Balanga w Arce Noego!
Oto przekonałam się, że rzeczywiście możemy mieć w jednym miejscu cały świat. A to za sprawą anomalii pogodowych, wywołujących w Polsce tropikalne ulewy, w połączeniu z działalnością koncertową Muzeum. Mam na myśli ostatni koncert przeglądu „Jedna Europa, Wiele Kultur”, organizowanego w Muzeum we współpracy ze Stowarzyszeniem Transetnika. Jak możemy przeczytać na stronie stowarzyszenia, „»Jedna Europa, Wiele Kultur« jest kontynuacją zakorzenionej już i doskonale przyjmowanej w Warszawie cyklicznej imprezy koncertowej »Muzyka w Muzeum«, która od 2001 r. odbywa się w Państwowym Muzeum Etnograficznym. Ideą są spotkania z różnymi kulturami Europy i ich prezentacja na tle dorobku znakomitych warszawskich, polskich artystów”.
Impreza, na którą składały się film pt. „Gipsy music from Romania” (reż. P. Pailleaud, J. Bouquin) oraz dwa koncerty: polsko-ukraińskiego zespołu Čači Vorba oraz rumuńskiej formacji Mahala Rai Banda, którą budują muzycy z dwóch podbukaresztańskich wsi, Clejani i Zece Prajini, przerodziła się w prawdziwy festiwal wielokulturowych inspiracji – i to nie tylko muzycznych.
Gdy w piątkowy wieczór 6 sierpnia po dniu pracy w PME postanowiłam zupełnie incognito pozostać w Muzeum, nie spodziewałam się tak intensywnego przeżycia. Jako dziecko PRL-u spędzałam wakacje w Bułgarii i Rumunii, gdzie osłuchałam się z muzyką bałkańską. To ta muzyka uwrażliwiła mnie na polski folklor (nie na odwrót), traktowany przez wielu Polaków tak obcesowo, jak oddaje to popularne powiedzonko: „Nie lubię chamstwa i góralskiej muzyki”. Na szczęście czasy się zmieniły i powiedzonko (chyba) przestało egzystować. Ponieważ lubię muzykę etniczną i folkową, staram się skorzystać w pełni z warszawskich ofert, serwujących ten rodzaj grania. Pozwala mi to stwierdzić z przyjemnością i na chwałę organizatorów wydarzenia w PME, że było ono jak na razie najlepszym tego typu w letnim sezonie w Warszawie.
Najpierw był arcyciekawy film, o którym już wspomniałam, potem koncert Čači Vorby, zespołu grającego znakomicie technicznie, łączącego muzykę Cyganów bałkańskich, ukraińskich, jazzu i piękny, czysty głos solistki Marii Natanson. Uczta dla ucha kogoś, kto szuka dźwięków, znajdujących się dokładnie na swoim miejscu. Dodać należy, że muzyka ta ma służyć zabawie; zespół sam określa rodzaj muzyki, którą generuje, jako „JOC’N’ROLL”, od rumuńskiego słowa „joc” — taniec, zabawa. A ponieważ o muzyce pisać, to jakby świętokradztwo, załączam w tym miejscu jej próbkę: http://www.myspace.com/cacivorba.
Gdy zespół ustąpił miejsca dętej kapeli Mahala Rai Banda, słuchacze, zachęceni melodyjnością Čači Vorby, poderwali się na równe nogi już przy pierwszym grzmocie waltorni i trąbek, zagłuszających huk burzy. I tak pozostaliśmy jak w siódmym niebie przez blisko dwie godziny, włącznie z dziewczyną, która hojnie rozdawała swe wyrazy uwielbienia muzykom wprost na scenie. Muzyka – rumuńska, dancingowa, knajpiana, cudowna do tańca. Można się zaskakać na śmierć! A do tego ta niespodziewana aura! Sala kinowa Muzeum pękała w szwach; nieuzbrojona w klimatyzację, zagęszczała atmosferę aż do prawdziwej kulminacji, w której połączyły się dwa żywioły: zabawa i ulewa.
Burza? Nie! Jak warszawiacy widzieli na własne oczy, był to najprawdziwszy potop. Zza ściany deszczu nie było widać kościoła ewangelickiego. Tancerze i muzycy, w oparach wszechpanującej wilgoci, nie mogli się rozstać tak długo, że i burza zdążyła się wyciszyć. Wyszliśmy rozradowani na świat po potopie, zapamiętawszy z niego tylko radość.
W obliczu 2010 roku i jego końca świata, PME sprawdziło się w roli arki. Dodajmy, że zgodnie z planami remontowymi, zostanie zainstalowana w sali kinowej klimatyzacja, co pozwoli tej arce opuścić świat standardów „środkowoeuropejskich” i wpłynąć w nową erę standardów już „europejskich”. Chyba że komuś upalnych nocy tego świata będzie żal! Bo na przykład ja sama nie wiem, czy lubię eleganckie zabawy…
Kategorie: EtnoWarszawa, muzeum, muzyka, wydarzenia









