Co robi etnolog na badaniach terenowych? Czyli urlop w czasie pracy i praca w czasie urlopu
Pytanie oczywiste i, wydawać by się mogło, całkowicie bezsensowne, ale nie we współczesnym świecie. Wszakże rzeczy oczywistych nie ma, a jeśli są, to nie są tak oczywiste, jak zdają się być. Badania terenowe to dla etnologa chleb powszedni. Nawet typ „gabinetowy” ma z nimi do czynienia. Wprawdzie nie może on dostrzec rysów twarzy informatorów, przeczytać mowy ciała, tym niemniej ma przed sobą spisane przez etnograficznych czeladników wywiady i przywiezione (czasem krzyczące) artefakty, fotografie czy zarejestrowane filmy. Jako przedstawiciel etnologicznej fraterii, choć o niezidentyfikowanym charakterze, bo ni „gabinetowy” ni rasowy, archetypowy badacz, trafiłem na egzotyczną dla mnie ziemię Puszczy Zielonej…
Kwestionariusz w dość nieprecyzyjny sposób określił mi rodzaj informatorów – szukałem tubylców z wyższym wykształceniem, chcąc się dowiedzieć, czy istnieje jeszcze wśród nich etos inteligencki. Były to badania pilotażowe, które miały zweryfikować wartość i zasadność stawianych pytań… Obawiałem się trochę dwu rzeczy: po pierwsze braku zrozumienia terminu „etos”, oraz światopoglądowego charakteru poruszanych zagadnień. I kolejno: niezrozumienie tematu skutkowałoby brakiem wspólnej płaszczyzny dialogu i odbierałoby sens rozmowie; a natura tego typu pytań tworzyłaby wprawdzie płaszczyznę do dyskusji i działała na nią ożywczo, ale w kontekście kwestionariusza nie byłaby miernikiem jego precyzyjności. Raczej przeciwnie, byłaby miarą rozmycia i strachu u informatora. Z jednej strony otwierałaby bowiem szerokie perspektywy rozmowy, a z drugiej zamykałaby je i nie pozwalała posłużyć się wytrychem i uciec w ogólne i odwieczne: bo tak było od zawsze; dlaczego nie; tak robiła moja matka, to i ja tak robię… Inne kwestie weryfikuje teren, a że ten płaski był i jest jak stół, zatem specjalnie się nie obawiałem.
Niemniej, dzięki pomocy Dyrektor Muzeum w Ostrołęce, pani Marii Samsel dotarliśmy do respondentów, którzy uczynili moje obawy nieuzasadnionymi, a same badania ogromnie ciekawymi, choć bardzo jednostronnymi.
Wraz z szefową mojego działu z PME rozmawialiśmy z ludźmi, których zaangażowanie w sprawy rozwoju i promocji regionu, kształtowania tożsamości lokalnej, budowania wizerunku niezłomnego Kurpa było więcej niż żarliwe. Kurpiowszczyzna według nich to ziemia rodząca i zamieszkana przez ludowych artystów i zespoły artystyczne. Ziemia stworzona do bycia promowaną – stroje, kwiaty z bibuły, leluje, kierce, świątki. Ziemia, która w najgorszym razie wyda dobrego nieuzdolnionego człowieka, który zajmie się hodowlą wszechobecnego tam bydła i założy gospodarstwo agroturystyczne. Ziemia dosłownie mlekiem i miodem płynąca. O bydle już wspominałem, a dorzucić muszę jeszcze wzmiankę o jednym z większych świąt ludowych w regionie jakim jest miodobranie w Myszyńcu.
Legendarny złoczyńca, uciekinier, pejoratywnie określany butem (Kurp), przemienił się w pantofelek Kopciuszka, w wykwintny łapeć, pasujący tylko do Kurpa. Prawdą jest, że taka przemiana to ciężka praca i jako taka ma ona niepoliczalną wartość. Nie śmiem jej kwestionować. Umiejętność korzystania z unijnych dotacji i obrotność są niezbędne, aby funkcjonować w globalnym przy pomocy lokalnego, w medialnym przy pomocy tradycyjnego, by zmieniać stare na nowe-stare. Ale jaką to ma etnologiczną wartość? Czymże jest wymuskany wizerunek Kurpa dla etnologa? Bo na pewno nie zjawiskiem samym w sobie, jakiego on poszukuje. Jest tworem specjalistów i pasjonatów od polityki kulturalnej. Jest czymś innym niż podmiotem i przedmiotem tradycji wynalezionej. Zdaje się być raczej tworem marketingowo-społecznym o ludowym profilu, atrakcją turystyczną z folderu promocyjnego. Idealnym obrazem dekonstrukcji i rozbicia wartości pojęć – ludowy, tradycyjny, swojski.
