Beta

Bądź na bieżąco - RSS

… i po żałobie

8 czerwca 2010 |

Fot. B. Robotycki

Minęły już dwa mie­siące od tra­gicz­nego wypadku samo­lotu, w któ­rym zgi­nęło wielu naj­wyż­szych pol­skich urzęd­ni­ków pań­stwo­wych. Powoli zapo­mi­namy o tra­ge­dii, albo już o niej zapo­mnie­li­śmy. Eks­cy­tu­jemy się teraz innymi wyda­rze­niami, dla któ­rych „smo­leń­ski dra­mat” jest — szczę­śli­wie — coraz mniej widocz­nym tłem. Jed­nakże powróćmy jesz­cze na moment do tam­tych chwil…

.….….….….….….……

Jakiś czas po kata­stro­fie więk­szość komen­ta­to­rów, roz­po­czy­na­jąc swoje roz­wa­ża­nia nad nawar­stwio­nymi wokół tego zda­rze­nia oso­bli­wo­ściami, zasta­na­wiała się, czy nabra­li­śmy już wystar­cza­jąco dużo dystansu, aby spoj­rzeć na nie zobiek­ty­wi­zo­wa­nym okiem. Czy można już bez obawy ostra­cy­zmu i wyklę­cia towa­rzy­skiego kry­tycz­nie zin­ter­pre­to­wać oko­licz­no­ściowe pere­gry­na­cje, przyj­rzeć się zna­czą­cym ele­men­tom fune­ral­nego kier­ma­szu, ponow­nie spoj­rzeć na oso­bliwe miej­sca odda­wa­nia czci i mate­ria­li­zo­wa­nia się pamięci? Czy można przed­się­wziąć próby demi­ty­za­cji tak szybko zmi­ty­zo­wa­nych i wtór­nie usym­bo­li­zo­wa­nych zna­ków w wyniku nie­usta­ją­cej  ludo-semiozy? Czy można, nie popa­da­jąc w pułapkę paję­czyn poli­tycz­nych afi­lia­cji, doko­nać opisu i inter­pre­ta­cji zaist­nia­łych fak­tów? Czy mamy do czy­nie­nia z kolej­nym zda­rze­niem, które świad­czy o końcu histo­rii? Aby uzu­peł­nić listę waż­kich prze­cież pytań, wspo­mnieć też wypada o real­nym przed­mio­cie sporu, zwią­za­nym z miej­scem pochówku pre­zy­denta. Nato­miast z pozy­cji meta­an­tro­po­lo­gicz­nej dopy­tać można jesz­cze: czy antro­po­lo­giczny lan­cet poznaw­czy nie pona­cina świeżo zago­jo­nych ran, jeśli zdą­żyły się już one zabliź­nić? Czy sama chęć zro­zu­mie­nia nie jest już istot­nie nazna­czona oceną i naru­sze­niem normy?
W tych oko­licz­no­ściach, tego typu pyta­nia etno­lo­gowi narzu­cają się same przez się. Są one wszakże wyni­kiem współ­ist­nie­nia pro­ble­mów etycz­nych i poznaw­czych w dzie­dzi­nie reflek­sji nad kul­turą. Każdy antro­po­log ma świa­do­mość oce­nia­ją­cej war­to­ści narzę­dzi i metod, któ­rymi się posłu­guje. A taki  ich cha­rak­ter uwi­dacz­nia się tym bar­dziej, im bar­dziej wyko­rzy­stane są one do ana­lizy zja­wisk,  które posia­dają wymiary styczne z sacrum lub tabu, wza­jem­nie do sie­bie nie­przy­sta­jące: oso­bi­sty, intymny i emo­cjo­nalny, spon­ta­niczny oraz spo­łeczny, pań­stwowy, naro­dowy, masowy i wyreżyserowany.

