Dekoder snów — senne wspomnienie
„Wyśniło mi się, że czytałem o snach innych ludzi podczas Nocy Muzeów, aż chciałem przejść do innej sali i okazało się, że jestem tam, gdzie byłem! Nie mogę z niej wyjść ani się obudzić!” – głosi jeden z wpisów w Dekoderze snów, jakby żywcem wyjęty z filmu Dzień świstaka. Jak dla nas – proroczy. Siedzimy, czytamy (a jak się naczytamy, to i śnimy) cudze sny pozostawione w holu II piętra podczas majowej Nocy Muzeów. Próbujemy je rozgryźć, zinterpretować, ułożyć z nich zbiorowy portret odwiedzających nas gości. I tak od dobrych 2 miesięcy… a pod piórem ciągle nic. Bo jak rozumieć sen, w którym „żółw ściga się ze ślimakiem”, a „banan je goryla”? Możemy jedynie napisać: wybacz, Szanowny Czytelniku, wszelkie potencjalne nadinterpretacje, błędy i wypaczenia, logikę tekstu wziętą wprost ze snu i jak sen, czasem pełną sprzeczności. To, co przeczytasz poniżej, to tylko czysto subiektywna wariacja o gościach pewnej muzealnej nocy i o tym, co im „zdarzyć się mogło, ale zdarzyć się (nie) musiało”.
Zatem…
Śmiałkowie, zwiedzający muzeum nocą, boją się niewielu rzeczy. Nie przeraża ich ani ścigająca „ulicami Warszawy czarna pantera”, ani wielka ośmiornica: „było strasznie, ale i trochę fajnie” — przyznają. Może najbardziej obawiają się utraty równowagi, kontroli nad własnym życiem, niepowodzenia czy niegotowości do podjęcia pewnych wyzwań. Stąd powracające w koszmarach wizje upadków z różnych wysokości, od dużych i strasznych („przyjaciel wypchnął mnie z samolotu”) po nieco mniejsze („z krawężnika”) i mniej spektakularne („w środku nocy spadłam z wielkiego dziecięcego krzesełka”). Może, jako osoby aktywne, gotowe „przez szafę przejść do Ameryki Południowej po pomidory dla przyjaciół”, trochę boją się stagnacji i pozostawania w miejscu, gdy świat pędzi do przodu: „próbuję biec dalej, ale nie mogę, bo nogi grzęzną mi w piasku i stają się coraz cięższe. A ja się zapadam, zapadam… i uciekają mi ci, których chcę dogonić”. Może obawiają się powrotu do przeszłości i poczucia straconego czasu: „piszę maturę z polskiego. (…) w trakcie okazuje się, że na tym samym arkuszu muszę zaliczyć też biologię. (…) wolno mi idzie, a tablice, z których korzystam, są wielkie, ciężkie i nie dają się otworzyć. Zostaje mi 5 minut. Zaczynam sprawdzać pracę i w każdym zdaniu jest błąd ortograficzny. Wracając do domu odkrywam, że arkusz trzymam w ręce, bo zapomniałam go oddać! Aaaaaa!!!!”. Nawet jednak i wtedy nie opuszcza ich poczucie humoru, nakazując niszczenie śmiechem sennych upiorów. We snach sięgają zatem po tajną broń: łyżkę, kompromitujące przeciwnika fotki na Naszej Klasie, szczerą rozmowę nad kostką masła, czy niedźwiedzia, który w odpowiednim momencie ugryzie złoczyńcę w nogę.
Jako stałych bywalców muzeów, niewiele rzeczy ich dziwi. Są kreatywni („nie rozumiem snu, w którym nic nie przychodzi mi do głowy”), lekko egocentryczni („nie rozumiem snu, w którym mnie nie ma”), tolerancyjni („nie rozumiem snu w którym, wszystko jest czarno-białe”). Optymiści z różowymi okularami na nosie, wszędzie szukają szczęśliwych zakończeń: „nie rozumiem snu, w którym nie ma happy endu!” – deklarują na muzealnych ścianach.
