Beta

Bądź na bieżąco - RSS

Co robi etnolog na badaniach terenowych? Czyli urlop w czasie pracy i praca w czasie urlopu

2 września 2010 |

Fot. M. Chlanda

Pyta­nie oczy­wi­ste i, wyda­wać by się mogło, cał­ko­wi­cie bez­sen­sowne, ale nie we współ­cze­snym świe­cie. Wszakże rze­czy oczy­wi­stych nie ma, a jeśli są, to nie są tak oczy­wi­ste, jak zdają się być. Bada­nia tere­nowe to dla etno­loga chleb powsze­dni. Nawet typ „gabi­ne­towy” ma z nimi do czy­nie­nia. Wpraw­dzie nie może on dostrzec rysów twa­rzy infor­ma­to­rów, prze­czy­tać mowy ciała, tym nie­mniej ma przed sobą spi­sane przez etno­gra­ficz­nych cze­lad­ni­ków wywiady i przy­wie­zione (cza­sem krzy­czące) arte­fakty, foto­gra­fie czy zare­je­stro­wane filmy. Jako przed­sta­wi­ciel etno­lo­gicz­nej fra­te­rii, choć o nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nym cha­rak­te­rze, bo ni „gabi­ne­towy” ni rasowy, arche­ty­powy badacz, tra­fi­łem na egzo­tyczną dla mnie zie­mię Pusz­czy Zielonej…

Kwe­stio­na­riusz w dość nie­pre­cy­zyjny spo­sób okre­ślił mi rodzaj infor­ma­to­rów – szu­ka­łem tubyl­ców z wyż­szym wykształ­ce­niem, chcąc się dowie­dzieć, czy ist­nieje jesz­cze wśród nich etos inte­li­gencki. Były to bada­nia pilo­ta­żowe, które miały zwe­ry­fi­ko­wać war­tość i zasad­ność sta­wia­nych pytań… Oba­wia­łem się tro­chę dwu rze­czy: po pierw­sze braku zro­zu­mie­nia ter­minu „etos”, oraz świa­to­po­glą­do­wego cha­rak­teru poru­sza­nych zagad­nień. I kolejno: nie­zro­zu­mie­nie tematu skut­ko­wa­łoby bra­kiem wspól­nej płasz­czy­zny dia­logu i odbie­ra­łoby sens roz­mo­wie; a natura tego typu pytań two­rzy­łaby wpraw­dzie płasz­czy­znę do dys­ku­sji i dzia­łała na nią ożyw­czo, ale w kon­tek­ście kwe­stio­na­riu­sza nie byłaby mier­ni­kiem jego pre­cy­zyj­no­ści. Raczej prze­ciw­nie, byłaby miarą roz­my­cia i stra­chu u infor­ma­tora. Z jed­nej strony otwie­ra­łaby bowiem sze­ro­kie per­spek­tywy roz­mowy, a z dru­giej zamy­ka­łaby je i nie pozwa­lała posłu­żyć się wytry­chem i uciec w ogólne i odwieczne: bo tak było od zawsze; dla­czego nie; tak robiła moja matka, to i ja tak robię… Inne kwe­stie wery­fi­kuje teren, a  że ten pła­ski był i jest jak stół, zatem spe­cjal­nie się nie obawiałem.

Nie­mniej, dzięki pomocy Dyrek­tor Muzeum w Ostro­łęce, pani Marii Sam­sel dotar­li­śmy do respon­den­tów, któ­rzy uczy­nili moje obawy nie­uza­sad­nio­nymi, a same bada­nia ogrom­nie cie­ka­wymi, choć bar­dzo jednostronnymi.