Wracając jednak do postawy etosowej, niesienia kaganka oświaty, etosu pracy, wzorców i moralnych prerogatyw; z rozmów wynikało, że są te wartości dla naszych rozmówców istotą życia w społeczności. Iście pozytywistyczne postawy, reprezentujące tradycyjne, jeśli jest jakieś inne, rozumienie etosu inteligencji. Konstatacja takiego stanu rzeczy może być zadziwiająca, a zarazem krzepiąca. W świecie, gdzie inteligencja to członkowie stowarzyszenia Mensa i liczba IQ; gdzie z socjologicznego punktu widzenia, inteligencją są ludzie z wyższym nijakim wykształceniem; gdzie społeczeństwo, to klasa średnia i średnio czymkolwiek zainteresowana, istnieje „banda” regionalistów-naukowców-badaczy-fascynatów, która robi wszystko, aby przynajmniej na Kurpiach było inaczej. Czy lepiej – nie wiem. Dla etnologa, tradycje wynalezione są o tyle interesujące, o ile ich korzenie odsyłają in illo tempore, równocześnie dając się datować metodami innymi niż węglem C14. Tradycyjna(?) i obrzędowa Kurpiowszczyzna jest dla mnie mało nęcąca i zapładniająca intelektualnie. Interesująca staje się dopiero wtedy, gdy dostrzeżemy związek między panią, robiącą wrzosy z bibuły i wielką polityką, między rzeźbiarzem ludowym a filmem przyrodniczym na Discovery oraz kiedy zdamy sobie sprawę, że współczesny regionalizm to gra. Konkurs na najbardziej regionalną izbę, najbardziej ludowego artystę, najbardziej kurpiowskie wycinanki. Zawody na leluje, gdzie wygraną jest rozpoznawalność i szansa zaistnienia, ale nie łudźmy się – też tylko w określonych kręgach. Rywalizacja kaleka, ponieważ jury nie ma żadnych stałych współczynników oceny. Nawet sam byt jury może zostać zakwestionowany. Nie wiadomo przecież, czy najbardziej ludowe jest odwzorowanie dawnego, artystyczna inspiracja, uaktualnienie, czy „nowe” samo w sobie. Ale bawmy się w ludowe lub nie odbierajmy innym możliwości zabawy.
Kiedy stwierdzimy, że swoista schizofrenia bycia równocześnie lokalnym i globalnym, tradycyjnym i nowoczesnym, tradycyjnym i medialnym, łapciem i kozakiem to nie jest choroba, a tylko właściwość rzeczywistości kulturowej, możemy skupić się na refleksji. Ale jej wynikiem nie będzie skrupulatny opis i ocena, a wielowątkowa narracja. Dlatego też tak zadziwiająca i warta badania jest postawa etosowa inteligencji małomiasteczkowej na Kurpiowszczyźnie. Postawa spójna, chciałoby się rzec — archaiczna w konfrontacji z heterogenicznym i przyśpieszającym światem kultury.
***
Jako etnolog, ale już incognito, odwiedziłem ostatnio niewielką wieś z wielką stacją kolejową — czyli Stróże na Sądecczyźnie. Zastały mnie tam innego rodzaju sytuacje etnograficzne, w żaden sposób przeze mnie niewywoływane i nieprowokowane. Był to, skądinąd błahy i badawczo rozpoznany do granic poznania, mecz piłki nożnej oraz gablota w sali recepcyjnej budynku Centrum Rehabilitacyjno-Szkoleniowego, w której zaaranżowana została drobna kommemoracyjna wystawa poświęcona ofiarom katastrofy lotniczej w Smoleńsku.
Pomijając poziom spotkania między beniaminkiem I ligi — Kolejarzem Stróże, a Podbeskidziem Bielsko-Biała, warto zwrócić uwagę na swoistą unikalność zaistniałego wydarzenia i doświadczenia: pierwszy gol, rożny, faul, spalony; wszystko pierwsze w I lidze i w końcu koniec pierwszej połowy. Wszystko miało być czymś niepowtarzalnym, całkowicie nowym, mimo że odegranym wedle zwyczajnego scenariusza. Nie stało się tak, nie zrobił mecz najmniejszego wrażenia na stróżańskich kibicach. Poza sporadycznymi uszczypliwymi komentarzami, pojedynczymi okrzykami uczestnicy wydarzenia nie przystawali do opatrzonego telewizyjnego wizerunku fana. Na trybunach panowała atmosfera chłodnego dystansu i zimnej ironii wobec wszelkiego dziania się – istny smutek meczu. Pierwszoligowa inicjacja nie była momentem przejścia, ani fazą liminalną, nie stworzyła wspólnoty perspektyw czy uczestnictwa. Niemiejski kontekst meczu odbił się chyba na naturze hiperrzeczywistości i stadionowym nie-miejscu, do których mamy dostęp poprzez media, i stały się one tylko zwyczajną rzeczywistością i miejscem. Czy Stróże to wieś antropologów niezaangażowanych? Zimnych obserwatorów, z których każdy zna się na piłce? Oklaski kibiców drużyny przyjezdnej były inwazją w spokój kontemplacji piłkarskiej taktyki i ruchu ciał… Prawdę mówiąc, brakowało tam wszystkiego, co w kontekście piłki nożnej zostało wykreowane i co z tym sportem jest kojarzone. Słowem, pierwszoligowy kadr lub pierwszoligowa kadra nie poruszyły mieszkańców Stróż. Ale czy tylko rozentuzjazmowane tłumy obrazują prawdę piłki?