Fot. B. Robotycki

Nie popa­dajmy jed­nak w para­noję i nie ucie­kajmy od ocen i inter­pre­ta­cji, nie pozo­sta­wiajmy wszyst­kiego gmin­nej wie­ści, koją­cej sile upływu czasu, czy potocz­nemu osą­dowi, że to histo­ria dokona ocen za nas. Nie­które rze­czy warto nazwać od razu, by odro­binę je odcza­ro­wać i zni­żyć do poziomu racjo­nal­nej antro­po­lo­gicz­nej ana­lizy. Inne dopiero nazwane zwrócą prze­cież na sie­bie uwagę. Dystans cza­sowy jest ważny, ale nie może być trak­to­wany jak fetysz. Istotą  dystansu antro­po­lo­gicz­nego w sytu­acji, kiedy jest się uczest­ni­kiem wyda­rzeń, stają się zdol­no­ści kon­tra­sto­wa­nia i róż­ni­co­wa­nia dostrze­żo­nych infor­ma­cji oraz inte­lek­tu­alna kom­pe­ten­cja zawie­sze­nia sądu. Wpraw­dzie nie da się osta­tecz­nie zmie­rzyć naj­mniej­szej nie­zbęd­nej war­to­ści tych walo­rów, ale przy­mrużmy oko i niech lak­mu­so­wym papier­kiem będzie reak­cja na zasły­szane na ulicy dow­cip i zagadkę:
– „Wieża, wieża odbiór – tu Tupo­lew 154m”.
– „Tak, tu wieża – tu też nie­zły polew”.
„Czemu poło­żono pre­zy­denta Kaczyń­skiego na Wawelu nie­da­leko Pił­sud­skiego? Aby miał zim­nego Lecha pod ręką”.
Powyż­sze żarty są oczy­wi­ście nie tylko miarą dystansu. Przy­wo­ła­łem je tutaj nie po to, aby pro­wo­ko­wać, a li tylko by zobra­zo­wać kul­tu­rową drogę kana­li­za­cji emo­cji. Spo­łeczną reak­cję na nad­miar i prze­syt. Deli­kat­nie zasu­ge­ro­wać, jak, kiedy i gdzie śmiech się uobec­nia i jaką pełni rolę. Dow­cip był bowiem rysem czasu kar­na­wa­ło­wego, świą­tecz­nego w okre­sie powsze­dnio­ści. Jed­nakże współ­cze­śnie znacz­nie się zde­wa­lu­ował i w nie­wiel­kim stop­niu znaj­duje refe­ren­cję w cza­sie „nie­zwy­czaj­nym”. Nosi jego zna­miona, lecz jest według mnie raczej ele­men­tem jed­no­ra­zo­wej gry o kon­kret­nym cha­rak­te­rze, mocno skon­tek­stu­ali­zo­wa­nym. Jest jed­nym z pocią­gnięć szkicu obrazu współ­cze­sno­ści, któ­rej istotą jest hete­ro­ge­nicz­ność poje­dyn­czych zja­wisk. Chcia­łem poka­zać, że zasad­nym komen­ta­rzem do rze­czy­wi­sto­ści obok nauko­wych dyser­ta­cji, wywia­dów, ese­jów, wypo­wie­dzi słów auto­ry­te­tów, są także owe folk­lo­ry­zu­jące reak­cje;  że folk­lor współ­cze­sny nie jest tylko domeną sta­cji tele­wi­zyj­nych i roz­gło­śni radio­wych – oral­nych powielaczy.

Fot. B. Robotycki

Mówiąc o śmierci trudno unik­nąć pate­tycz­nej wznio­sło­ści lub banału, dla­tego dla etno­loga inte­re­su­jące są zja­wi­ska przy­le­głe, zacho­wa­nia, reak­cje, mani­pu­la­cje, sym­bo­liczna prze­moc i insty­tu­cjo­nalna opre­syj­ność zwią­zane ze śmier­cią, a nie ona sama. Nie jest to zacho­wa­nie obra­zo­bur­cze, kon­tro­wer­syjne i odmienne od innych postaw badaw­czych. Doku­men­ta­cja etno­gra­ficzna, doty­cząca tema­tów zwią­za­nych ze śmier­cią, ana­lizą obrzę­dów pogrze­bo­wych, sym­bo­liki poszcze­gól­nych zacho­wań i arte­fak­tów, jest nie­prze­brana. Spo­soby podej­ścia do przed­miotu są róż­no­ra­kie, a każdy ważki. Z tego też powodu trudno nie popaść w spe­try­fi­ko­wane już sche­maty inte­lek­tu­alne czy seman­tyczne pułapki. Zazna­czyć jed­nak trzeba, że to pozorne grzę­za­wi­sko inte­lek­tu­alne, poza nie­bez­pie­czeń­stwem wchło­nię­cia, u źródeł ma istotne kon­cep­cje i kryje ważne, nie­prze­brzmiałe myśli. Nie są to jedyne zagro­że­nia, wyni­ka­jące z reflek­sji nad kwe­stią śmierci.  Wokół niej naro­sły bowiem kwe­stie moralne, etyczne, este­tyczne, które w pew­nym sen­sie pil­nują zasta­nego porządku. Wszyst­kie je  możemy odna­leźć w etno­gra­ficz­nych, socjo­lo­gicz­nych czy  histo­rycz­nych opra­co­wa­niach pro­blemu śmierci. I takie też sta­no­wi­sko, obok „dystansu”, jest czyn­ni­kiem skła­nia­ją­cym mnie do pochy­le­nia się nad medial­nym, spo­łecz­nym i kul­tu­ro­wym obra­zem kwiet­nio­wej kata­strofy i jej kon­se­kwen­cji.
Pół­to­ra­ty­go­dniowy para­liż pol­skiej pań­stwo­wo­ści skoń­czył się wraz z żałobą naro­dową. Z nią też skoń­czyła się nie­straw­ność i nud­no­ści wywo­łane medial­nym szu­mem, mono­chro­ma­tycz­no­ścią inter­ne­to­wych por­tali i pra­so­wych publi­ka­cji, poszu­ki­wa­niem nie­ist­nie­ją­cych new­sów i błą­dze­niem we mgle uspo­łecz­nio­nego (una­ro­do­wio­nego) współ­od­czu­wa­nia. Ale nie mówmy, że wraz ze śmier­cią ok. 100 osób skoń­czyła się jakaś epoka, bowiem jeśli coś miało się skoń­czyć, to naj­pierw musiało się zacząć. A kiedy i gdzie się zaczęło – nikt nie wie. Tak jak po 11/9 jeste­śmy w sta­nie pisać histo­rię, tak i po naszej lokal­nej tra­ge­dii jeste­śmy zdolni chwy­cić za pióra i interpretować.