Wraz z sze­fową mojego działu z PME roz­ma­wia­li­śmy z ludźmi, któ­rych zaan­ga­żo­wa­nie w sprawy roz­woju i pro­mo­cji regionu, kształ­to­wa­nia toż­sa­mo­ści lokal­nej, budo­wa­nia wize­runku nie­złom­nego Kurpa było wię­cej niż żarliwe. Kur­piowsz­czy­zna według nich to zie­mia rodząca i zamiesz­kana przez ludo­wych arty­stów i zespoły arty­styczne. Zie­mia stwo­rzona do bycia pro­mo­waną – stroje, kwiaty z bibuły, leluje, kierce, świątki. Zie­mia, która w naj­gor­szym razie wyda dobrego nie­uz­dol­nio­nego czło­wieka, który zaj­mie się hodowlą wszech­obec­nego tam bydła i założy gospo­dar­stwo agro­tu­ry­styczne. Zie­mia dosłow­nie mle­kiem i mio­dem pły­nąca. O bydle już wspo­mi­na­łem, a dorzu­cić muszę jesz­cze wzmiankę o jed­nym z więk­szych świąt ludo­wych w regio­nie jakim jest mio­do­bra­nie w Myszyńcu.

Legen­darny zło­czyńca, ucie­ki­nier, pejo­ra­tyw­nie okre­ślany butem (Kurp), prze­mie­nił się w pan­to­fe­lek Kop­ciuszka, w wykwintny łapeć, pasu­jący tylko do Kurpa. Prawdą jest, że taka prze­miana to ciężka praca i jako taka ma ona nie­po­li­czalną war­tość. Nie śmiem jej kwe­stio­no­wać. Umie­jęt­ność korzy­sta­nia z unij­nych dota­cji i obrot­ność są nie­zbędne, aby funk­cjo­no­wać w glo­bal­nym przy pomocy lokal­nego, w medial­nym przy pomocy tra­dy­cyj­nego, by zmie­niać stare na nowe-stare. Ale jaką to ma etno­lo­giczną war­tość? Czymże jest wymu­skany wize­ru­nek Kurpa dla etno­loga? Bo na pewno nie zja­wi­skiem samym w sobie, jakiego on poszu­kuje. Jest two­rem spe­cja­li­stów i pasjo­na­tów od poli­tyki kul­tu­ral­nej. Jest czymś innym niż pod­mio­tem i przed­mio­tem tra­dy­cji wyna­le­zio­nej. Zdaje się być raczej two­rem marketingowo-społecznym o ludo­wym pro­filu, atrak­cją tury­styczną z fol­deru pro­mo­cyj­nego. Ide­al­nym obra­zem dekon­struk­cji i roz­bi­cia war­to­ści pojęć – ludowy, tra­dy­cyjny, swojski.

