Beta

Bądź na bieżąco - RSS

Dekoder snów — senne wspomnienie

9 września 2010 |

Sen­nik, fot. O. Mędrzejewska

Wyśniło mi się, że czy­ta­łem o snach innych ludzi pod­czas Nocy Muzeów, aż chcia­łem przejść do innej sali i oka­zało się, że jestem tam, gdzie byłem! Nie mogę z niej wyjść ani się obu­dzić!” – głosi jeden z wpi­sów w  Deko­de­rze snów, jakby żywcem wyjęty z filmu Dzień świstaka. Jak dla nas – pro­ro­czy. Sie­dzimy, czy­tamy (a jak się naczy­tamy, to i śnimy) cudze sny pozo­sta­wione w holu II pię­tra pod­czas majo­wej Nocy Muzeów. Pró­bu­jemy je roz­gryźć, zin­ter­pre­to­wać, uło­żyć z nich zbio­rowy por­tret odwie­dza­ją­cych nas gości.  I tak od dobrych 2 mie­sięcy… a pod pió­rem cią­gle nic. Bo jak rozu­mieć sen, w któ­rym „żółw ściga się ze ślima­kiem”, a „banan je goryla”? Możemy jedy­nie napi­sać: wybacz, Sza­nowny Czy­tel­niku, wszel­kie poten­cjalne nad­in­ter­pre­ta­cje, błędy i wypa­cze­nia, logikę tek­stu wziętą wprost ze snu i jak sen, cza­sem pełną sprzecz­no­ści. To, co prze­czy­tasz poni­żej, to tylko czy­sto subiek­tywna waria­cja o gościach pew­nej muze­al­nej nocy i o tym, co im „zda­rzyć się mogło, ale zda­rzyć się (nie) musiało”.
Zatem…

Sen­nik, fot. O. Mędrzejewska

Śmiał­ko­wie, zwie­dza­jący muzeum nocą, boją się nie­wielu rze­czy. Nie prze­raża ich ani ściga­jąca „uli­cami War­szawy czarna pan­tera”, ani wielka ośmior­nica: „było strasz­nie, ale i tro­chę faj­nie” — przy­znają. Może naj­bar­dziej oba­wiają się utraty rów­no­wagi, kon­troli nad wła­snym życiem, nie­po­wo­dze­nia czy nie­go­to­wo­ści do pod­ję­cia pew­nych wyzwań. Stąd powra­ca­jące w kosz­ma­rach wizje upad­ków z róż­nych wyso­ko­ści, od dużych i strasz­nych („przy­ja­ciel wypchnął mnie z samo­lotu”) po nieco mniej­sze („z kra­węż­nika”) i mniej spek­ta­ku­larne („w środku nocy spa­dłam z wiel­kiego dzie­cię­cego krze­sełka”). Może, jako osoby aktywne, gotowe „przez szafę przejść do Ame­ryki Połu­dnio­wej po pomi­dory dla przy­ja­ciół”, tro­chę boją się sta­gna­cji i pozo­sta­wa­nia w miej­scu, gdy świat pędzi do przodu: „pró­buję biec dalej, ale nie mogę, bo nogi grzę­zną mi w pia­sku i stają się coraz cięż­sze. A ja się zapa­dam, zapa­dam… i ucie­kają mi ci, któ­rych chcę dogo­nić”. Może oba­wiają się powrotu do prze­szło­ści i poczu­cia stra­co­nego czasu: „piszę maturę z pol­skiego. (…) w trak­cie oka­zuje się, że na tym samym arku­szu muszę zali­czyć też bio­lo­gię. (…) wolno mi idzie, a tablice, z któ­rych korzy­stam, są wiel­kie, cięż­kie i nie dają się otwo­rzyć. Zostaje mi 5 minut. Zaczy­nam spraw­dzać pracę i w każ­dym zda­niu jest błąd orto­gra­ficzny. Wra­ca­jąc do domu odkry­wam, że arkusz trzy­mam w ręce, bo zapo­mnia­łam go oddać! Aaaaaa!!!!”. Nawet jed­nak i wtedy nie opusz­cza ich poczu­cie humoru, naka­zu­jąc nisz­cze­nie śmie­chem sen­nych upio­rów. We snach się­gają zatem po tajną broń: łyżkę, kom­pro­mi­tu­jące prze­ciw­nika fotki na Naszej Kla­sie, szczerą roz­mowę nad kostką masła, czy niedź­wie­dzia, który w odpo­wied­nim momen­cie ugry­zie zło­czyńcę w nogę.
Jako sta­łych bywal­ców muzeów, nie­wiele rze­czy ich dziwi. Są kre­atywni („nie rozu­miem snu, w któ­rym nic nie przy­cho­dzi mi do głowy”), lekko ego­cen­tryczni („nie rozu­miem snu, w któ­rym mnie nie ma”), tole­ran­cyjni („nie rozu­miem snu w któ­rym, wszystko jest czarno-białe”). Opty­mi­ści z różo­wymi oku­la­rami na nosie, wszę­dzie szu­kają szczę­śli­wych zakoń­czeń: „nie rozu­miem snu, w któ­rym nie ma happy endu!” – dekla­rują na muze­al­nych ścianach.