Fot. B. Robotycki

Doświad­czy­li­śmy wyda­rze­nia bez pre­ce­densu, ale jego uni­kal­ność nie upo­waż­nia do jego sakra­li­za­cji i zawłasz­cza­nia go dla jed­nej grupy. A z tym ewi­dent­nie mamy do czy­nie­nia. Żałoba i pogrzeb stały się świę­tem kościel­nym o pań­stwo­wym kolo­ry­cie, prze­zna­czo­nym dla okre­ślo­nego odbiorcy. Zre­du­ko­wa­nym obrzę­dem przej­ścia,  w któ­rym do przej­ścia było tylko zatło­czone Kra­kow­skie Przed­mie­ście. Pozo­staje otwarte pyta­nie, co z oby­wa­te­lami „nie­zrze­szo­nymi” lub tymi, któ­rzy potra­fią oddzie­lić Pań­stwo od Kościoła? Gdzie oni mieli zna­leźć ujście dla poczu­cia straty, według kon­struk­to­rów poli­tyki kul­tu­ral­nej. Stra­cili wszakże naj­wyż­szego urzęd­nika, a potrzeba eks­pre­sji pozo­stała nie­umiej­sco­wiona. Nie myślę tu o pomy­słach stwo­rze­nia dla nich świec­kiego pan­te­onu naro­do­wego, ani o wie­lo­wy­zna­nio­wym baza­rze jere­miad. Zwró­cić chcę tylko uwagę na nie­oczy­wi­ste infor­ma­cje, zawarte w prze­ka­zie medial­nym i obra­zie zda­rze­nia, które cha­rak­te­ry­styczne są dla grup szu­ka­ją­cych wła­snych fun­da­men­tów i barw toż­sa­mo­ścio­wych. Treść jed­nej to: żałobę praw­dzi­wie cele­bro­wać może tylko ten, kto jest z Kościo­łem i w kościele. Druga zaś roz­brzmie­wała w wypo­wie­dziach wielu poli­ty­ków i połą­czona jest ze swo­istym widze­niem świata — postrze­ga­niem „typu ludo­wego”, nie­umie­jęt­no­ścią roz­dzie­le­nia porząd­ków rze­czy­wi­sto­ści: reli­gij­nego, spo­łecz­nego, pań­stwo­wego, poli­tycz­nego. Przy­kła­dem jest wypo­wiedź pani Elż­biety Jaku­biak, która, ruga­jąc za pewną wypo­wiedź członka komi­tetu hono­ro­wego kan­dy­data na pre­zy­denta Mar­szałka Komo­row­skiego, stwier­dziła, „że Pol­ska to kato­lic­kie państwo”(10–05-2010, Radio Tok FM). Bez­po­śred­nią kon­se­kwen­cją tego typu zacho­wań i per­cep­cji rze­czy­wi­sto­ści jest poczu­cie wyklu­cze­nia dru­giej strony.
Mówmy raczej o nie­szczę­śli­wym wypadku, niż o boha­ter­skiej śmierci, o któ­rej mogli­śmy usły­szeć zarówno z kościel­nych ambon, jak i z radio­od­bior­ni­ków oraz innych prze­kaź­ni­ków. Nie łączmy śmierci 20000 pol­skich żołnie­rzy ze śmier­cią ok. 100 pań­stwo­wych urzęd­ni­ków. Prze­cież poza nie­uza­sad­nio­nym histo­rycz­nym odwo­ła­niem i geo­gra­ficz­nym kon­tek­stem oba te wyda­rze­nia nie mają żadnej wspól­nej płasz­czy­zny, na któ­rej można by je roz­pa­try­wać. Czyż nie jest nad­uży­ciem okre­śle­nie listy ofiar kata­strofy – „drugą listą katyń­ską” a samego wyda­rze­nia „dru­gim Katy­niem” ( pre­zen­ter radia RMF, 10-04-2010, ok. godz. 17). Mani­pu­la­cja fak­tami, dys­kur­sywna opre­syj­ność mają nie tylko swoją  wagę poli­tyczną, ale dają rów­nież obraz kon­struk­cji i odbioru danych fak­tów. Pre­cy­zyj­nie też okre­ślają grupę doce­lową dla new­sów i zagar­niają usta­lone sensy. Wszakże kono­ta­cje „Listy katyń­skiej” są jed­no­znaczne: kłam­stwo, wie­lo­let­nie zabiegi dotar­cia do prawdy, ukryty mord, elita, naj­wyż­sza ponie­siona cena za wol­ność, ofiar­ność. Osa­dza­jąc w takim tle zna­cze­nio­wym ofiary kwiet­nio­wego wypadku kon­stru­uje się miraż rze­czy­wi­sto­ści, mający odnie­sie­nie tylko w świe­cie emo­cji, kon­fron­ta­cyj­nie rozu­mia­nej histo­rii i zubo­ża­łego mitu. Dez­orien­tuje się zastane i wypra­co­wane w dia­logu porządki — histo­ryczny i poli­tyczny, a uwy­pu­kla te wykre­owane, pseu­do­mi­tyczne, two­rzące zręby her­me­tycz­nej wspól­noty. Mity­za­cja w tym przy­padku dzieli, a tym bar­dziej mity­za­cja polityczno-historyczna. Powstaje roz­war­stwie­nie i oddzie­la­nie w opar­ciu o jasno zde­fi­nio­waną wizję rze­czy­wi­sto­ści. Rze­czy­wi­sto­ści, gdzie wypa­dek staje się pre­tek­stem do kon­stru­owa­nia teo­rii spi­sko­wych, gdzie ofiary stają się boha­te­rami, tra­giczna śmierć — śmier­cią męczeń­ską w imię ide­ałów, a Smo­leńsk miej­scem kaźni pol­skiej inte­li­gen­cji. Chyba można dostrzec absurd tej sytu­acji?
Obok przed­sta­wio­nego, dzie­lą­cego, mecha­ni­zmu mity­za­cji naj­istot­niej­szym w niej jest pro­ces fuzji nie­przy­sta­ją­cych płasz­czyzn i pozor­nie nie­zwią­za­nych ze sobą ele­men­tów. Warun­kiem sine qua non zaist­nie­nia pro­ce­sów mity­za­cji jest rów­nież, wspo­mniana już, kom­pe­ten­cja poznaw­cza – postrze­ga­nia typu ludowego.