Wra­ca­jąc jed­nak do postawy eto­so­wej, nie­sie­nia kaganka oświaty, etosu pracy, wzor­ców i moral­nych pre­ro­ga­tyw; z roz­mów wyni­kało, że są te war­to­ści dla naszych roz­mów­ców istotą życia w spo­łecz­no­ści. Iście pozy­ty­wi­styczne postawy, repre­zen­tu­jące tra­dy­cyjne, jeśli jest jakieś inne, rozu­mie­nie etosu inte­li­gen­cji. Kon­sta­ta­cja takiego stanu rze­czy może być zadzi­wia­jąca, a zara­zem krze­piąca. W świe­cie, gdzie inte­li­gen­cja to człon­ko­wie sto­wa­rzy­sze­nia Mensa i liczba IQ;  gdzie z socjo­lo­gicz­nego punktu widze­nia, inte­li­gen­cją są ludzie z wyż­szym nija­kim wykształ­ce­niem; gdzie spo­łe­czeń­stwo, to klasa śred­nia i śred­nio czym­kol­wiek zain­te­re­so­wana, ist­nieje „banda” regionalistów-naukowców-badaczy-fascynatów, która robi wszystko, aby przy­naj­mniej na Kur­piach było ina­czej. Czy lepiej – nie wiem. Dla etno­loga, tra­dy­cje wyna­le­zione są o tyle inte­re­su­jące, o ile ich korze­nie odsy­łają in illo tem­pore, rów­no­cze­śnie dając się dato­wać meto­dami innymi niż węglem C14. Tra­dy­cyjna(?) i obrzę­dowa Kur­piowsz­czy­zna jest dla mnie mało nęcąca i zapład­nia­jąca inte­lek­tu­al­nie. Inte­re­su­jąca staje się dopiero wtedy, gdy dostrze­żemy zwią­zek mię­dzy panią, robiącą wrzosy z bibuły i wielką poli­tyką, mię­dzy rzeź­bia­rzem ludo­wym a fil­mem przy­rod­ni­czym na Disco­very oraz kiedy zdamy sobie sprawę, że współ­cze­sny regio­na­lizm to gra. Kon­kurs na naj­bar­dziej regio­nalną izbę, naj­bar­dziej ludo­wego arty­stę, naj­bar­dziej kur­piow­skie wyci­nanki. Zawody na leluje, gdzie wygraną jest roz­po­zna­wal­ność i szansa zaist­nie­nia, ale nie łudźmy się – też tylko w okre­ślo­nych krę­gach. Rywa­li­za­cja kaleka, ponie­waż jury nie ma żadnych sta­łych współ­czyn­ni­ków oceny. Nawet sam byt jury może zostać zakwe­stio­no­wany. Nie wia­domo prze­cież, czy naj­bar­dziej ludowe jest odwzo­ro­wa­nie daw­nego, arty­styczna inspi­ra­cja, uak­tu­al­nie­nie, czy „nowe” samo w sobie. Ale bawmy się w ludowe lub nie odbie­rajmy innym moż­li­wo­ści zabawy.

Kiedy stwier­dzimy, że swo­ista schi­zo­fre­nia bycia rów­no­cze­śnie lokal­nym i glo­bal­nym, tra­dy­cyj­nym i nowo­cze­snym, tra­dy­cyj­nym i medial­nym, łapciem i koza­kiem to nie jest cho­roba, a tylko wła­ści­wość rze­czy­wi­sto­ści kul­tu­ro­wej, możemy sku­pić się na reflek­sji. Ale jej wyni­kiem nie będzie skru­pu­latny opis i ocena, a wie­lo­wąt­kowa nar­ra­cja. Dla­tego też tak zadzi­wia­jąca i warta bada­nia jest postawa eto­sowa inte­li­gen­cji mało­mia­stecz­ko­wej na Kur­piowsz­czyź­nie. Postawa spójna, chcia­łoby się rzec — archa­iczna w kon­fron­ta­cji z hete­ro­ge­nicz­nym i przy­śpie­sza­ją­cym świa­tem kultury.

***

Jako etno­log, ale już inco­gnito, odwie­dzi­łem ostat­nio nie­wielką wieś z wielką sta­cją kole­jową — czyli Stróże na Sądec­czyź­nie. Zastały mnie tam innego rodzaju sytu­acje etno­gra­ficzne, w żaden spo­sób przeze mnie nie­wy­wo­ły­wane i nie­pro­wo­ko­wane. Był to, skąd­inąd błahy i badaw­czo roz­po­znany do gra­nic pozna­nia, mecz piłki noż­nej oraz gablota w sali recep­cyj­nej budynku Cen­trum Rehabilitacyjno-Szkoleniowego, w któ­rej zaaran­żo­wana została drobna kom­me­mo­ra­cyjna wystawa poświę­cona ofia­rom kata­strofy lot­ni­czej w Smoleńsku.