Sen­nik, fot. O. Mędrzejewska

Bywają prag­ma­tyczni i bar­dzo kon­kretni. Naj­le­piej śni im się z peł­nym brzu­chem: „gdy najem się przed snem”, jak głosi jedno z dokoń­czo­nych zdań Deko­dera snów. W cie­płym domu, dużym łóżku, z jedną nogą na koł­drze, a drugą pod, gdy zasy­piają zmę­czeni, na brzu­chu, po kolej­nym pra­co­wi­tym dniu. Cza­sem roman­tyczni, ale tylko, gdy zasy­piają u boku uko­cha­nej osoby i to po speł­nie­niu odpo­wied­nich warun­ków. Kiedy „mój męż­czy­zna nie chra­pie, nie ściąga koł­dry i nie pusz­cza bąków”, „pod nie­bem peł­nym gwiazd” lub gdy „spa­da­jące kro­ple desz­czu ude­rzają o dach i sły­chać ich uspo­ka­ja­jący szum”. Bywają prze­korni, zma­ga­jąc się ze snem i rze­czy­wi­sto­ścią: „naj­le­piej śni mi się, gdy trzeba już wstać, gdy dzwoni budzik, gdy zegar poka­zuje 5.30, a o 6.00 muszę wstać”. Nie pod­dają się jed­nak pre­sji czasu i napo­rom codzien­no­ści, śnią dalej w naj­lep­sze o tym, że „będąc w sta­rym domu, doty­ka­jąc instru­men­tów, sta­jesz się czę­ścią orkie­stry”, „jutro było wczo­raj”, świat staje na opak: „pies jest kotem, a kot koko­sem”. Jeśli już mają wstać rano, to jako towa­rzy­skie bestie naj­chęt­niej budzi­liby się ze świa­do­mo­ścią, że „czeka mnie fan­ta­styczny dzień spę­dzony ze wspa­nia­łymi ludźmi”.
Zakła­damy, że mają arty­styczne dusze, bo prze­cież zło­dzieje z ich snów, zamiast port­fela i doku­men­tów, wybie­rają to, co naj­cen­niej­sze: „ołówki, fla­ma­stry i cien­ko­pisy”. Przed­mioty obo­wiąz­kowe w kie­szeni każ­dego arty­sty pla­styka. W snach marzą o karie­rze: spor­to­wej („zosta­łem kapi­ta­nem dru­żyny siat­kar­skiej”), muzycz­nej („wyśniło mi się, że umiem śpie­wać”) lub biz­ne­so­wej – pró­bują zbić for­tunę w tra­dy­cyj­nych zawo­dach, jak rybo­łów­stwo, nie zra­ża­jąc się, że prze­cież „kurna! kre­wetki w Wiśle nie biorą”. Lubią być panami sytu­acji, wie­dzą czego chcą, choćby to miał być tylko rosół: „kaza­łam dwóm kurom wziąć garnki, nasta­wić wodę, osku­bać się i wsko­czyć do wody – bez gada­nia!!!”. A chcą też kon­tro­lo­wać sytu­ację: „naj­le­piej śni mi się, gdy świa­do­mie wra­cam do prze­rwa­nego snu”, „nie rozu­miem snu, w któ­rym żona mówi: teraz moja kolej!”.

Sen­nik, fot. O. Mędrzejewska

Znają się na (pop)kulturze, która sys­te­ma­tycz­nie wkrada się w naj­głęb­sze zaka­marki ich snów albo pod posta­cią wrę­cza­ją­cego naszyj­nik aktora Roberta Pat­ti­sona, albo pisa­rza Naila Gaig­mana, z któ­rym można na tar­gach książki wypić pyszną kawę (szczę­ścia­rze!). Ktoś na fali fil­mów o wam­pi­rach, od Dra­culi z Belą Lugosi po Jestem legendą z Wil­lem Smi­them  – a może mając w pamięci naszą zeszło­roczną wystawę Wam­piry, strzygi i spółka – śni: „jestem ostat­nim czło­wie­kiem na ziemi, a reszta ludzi to wam­piry, które chcą mnie zabić”. Brr!!! Szczę­śli­wie ktoś inny budzi się z kosz­maru, w któ­rym „obejrzał(am) wszyst­kie odcinki Mody na suk­ces” (szcze­rze współ­czu­jemy!). Na pocie­chę dodamy, że nasi goście mie­wają też sny szczę­śliwe, te o lata­niu – ot, choćby na dziku!, nie­spo­dzie­wa­nych waka­cjach („zamiast na wyjazd służ­bowy jecha­łem na Tene­ryfę”), powro­cie do dzie­ciń­stwa i nie­skrę­po­wa­nej niczym wol­no­ści („byłam Gumi­siem i bie­ga­łam z innymi po lesie”). Mie­wają też sny pro­ro­cze, jak ten: „spo­ty­kam w holu hote­lo­wym Flea, który gra na basie riff i uczy mnie go. Ten sam riff poja­wił się w pio­sence Don’t for­get me kilka mie­sięcy póź­niej”, albo ten: „śnią mi się osoby, które nie powinny, a potem, na jawie, stają się bliż­sze…”. Mamy nadzieję, że podob­nie wyśniły przy­szłość wła­ści­cielki snów, w któ­rych: „moja sio­stra świet­nie gra na sak­so­fo­nie i zagrała świetny dyplom”, „zda­łam egza­min na prawo jazdy. Egza­min mam za tydzień”.

Teraz, po przej­rze­niu kil­ku­set stron Deko­dera i kilku bez­sen­nych nocach, możemy i my śmiało powtó­rzyć za jed­nym z muze­al­nych gości, że nie rozu­miemy snów, w któ­rych… nic się nie śni. A Wy?

Kategorie: EtnoWarszawa, muzeum, sen

Przeczytaj koniecznie również:

Napisz komentarz