Kolejną egzem­pli­fi­ka­cją sca­le­nia dwu nie­kom­pa­ty­bil­nych wymia­rów są liczne odnie­sie­nia reli­gijne i zabawy z kalen­da­rzem. Mimo iż 10  kwiet­nia nie jest rocz­nicą śmierci papieża Polaka ( 2 IV 2005), to stał się nią. A jak się to doko­nało? Nic prost­szego! Kalen­darz astro­no­miczny został jed­no­ra­zowo zmie­niony na litur­giczny, w wyniku czego śmierć urzęd­ni­ków pań­stwo­wych nastą­piła w tym samym cza­sie, co śmierć Jana Pawła II. Tu bar­dzo ważne jest pod­kre­śle­nie, że stało się to w tym samym cza­sie. Czas litur­giczny bowiem ma cha­rak­ter cykliczny, w prze­ci­wień­stwie do czasu w histo­rii, gdzie jest on line­arny, czy w fizyce, gdzie nie ma już nawet takiego cha­rak­teru. Czemu służy dato­wa­nie wypadku na pierw­szą sobotę po Wiel­kiej Nocy, na oko­lice Święta Miło­sier­dzia Bożego, naj­bar­dziej pol­skiego z kościel­nych świąt, usta­no­wio­nego wszak przez papieża Polaka w 2000 roku na pod­sta­wie obja­wień sio­stry Fau­styny Kowal­skiej? Igra­jąc z cza­sem zapo­mniano tylko, że wszel­kie święta zwią­zane z cza­sem Wiel­ka­nocy są ruchome, zatem powstaje pro­blem, kiedy w przy­szło­ści będziemy wspo­mi­nać tra­giczną śmierć. Zabieg ten miał na celu wpi­sa­nie nowych sen­sów w zda­rze­nie i zmianę optyki odbioru: sym­bo­liczne wzbo­ga­ce­nie kata­strofy lot­ni­czej, nada­nie jej cha­rak­teru tajem­nicy i ofiary, co jesz­cze wzmac­niane było róż­nymi, choć już z kościo­łem kato­lic­kim nie­zwią­za­nymi, spi­sko­wymi teo­riami dzie­jów. Poprzez stwo­rze­nie wokół tra­gicz­nie zmar­łych aury świę­to­ści i męczeń­stwa, które wpi­sują się w roz­po­wszech­niony ludowo-romantyczny obraz rze­czy­wi­sto­ści, obja­wia się kolejny mecha­nizm mity­za­cji, jakim jest nad­bu­do­wy­wa­nie struk­tur sym­bo­licz­nych i zna­cze­nio­wych.
Paweł Kowal w roz­mo­wie z Jac­kiem Żakow­skim powie­dział: „Pan Bóg jakby ich wybrał – mistyka tego polega na tym, że każdy miał tam swo­jego przed­sta­wi­ciela”. Pomi­ja­jąc wąt­pliwą mistycz­ność wyboru skupmy się nad two­rzo­nym przez słowa obra­zem. Czyż przed oczami nie mamy kolażu biblij­nej arki Noego, pomie­sza­nej z okrop­no­ściami z „Tra­twy Meduzy” i wybra­nych, któ­rzy w imię ide­ałów idą na śmierć? Nie­przy­zwo­ity patos i butna wznio­słość natych­miast powo­dują, że zasta­na­wiamy się, czy odpo­wied­nia miara została nadana rze­czy i sło­wom. Prze­ła­my­wa­nie zasady swo­istego deko­rum rów­nież znaj­duje swoje uza­sad­nie­nie w we wspo­mnia­nej wizji rze­czy­wi­sto­ści, w dys­kur­sie mity­za­cji, ewen­tu­al­nie w poli­tycz­nym cyni­zmie ( tym jed­nak zaj­mo­wać się nie będę).