Pomi­ja­jąc poziom spo­tka­nia mię­dzy benia­min­kiem I ligi — Kole­ja­rzem Stróże,  a Pod­be­ski­dziem Bielsko-Biała, warto zwró­cić uwagę na swo­istą uni­kal­ność zaist­nia­łego wyda­rze­nia i doświad­cze­nia: pierw­szy gol, rożny, faul, spa­lony; wszystko pierw­sze w I lidze i w końcu koniec pierw­szej połowy. Wszystko miało być czymś nie­po­wta­rzal­nym, cał­ko­wi­cie nowym, mimo że ode­gra­nym wedle zwy­czaj­nego sce­na­riu­sza. Nie stało się tak,  nie zro­bił mecz naj­mniej­szego wra­że­nia na stró­żań­skich kibi­cach. Poza spo­ra­dycz­nymi uszczy­pli­wymi komen­ta­rzami, poje­dyn­czymi okrzy­kami uczest­nicy wyda­rze­nia nie przy­sta­wali do opa­trzo­nego tele­wi­zyj­nego wize­runku fana. Na try­bu­nach pano­wała atmos­fera chłod­nego dystansu i zim­nej iro­nii wobec wszel­kiego dzia­nia się – istny smu­tek meczu. Pierw­szo­li­gowa ini­cja­cja nie była momen­tem przej­ścia, ani fazą limi­nalną, nie stwo­rzyła wspól­noty per­spek­tyw czy uczest­nic­twa. Nie­miej­ski kon­tekst meczu odbił się chyba na natu­rze hiper­rze­czy­wi­sto­ści i sta­dio­no­wym nie-miejscu, do któ­rych mamy dostęp poprzez media, i stały się one tylko zwy­czajną rze­czy­wi­sto­ścią i miej­scem. Czy Stróże to wieś antro­po­lo­gów nie­za­an­ga­żo­wa­nych? Zim­nych obser­wa­to­rów, z któ­rych każdy zna się na piłce? Okla­ski kibi­ców dru­żyny przy­jezd­nej były inwa­zją w spo­kój kon­tem­pla­cji pił­kar­skiej tak­tyki i ruchu ciał… Prawdę mówiąc, bra­ko­wało tam wszyst­kiego, co w kon­tek­ście piłki noż­nej zostało wykre­owane i co z tym spor­tem jest koja­rzone. Sło­wem, pierw­szo­li­gowy kadr lub pierw­szo­li­gowa kadra nie poru­szyły miesz­kań­ców Stróż. Ale czy tylko roz­en­tu­zja­zmo­wane tłumy obra­zują prawdę piłki?