Bywają pragmatyczni i bardzo konkretni. Najlepiej śni im się z pełnym brzuchem: „gdy najem się przed snem”, jak głosi jedno z dokończonych zdań Dekodera snów. W ciepłym domu, dużym łóżku, z jedną nogą na kołdrze, a drugą pod, gdy zasypiają zmęczeni, na brzuchu, po kolejnym pracowitym dniu. Czasem romantyczni, ale tylko, gdy zasypiają u boku ukochanej osoby i to po spełnieniu odpowiednich warunków. Kiedy „mój mężczyzna nie chrapie, nie ściąga kołdry i nie puszcza bąków”, „pod niebem pełnym gwiazd” lub gdy „spadające krople deszczu uderzają o dach i słychać ich uspokajający szum”. Bywają przekorni, zmagając się ze snem i rzeczywistością: „najlepiej śni mi się, gdy trzeba już wstać, gdy dzwoni budzik, gdy zegar pokazuje 5.30, a o 6.00 muszę wstać”. Nie poddają się jednak presji czasu i naporom codzienności, śnią dalej w najlepsze o tym, że „będąc w starym domu, dotykając instrumentów, stajesz się częścią orkiestry”, „jutro było wczoraj”, świat staje na opak: „pies jest kotem, a kot kokosem”. Jeśli już mają wstać rano, to jako towarzyskie bestie najchętniej budziliby się ze świadomością, że „czeka mnie fantastyczny dzień spędzony ze wspaniałymi ludźmi”.
Zakładamy, że mają artystyczne dusze, bo przecież złodzieje z ich snów, zamiast portfela i dokumentów, wybierają to, co najcenniejsze: „ołówki, flamastry i cienkopisy”. Przedmioty obowiązkowe w kieszeni każdego artysty plastyka. W snach marzą o karierze: sportowej („zostałem kapitanem drużyny siatkarskiej”), muzycznej („wyśniło mi się, że umiem śpiewać”) lub biznesowej – próbują zbić fortunę w tradycyjnych zawodach, jak rybołówstwo, nie zrażając się, że przecież „kurna! krewetki w Wiśle nie biorą”. Lubią być panami sytuacji, wiedzą czego chcą, choćby to miał być tylko rosół: „kazałam dwóm kurom wziąć garnki, nastawić wodę, oskubać się i wskoczyć do wody – bez gadania!!!”. A chcą też kontrolować sytuację: „najlepiej śni mi się, gdy świadomie wracam do przerwanego snu”, „nie rozumiem snu, w którym żona mówi: teraz moja kolej!”.
Znają się na (pop)kulturze, która systematycznie wkrada się w najgłębsze zakamarki ich snów albo pod postacią wręczającego naszyjnik aktora Roberta Pattisona, albo pisarza Naila Gaigmana, z którym można na targach książki wypić pyszną kawę (szczęściarze!). Ktoś na fali filmów o wampirach, od Draculi z Belą Lugosi po Jestem legendą z Willem Smithem – a może mając w pamięci naszą zeszłoroczną wystawę Wampiry, strzygi i spółka – śni: „jestem ostatnim człowiekiem na ziemi, a reszta ludzi to wampiry, które chcą mnie zabić”. Brr!!! Szczęśliwie ktoś inny budzi się z koszmaru, w którym „obejrzał(am) wszystkie odcinki Mody na sukces” (szczerze współczujemy!). Na pociechę dodamy, że nasi goście miewają też sny szczęśliwe, te o lataniu – ot, choćby na dziku!, niespodziewanych wakacjach („zamiast na wyjazd służbowy jechałem na Teneryfę”), powrocie do dzieciństwa i nieskrępowanej niczym wolności („byłam Gumisiem i biegałam z innymi po lesie”). Miewają też sny prorocze, jak ten: „spotykam w holu hotelowym Flea, który gra na basie riff i uczy mnie go. Ten sam riff pojawił się w piosence Don’t forget me kilka miesięcy później”, albo ten: „śnią mi się osoby, które nie powinny, a potem, na jawie, stają się bliższe…”. Mamy nadzieję, że podobnie wyśniły przyszłość właścicielki snów, w których: „moja siostra świetnie gra na saksofonie i zagrała świetny dyplom”, „zdałam egzamin na prawo jazdy. Egzamin mam za tydzień”.
Teraz, po przejrzeniu kilkuset stron Dekodera i kilku bezsennych nocach, możemy i my śmiało powtórzyć za jednym z muzealnych gości, że nie rozumiemy snów, w których… nic się nie śni. A Wy?
Kategorie: EtnoWarszawa, muzeum, sen