Fot. B. Robotycki

W dniach żałoby War­szawa, a w szcze­gól­no­ści Kra­kow­skie Przed­mie­ście oraz oko­liczne pomniki i tablice kome­mo­ra­cyjne były teatrum eks­pre­sji zbio­ro­wego prze­ży­wa­nia. Zda­wało się, że nie­istotne było,  komu i gdzie „sta­wia się świeczkę”. Otrzy­mali ją kar­dy­nał Wyszyń­ski, Pił­sud­ski, powstańcy i, co zro­zu­miałe, ofiary zbrodni katyń­skiej. Zni­cze lądo­wały na ławkach, w doni­cach i przy tabli­cach infor­ma­cyj­nych. Czy rze­czy­wi­ście były to miej­sca przy­pad­kowe? Dwa por­trety, „moni­dła” pary pre­zy­denc­kiej wraz z „iskrami pamięci” zostały umiesz­czone pod sło­wami Jana Pawła II: „ szu­ka­łem was, wy teraz przy­szli­ście do mnie, za to wam dzię­kuję”, które znaj­dują się na ścia­nie kościoła św. Anny. Modus ope­randi tych dzia­łań jest zbli­żony do wcze­śniej już opi­sa­nego, który można by nazwać satu­ra­cją sym­bo­liczną. Pamięć ogni­sko­wała się w cen­trach spo­łecz­nej wyobraźni o patrio­ty­zmie, walce o wol­ność, pol­sko­ści itp. Ale docho­dzi jesz­cze jeden nie­ba­ga­telny ele­ment wzorca pol­sko­ści – świę­tość. Atry­bu­owana Janowi Paw­łowi II, nim został świę­tym, prze­cho­dzi na posta­cie Lecha i Marii Kaczyń­skich, czy­niąc z nich skła­dową spe­cy­ficz­nie rozu­mia­nej pol­sko­ści – pol­sko­ści typu ludo­wego. W jakich roz­pa­try­wać ją kate­go­riach? Gry sym­bo­lami? Przy­pad­ko­wej koin­cy­den­cji i syner­gii? Cynicz­nej roz­grywki? Kiczo­wa­tego prze­ła­do­wa­nia? Praw­do­po­dob­nie poprzez każdą z nich, gdyż w kul­tu­rze nie ma zja­wisk jednorodnych.

Fot. B. Robotycki

Wbrew wra­że­niom, jakie można było odnieść, oglą­da­jąc rela­cje tele­wi­zyjne, rze­czy­wi­stość na dni żałoby nie stała się czarno-biała. Mogę powie­dzieć wię­cej, na szczę­ście nie stra­ciła nic ze swo­jego kolo­rytu. Prócz sto­isk ze zni­czami, szybko spre­pa­ro­wa­nymi por­tre­tami pary pre­zy­denc­kiej, kwia­tami i emble­ma­tami pol­sko­ści było piwo, oscy­pek, kwas chle­bowy, para­sole. A obok nie­skoń­cze­nie dłu­giej kolejki do Pałacu Namiest­ni­kow­skiego spo­tkać można było prze­cha­dza­ją­cych się tury­stów. Usilne próby stłam­sze­nia róż­no­rod­no­ści nie powio­dły się. Jed­no­cze­sna w tym wina i zasługa mediów, które napę­dzały cały ten kier­masz. Im bar­dziej chciały upodob­nić go do żałob­nego kon­duktu, tym bar­dziej sta­wał się on kar­na­wa­ło­wym korowodem.