Fot. M. Chlanda

Poru­szyło nato­miast co innego. To, co dotknęło i dotyka wszyst­kich – to zna­czy tra­ge­dia smo­leń­ska. Wcho­dząc do Cen­trum Reha­bi­li­ta­cyj­nego w przed­sionku mijamy tablicę, upa­mięt­nia­jącą wszyst­kie ofiary wypadku. Sama tablica nie dziwi, jest oso­bi­stym hoł­dem i wyra­zem pamięci, ale już refleks jej fun­da­to­rów zdu­miewa. Podej­rze­wam, że była pierw­szą w Pol­sce (12–06-2010). Wszystko to bowiem odczy­tu­jemy w kon­tek­ście nie­roz­strzy­gnię­tego wciąż kon­fliktu wokół krzyża na Kra­kow­skim Przed­mie­ściu, nie­udol­no­ści pań­stwa, kar­na­wa­li­za­cji cza­so­prze­strzeni itd. (ale jak długo może trwać kar­na­wał?). Kawa­łek zaś dalej, w głów­nym holu, znaj­duje się pięć gablot, gdzie w czte­rech znaj­dują się wota do sena­tora Sta­ni­sława Koguta, a piąta poświę­cona jest „pamięci” ofiar wypadku: wypeł­niają ją wizy­tówki zmar­łych (z oso­bi­stego wizy­tow­nika), oko­licz­no­ściowy bilet kole­jowy, foto­gra­fie i inne przed­mioty mniej lub bar­dziej zwią­zane z kata­strofą — ale raczej mniej. Szu­ka­jąc powią­zań mię­dzy Cen­trum Reha­bi­li­ta­cyj­nym, Stró­żami a Smo­leń­skiem i świa­tem mediów, odna­leźć można tylko jedno i nie­stety poli­tyczne – postać sena­tora Koguta. Wszyst­kie przed­mioty w bez­sporny spo­sób odsy­łają nas do jego osoby (iden­ty­fi­ka­tor vipow­ski z uro­czy­sto­ści pogrze­bo­wych, inny imienny iden­ty­fi­ka­tor ze zjazdu „Soli­dar­no­ści” w Kra­ko­wie – jaki jest jego zwią­zek z żałobą?). Gablota zdaje się już prze­ra­stać jed­nost­kowe cier­pie­nie wywo­łane tra­ge­dią i uspo­łecz­niać je w dobrze znany nam spo­sób. Obiera drogę wyty­czoną lata temu. Czyni to w romatyczno-ludowo-socjalistycznej manie­rze… Swego czasu bole­śnie doświad­czy­łem mate­ria­li­za­cji takiego myśle­nia, na jed­nej takiej gablo­cie roz­bi­łem sobie głowę w szkole… Pierw­sze dwa człony są wyra­zem wraż­li­wo­ści i ukształ­to­wa­nia odbioru spo­łecz­nego wszel­kiej tra­ge­dii poprzez ograne i zobiek­ty­wi­zo­wane kul­tu­rowo repre­zen­ta­cje, wyuczone i przy­swo­jone, pra­wie instynk­towne, inter­pre­ta­cje zja­wisk. Nato­miast ostatni jest wyra­zem este­tyki braku. Braku wła­ści­wych form wyrazu dla przed­sta­wie­nia pamięci i śmierci. Zerwa­nia łączno­ści mię­dzy mate­rią a pamię­cią. Jest to wyni­kiem utraty refe­ren­cji życia w śmierci i pamięci w zapo­mnie­niu. Nazy­wam ten rodzaj przed­sta­wia­nia socja­li­stycz­nym ze względu na podo­bień­stwo do zdia­gno­zo­wa­nej pustki ide­owej i pro­wi­zo­rium podob­nych zja­wisk z okresu PRL-u. Wystrój gabloty zamiast być sym­bo­liczną repre­zen­ta­cją, meta­fo­ry­za­cją straty i bólu jest infor­ma­cją o oso­bie sena­tora. Buduje obraz jego osoby, tak jak kie­dyś budo­wało obraz nie­ska­zi­tel­nej wła­dzy, w opar­ciu o insy­gnia przy­na­leż­no­ści (VIP, Soli­dar­ność, Wła­dza) w opa­rach kate­go­rii wznio­sło­ści – czło­wie­kiem wstrząsa tylko pusty śmiech. Nie­obec­ność hipo­stazy, która jest chyba istotą pro­cesu upa­mięt­nia­nia (nawet w swoim błęd­nym logicz­nym wymia­rze) staje się dla mnie postawą tego, co rozu­miem pod okre­śle­niem „este­tyka braku”.

Fot. M. Chlanda

Warto jesz­cze rzu­cić okiem na jedną gablotę, tę z wotami. I na krótko się przy niej zatrzy­mać. Wśród licz­nych odzna­czeń i dyplo­mów, pod­kre­śla­ją­cych jak naj­bar­dziej słuszne zaan­ga­żo­wa­nie w roz­wój regionu i lokal­nej spo­łecz­no­ści, dostrze­żemy medal zaska­ku­jący: „Sta­ni­sła­wowi Kogu­towi za wszystko…”. Wysu­bli­mo­wany żart? Wyra­fi­no­wana iro­nia? Wier­no­pod­dań­czy hołd? Odzna­cze­nie od NSZZ Soli­dar­ność Kole­ja­rzy wymyka się wszel­kiemu rozu­mie­niu. Jest meda­lem, bio­rą­cym wszyst­kie inne w nawias. Usta­na­wia auto­no­miczną prze­strzeń war­to­ści, która syme­trię znaj­duje tylko w wieczności.

Kategorie: Antropologia kultury, badania terenowe, Wycieczki

Przeczytaj koniecznie również:

Napisz komentarz