie­szczę­śliwa miną opo­wia­dał o swo­jej tra­ge­dii — jak to w chłodną desz­czową noc mał­żonka bez­li­to­śnie wywlo­kła go z domu i popę­dziła na Kre­dy­tową. Spie­szę nad­mie­nić, że mina miała na celu chyba tylko i wyłącz­nie ukry­cie sze­ro­kiego uśmie­chu zdo­bią­cego twarz ofiary dys­kry­mi­na­cji — wizyta wcale nie była taka okropna. Żona, kiedy wró­ciła już po roz­mo­wie, przy­znała, że dopiero ostat­nio zaczęła bywać w Muzeum, a zacie­ka­wiły ją poja­wia­jące się w mediach infor­ma­cje o zmia­nach, jakie Muzeum prze­cho­dzi, by spro­stać wymo­gom  jakie sta­wia się przed nowo­cze­sną insty­tu­cją kul­tury. Taki argu­ment dość czę­sto był wymie­niany wśród powo­dów wyboru Muzeum jako miej­sca spę­dze­nia nocy.

Napo­tka­łam także kilka osób, które w Muzeum Etno­gra­ficz­nym były pierw­szy raz w życiu i dopiero roz­sma­ko­wy­wały się w jego zbio­rach.  Pewien mło­dzie­niec opo­wia­dał z oży­wie­niem, że nie myślał, że tego typu muzeum może być takie nowo­cze­sne, wiesz, ta wystawa o snach albo o rekla­mach… Wyda­wało mi się, że będą jakieś tam sko­rupy, jak w Muzeum Arche­olo­gicz­nym, ale nie. Wła­śnie bar­dzo mi się podoba i myślę, że nie­raz jesz­cze przyjdę.

Pro­sto z próby przy­był też tłum­nie stu­dencki Zespół Pie­śni i Tańca. Jesz­cze w holu zain­to­no­wali kilka ludo­wych przy­śpie­wek, wzbu­dza­jąc sym­pa­tię i roz­ba­wie­nie zgro­ma­dzo­nych tam osób.

Cóż,  tym opty­mi­stycz­nym akcen­tem czas skoń­czyć ten dość już długi tekst. Mam nadzieję, że mi to wyba­czy­cie — w końcu tyle się działo… Oby z każ­dym rokiem działo się więcej!

Kategorie: EtnoWarszawa, muzeum, muzyka, Tradycja, Warszawa, wydarzenia, wystawy

Przeczytaj koniecznie również:

Napisz komentarz