Po czę­ści można się zgo­dzić z komen­ta­rzem prof. Rocha Sulimy („Poli­tyka” nr 19, 8 maja 2010), że obchody te nosiły zna­miona rytu­ałów i że ich este­tyczny wyraz został wyzna­czony przez odwo­ła­nie się do dni żałoby po papieżu Janie Pawle II. Jed­nakże masowy cha­rak­ter obcho­dów, o któ­rym Sulima też wspo­mi­nał, prze­rósł lub nie dorósł do rytu­al­nych struk­tur. Pompa i wyszu­kana cele­bra­cja nie zastą­pią zna­nych eta­pów obrzędu przej­ścia, stra­ci­li­śmy bowiem meta­fi­zyczne odnie­sie­nie na rzecz widzial­nej i medial­nej sfery faktu. Nasza wraż­li­wość  jest wraż­li­wo­ścią mediów i odwrot­nie, co wcale nie jest złym zja­wi­skiem, tylko innym. Może lepiej mówić o Schech­ne­row­skiej per­for­ma­tyw­no­ści, która ma zna­miona akcy­den­tal­no­ści i upda­tingu lub kon­cep­tu­ali­zo­wać wyda­rze­nia jako sche­maty gier. Wtedy pozby­wamy się obo­wiązku zadość­czy­nie­nia spe­try­fi­ko­wa­nym rytu­al­nym struk­tu­rom, a możemy je okre­ślić jako jed­no­ra­zowe sytu­acje o cha­rak­te­rze rytu­al­nym, mitycz­nym itp. Spoj­rze­nie na tego typu wyda­rze­nia poprzez sche­maty gier w więk­szym stop­niu zdia­lo­gi­zuje i wyrówna poziomy uczest­nic­twa. Uak­tywni widza, a odbie­rze kom­pe­ten­cje twór­com oferty kul­tu­ral­nej, zde­mo­kra­ty­zuje czy uma­sowi moż­li­wo­ści eks­pre­sji. Pro­fe­sor Sulima mówi o rytu­ale współ­cze­snym i o skra­dzio­nej for­mie rytu­al­nej. Tak, są to ade­kwatne ter­miny, ale wciąż z wpi­sa­nym wewnętrz­nym szkie­le­tem modeli roz­wią­zań. A według mnie  wido­wi­sko­wość i obra­zo­wość (zbior­czo: wizu­al­ność) jest bar­dziej amor­ficzna i przy­pad­kowa, co nie ozna­cza, że wymyka się pozna­niu. Do opisu zaist­nia­łej sytu­acji można rów­nież posłu­żyć się Tur­ne­row­ską kon­cep­cją com­mu­ni­tas, co też wielu czyni. A i w moich pró­bach ana­lizy można odna­leźć do niej nawią­za­nia. Jed­nakże com­mu­ni­tas posiada wyraźne zna­mię limi­nal­no­ści, a prze­ko­nany jestem, że istotą tego typu zja­wisk jest cią­głość i swego rodzaju sche­ma­tycz­ność następstw – czyli wie­lo­po­sta­cio­wość gry.

Naj­bar­dziej rytu­al­no­po­dobną formę przy­brały obrzędy pogrze­bowe, które miały miej­sce w Kra­ko­wie. Jed­nakże nie one mnie inte­re­sują, a tylko szum, jaki powstał wokół wyboru miej­sca pochówku. Choć też nie ten poli­tyczny, dzie­lący ludzi na zwo­len­ni­ków i prze­ciw­ni­ków inhu­ma­cji na Wawelu. Na temat prze­mocy sym­bo­licz­nej, histo­rycz­nych kon­tek­stów, poli­tycz­nych sym­pa­tii, sym­bo­liki cen­trum i pery­fe­rii wylano morze atra­mentu. Cho­dzi tu o szum głęb­szy, nie­spre­cy­zo­wany, któ­rego nie wszy­scy są świa­domi, a nie jest on bez zna­cze­nia. Miej­sce, rozu­miane topo­gra­ficz­nie i nagro­bek są istotą sprawy, są trwa­łym mate­rial­nym bodź­cem i utrwa­la­czem dla pamięci. Grób wypeł­nia puste miej­sce po stra­cie. Jest jed­nym z ele­men­tów two­rzą­cych pamię­ciową mapę zagad­nień meta­fi­zycz­nych: podróż do grobu jako prze­ży­cie. Jest fizyczną repre­zen­ta­cją obec­no­ści i jej braku. „Jego (grobu) nie­zwy­kła funk­cja magiczna opiera się na odno­wie­niu obec­no­ści zmar­łych poprzez przy­pi­sa­nie wspo­mnie­nia do widzial­nego śladu, miej­sca i znaku; na zbli­że­niu nie­obec­no­ści z ist­nie­ją­cym przed­mio­tem, który prze­czy nie­ist­nie­niu zagi­nio­nego nada­jąc lenno repre­zen­ta­cji pamięci”¹. Istotą sporu nie było więc: gdzie pocho­wać ciało, ale natura pamięci i spo­soby jej kształ­to­wa­nia, jej wymiar spo­łeczny i jed­nost­kowy. Nie roz­cho­dziło się o siłę i wpływ prze­ży­cia na ludz­kie zacho­wa­nie.  Spór nad gro­bem toczył się o przy­szłość, a jego zło­żo­ność wyni­kała z prze­mie­sza­nia kilku pozio­mów uczest­nic­twa w świe­cie: jed­nost­ko­wego ze spo­łecz­nym, pań­stwo­wego z pry­wat­nym oraz wewnętrz­nych sprzecz­no­ści w każ­dym z nich. Z rów­no­cze­snej chęci wyma­za­nia i zapa­mię­ta­nia, co doty­czy zarówno płasz­czyzn indy­wi­du­al­nych i zbiorowych.