Poruszyło natomiast co innego. To, co dotknęło i dotyka wszystkich – to znaczy tragedia smoleńska. Wchodząc do Centrum Rehabilitacyjnego w przedsionku mijamy tablicę, upamiętniającą wszystkie ofiary wypadku. Sama tablica nie dziwi, jest osobistym hołdem i wyrazem pamięci, ale już refleks jej fundatorów zdumiewa. Podejrzewam, że była pierwszą w Polsce (12–06-2010). Wszystko to bowiem odczytujemy w kontekście nierozstrzygniętego wciąż konfliktu wokół krzyża na Krakowskim Przedmieściu, nieudolności państwa, karnawalizacji czasoprzestrzeni itd. (ale jak długo może trwać karnawał?). Kawałek zaś dalej, w głównym holu, znajduje się pięć gablot, gdzie w czterech znajdują się wota do senatora Stanisława Koguta, a piąta poświęcona jest „pamięci” ofiar wypadku: wypełniają ją wizytówki zmarłych (z osobistego wizytownika), okolicznościowy bilet kolejowy, fotografie i inne przedmioty mniej lub bardziej związane z katastrofą — ale raczej mniej. Szukając powiązań między Centrum Rehabilitacyjnym, Stróżami a Smoleńskiem i światem mediów, odnaleźć można tylko jedno i niestety polityczne – postać senatora Koguta. Wszystkie przedmioty w bezsporny sposób odsyłają nas do jego osoby (identyfikator vipowski z uroczystości pogrzebowych, inny imienny identyfikator ze zjazdu „Solidarności” w Krakowie – jaki jest jego związek z żałobą?). Gablota zdaje się już przerastać jednostkowe cierpienie wywołane tragedią i uspołeczniać je w dobrze znany nam sposób. Obiera drogę wytyczoną lata temu. Czyni to w romatyczno-ludowo-socjalistycznej manierze… Swego czasu boleśnie doświadczyłem materializacji takiego myślenia, na jednej takiej gablocie rozbiłem sobie głowę w szkole… Pierwsze dwa człony są wyrazem wrażliwości i ukształtowania odbioru społecznego wszelkiej tragedii poprzez ograne i zobiektywizowane kulturowo reprezentacje, wyuczone i przyswojone, prawie instynktowne, interpretacje zjawisk. Natomiast ostatni jest wyrazem estetyki braku. Braku właściwych form wyrazu dla przedstawienia pamięci i śmierci. Zerwania łączności między materią a pamięcią. Jest to wynikiem utraty referencji życia w śmierci i pamięci w zapomnieniu. Nazywam ten rodzaj przedstawiania socjalistycznym ze względu na podobieństwo do zdiagnozowanej pustki ideowej i prowizorium podobnych zjawisk z okresu PRL-u. Wystrój gabloty zamiast być symboliczną reprezentacją, metaforyzacją straty i bólu jest informacją o osobie senatora. Buduje obraz jego osoby, tak jak kiedyś budowało obraz nieskazitelnej władzy, w oparciu o insygnia przynależności (VIP, Solidarność, Władza) w oparach kategorii wzniosłości – człowiekiem wstrząsa tylko pusty śmiech. Nieobecność hipostazy, która jest chyba istotą procesu upamiętniania (nawet w swoim błędnym logicznym wymiarze) staje się dla mnie postawą tego, co rozumiem pod określeniem „estetyka braku”.
Warto jeszcze rzucić okiem na jedną gablotę, tę z wotami. I na krótko się przy niej zatrzymać. Wśród licznych odznaczeń i dyplomów, podkreślających jak najbardziej słuszne zaangażowanie w rozwój regionu i lokalnej społeczności, dostrzeżemy medal zaskakujący: „Stanisławowi Kogutowi za wszystko…”. Wysublimowany żart? Wyrafinowana ironia? Wiernopoddańczy hołd? Odznaczenie od NSZZ Solidarność Kolejarzy wymyka się wszelkiemu rozumieniu. Jest medalem, biorącym wszystkie inne w nawias. Ustanawia autonomiczną przestrzeń wartości, która symetrię znajduje tylko w wieczności.
Kategorie: Antropologia kultury, badania terenowe, Wycieczki