Fot. B. Robotycki

Pro­ces mity­za­cji i jego poszcze­gólne etapy są redu­ko­walne do modelu. Ale już sam jego wynik nie, ponie­waż jest rezul­ta­tem współ­od­dzia­ły­wa­nia nie­zli­czo­nej ilo­ści czyn­ni­ków, od bio­lo­gicz­nych po kul­tu­rowe. Powstały w tym przy­padku zubo­żały mit, bo o micie jako takim mowy być nie może, jest two­rem bar­dzo ela­stycz­nym. Wchła­nia w swoje amor­ficzne ciało wszel­kie inter­pre­ta­cje, mogące ujed­no­li­cić repre­zen­ta­cje lub te, wobec któ­rych może sta­nąć w opo­zy­cji, by zbu­do­wać defi­nio­walną toż­sa­mość. Naturą takiego mitu jest dodat­kowo krót­ko­trwa­łość. Prze­waż­nie roz­pada się on wraz ze zmianą kon­tek­stu. Łatwiej bowiem zbu­do­wać niby-mit z pre­fa­bry­ka­tów kul­tury, niż osa­dzić go na struk­tu­rze dłu­giego trwa­nia. W ten też spo­sób Matka Boska Czę­sto­chow­ska została zaan­ga­żo­wana w sprawę katyń­ską. Według wie­rzeń ludo­wych jedna ze szram na jej licu jest sym­bo­licz­nym obra­zem katyń­skiej zbrodni, nato­miast druga, jak mogli­śmy się ostat­nio dowie­dzieć, była zna­mie­niem nie­od­gad­nio­nym, aż do sąd­nego dnia – 10 kwiet­nia 2010. Co wię­cej, w nową sukienkę cudow­nego obrazu zosta­nie wple­ciona sta­lowa nić, z odpo­wied­nio spre­pa­ro­wa­nej śruby, skra­dzio­nej z miej­sca wypadku. Teraz pozo­staje nam cze­kać potwier­dze­nia zasły­sza­nych w pociągu infor­ma­cji o 3 prze­po­wiedni fatim­skiej, w któ­rej to zawarte miały być prze­po­wied­nie kata­strofy w Smoleńsku..

Na zakoń­cze­nie pozwolę sobie przy­to­czyć słowa Rogera Cail­lois z książki „Czło­wiek i sacrum”, które mimo że sprzed ponad pół wieku, opi­sują pre­cy­zyj­nie cha­rak­ter współ­cze­snego świata. „Wszystko zostało pomniej­szone, podzie­lone na kawałki, zauto­no­mi­zo­wane. Odtąd można stra­cić w jed­nym miej­scu, a zyskać w innym. Nic nie anga­żuje już czło­wieka w cało­ści. Nasz wiek kom­pen­suje straty tych, któ­rym obo­jętne się stało ich zba­wie­nie. Zmniej­szyła się waga każ­dego prze­ci­wień­stwa, wzro­sła zaś jego auto­no­mia. Sfera pro­fa­num bar­dzo się roz­sze­rzyła i teraz obej­muje pra­wie  wszyst­kie ludz­kie sprawy”². Zatem zagrajmy w żałobę.

¹J. Didier Urbain, Deuil, trace et mémo­ire, http://www.mediologie.org/collection/07_monuments/urbain.pdf
²R. Cail­lois, „Czło­wiek i sacrum”, War­szawa 2009, s. 69.
Kategorie: Antropologia kultury, badania terenowe, wydarzenia

Przeczytaj koniecznie również:

  • Co robi etnolog na Manifie? Pomi­ja­jąc fakt, że może wyra­zić swoje poli­tyczne sym­pa­tie lub anty­pa­tie (czego...
  • Działamy!!! W ostat­nich tygo­dniach dzia­łal­ność bloga była ogra­ni­czona ze względu na pro­blemy techniczne. Udało...
  • Uniwersalność rytuałów ..….….…...….….….….….….….….….…… W obli­czu żałoby naro­do­wej i tra­gicz­nej śmierci pol­skich dygni­ta­rzy towa­rzy­szy nam...

3 komentarze do “… i po żałobie”

  1. Klara Sielicka napisał/a:

    »Rów­no­cze­sna chęć wyma­za­nia i zapa­mię­ta­nia« jest chyba jedną z naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­nych sytu­acji emo­cjo­nal­nych w sytu­acji śmierci, prze­cho­dze­nia okresu żałoby. W przy­padku jed­nost­ko­wej, powiedzmy:rodzinnej– śmierci kogoś bli­skiego JUŻ mamy czas wiel­kiej skraj­no­ści emo­cji (gdy wspo­mnie­nia i ból napie­rają na żałob­nika z każ­dej nie­mal sekundy rze­czy­wi­sto­ści) przy jed­no­cze­snym MUSIE tzw. zała­twia­nia spraw (urzę­do­wych, orga­ni­za­cyj­nych, spadkowych).

    Po żało­bie zawsze chcemy wyma­zać tam­ten ból spo­wo­do­wany szo­kiem infor­ma­cji, sko­ja­rzeń, przy­pusz­czeń, dla wielu-traumą oraz: chcemy zapa­mię­tać Zmar­łych. W rodzi­nie, kręgu przy­ja­ciół chcemy zapa­mię­tać ich poprzez przy­wo­ły­wa­nie wspo­mnień wspól­nych roz­mów, wyjaz­dów, zda­rzeń. W przy­padku zbio­rowo uję­tej »ka­ta­strofy smo­leń­skiej« będzie to raczej pamięć Daty, pamięć Wyda­rze­nia, co zmie­nia sens i cel żałoby, co –pomimo tylu uro­czy­sto­ści pogrze­bo­wych– nie pozwoli skoń­czyć się tej żało­bie poprzez cia­głe przy­wo­ły­wa­nie widoku wraku samo­lotu, cyto­wa­nie zapisu skrzy­nek, publi­ka­cje kolej­nych »kro­nik kata­stro­fy« , »wspo­mi­najmy Parę Pre­zy­denc­ką«, »Tra­ge­dia smo­leń­ska sekunda po sekun­dzie« (ktore dolą­czane do gazet lub wręcz platne dodat­kowo powo­duja jakis straszny komer­cyjny zgrzyt jak obra­zek fune­ralny »na śmierć psa«, nie ujmu­jąc nic ze smutku przy­na­leż­nego wła­sci­cie­lom zwie­rząt, któ­rzy tych pod­opiecz­nych stra­cili; za chwilę się okaże, że jakies wydaw­nic­two uzna za sto­sowne sprze­da­wać kalen­da­rze na przy­szły rok ze zdję­ciami z tego­rocz­nej powo­dzi…)
    Bo kto nawet teraz-tak nie­dawno i tuż-powydarzeniowo potrafi wymie­nić bio­gra­fie Zmar­łych oprócz ich bli­skich czy przy­ja­ciół? Zna­li­smy w więk­szo­sci same nazwi­ska, moze funk­cje pel­nione w pań­stwie, nie wspo­mnimy Ich w więk­szo­ści przy­wo­łu­jąc spo­sób prze­chy­la­nia głowy czy mru­że­nia oczu, cie­pła ręki. Dla wielu z nas wspo­mnie­nie o X czy Y będzie sze­le­ściło rapor­tem « New­swe­eka« czy »Po­li­ty­ki«, będzie miało wyobra­że­niowy chłód meta­lo­wego skrzy­dła, czy zapach kadzi­deł kościel­nych. Coś strasz­nego, wszech­me­dial­nie­ogar­nia­ją­cego, coś co prze­rwało nasze ledwo-co powiel­ka­nocne świę­to­wa­nie, co zaczęło wio­snę nie tak, jak­by­śmy chcieli, co na różny spo­sób nas wszyst­kich (tak tak, tych co z dystan­sem także) zaangażowało.

    Warto być moze powiedzmy za rok pod­jąć próbę prze­pro­wa­dze­nia roz­mów z tymi, kto­rzy stali w kolejce do Pałacu, z tymi, kto­rzy wybrali się do Kra­kowa i z tymi, któ­rzy cho­dzili w tym cza­sie do pracy, szkoły, wska­zy­wali drogę gro­ma­dom uczniów, har­ce­rzy ze zni­czami, paniom bie­gną­cym do gor­ni­ków z wień­cem »zro­bić sobie zdję­cie« i pla­czą­cym roslym męż­czy­znom.
    Jak po roku będziemy wspo­mi­nać te wyda­rze­nia– jako Wyda­rze­nie, Datę czy też- będziemy w sta­nie przy­wo­łać nazwi­ska i po pro­stu — wspo­mnieć Zmarłych?


  2. Jo napisał/a:

    Tekst za długi i napi­sany zde­cy­do­wa­nie zbyt beto­no­wym języ­kiem. Roz­my­śla­nia i wnio­ski cie­kawe, ale napi­sane w spo­sób, że po dru­gim aka­pi­cie nie­stety koń­czy się ochota na czy­ta­nie. Krót­sze wpisy na blogu!


  3. potegowa napisał/a:

    Jo ma racje. Widać pomysł, gorzej z formą arty­kułu. Ale to cecha mło­do­ści, chęci pochwa­le­nia się dobrą zna­jo­mo­ścią słow­nika wyra­zów obcych. Cze­pię się jesz­cze bra­nia w cudzy­słów smo­leń­skiego dra­matu. Nie rozu­miem o co auto­rowi cho­dziło, o cytat? bo chyba nie o iro­nię?
    Pozdrawiam


Napisz komentarz