Beta

Bądź na bieżąco - RSS

Vegeta dla Świętego Bazylego

13 stycznia 2012 |

Do mace­doń­skiej wsi Roga­czewo bie­gnie ser­pen­ty­nia­sta droga pnąca się mię­dzy osa­dami bez wyraź­nego końca i początku. Gra­nice poszcze­gól­nych wsi, jasne dla wędru­ją­cych pie­szo, stają się nie­uchwytne dla patrzą­cych z okna samo­chodu. Te miej­sca nie zapra­szają nowo­cze­sno­ści, ona wpra­sza się sama wypo­sa­żona w tempo zbyt szyb­kie by ujrzeć detale. Patrzy wzro­kiem krót­ko­wi­dza. I to takiego po kilku kie­lisz­kach. Wieś pra­wo­sławną od muzuł­mań­skiej dzieli odle­głość pię­ciu sekund.

Odróż­nie­nie jed­nej od dru­giej przy tej szyb­ko­ści polega głów­nie na wra­że­niach — coś jest duże a coś małe, zamknięte — otwarte, wyso­kie i zwarte lub kulące się, roz­rzu­cone w pusta­wej prze­strzeni. Zabu­do­wa­nia albań­skie cią­gną się jed­nym sze­re­giem bez prze­świ­tów, wyso­kie mury, masywne bramy chro­nią pry­wat­no­ści miesz­kań­ców, cie­kaw­skie spoj­rze­nie nie doj­rzy podwórka, ani prze­by­wa­ją­cych tam ludzi o ile sami nie zapro­szą do środka. Domy mace­doń­skie, pię­trowe, kamienne wyra­stają tuż obok ulicy lub cho­wają się za ogro­dze­niem wyso­ko­ści czło­wieka. Z pew­nej odle­gło­ści podwórko ujaw­nia wszyst­kie zaka­marki.  To, co pry­watne zaczyna się od progu domu wła­ści­wego, czyli miesz­kal­nego. Nie­które wsie dzielą się wspólną prze­strze­nią po poło­wie, punk­tem gra­nicz­nym bywa rzeka, roz­staje dróg, sklep czy lokalna świetlica.

Każ­dej wsi pra­wo­sław­nej patro­nuje któ­ryś z pan­te­onu świę­tych. Roga­czewo ma Świę­tego Ilję. Do kaplicy jego imie­nia, góru­ją­cej nad wio­ską, dostać się można wyłącz­nie pie­szo. Cho­dzi się tam raz do roku, latem, w dniu patrona.  Wokół świę­tego miej­sca cią­gną się drew­niane i kamienne stoły, te naj­bli­żej wej­ścia należą do rodzin roga­czew­skich, dal­sze do gości z oko­lic. Służą do spo­ży­cia zwie­rzę­cej ofiary. Legenda głosi, że dzieje się tak za karę. Z powodu zabi­cia jele­nia, który pił wodę ze świę­tego stru­mie­nia. Dla odpo­ku­to­wa­nia grze­chu, jakim było skrzyw­dze­nie dzi­kiego zwie­rzę­cia należy teraz co roku dostar­czać domowy przy­chó­wek, barana, krowę, cza­sem kurę. Teraz teren wokół kaplicy jest opu­sto­szały. Dziś świę­to­wa­nie nie wyj­dzie poza gra­nice wsi. Mamy wigi­lię Nowego Roku, 13 stycznia.

Ta noc ma rów­nież swo­jego patrona. Jest nim Sveti Vasilj czyli św. Bazyli Wielki czczony zarówno we wschod­nim jak i zachod­nim chrze­ści­jań­stwie. W kościele rzym­sko­ka­to­lic­kim jego kult nie wykra­cza jed­nak poza ofi­cjalne ramy dok­try­nalne.  Ina­czej w ludo­wej wer­sji pra­wo­sła­wia, gdzie sta­pia się z obrzę­do­wo­ścią nowo­roczną. Od jego imie­nia nazwę swą biorą Vasi­li­cari — grupy prze­bra­nych męż­czyzn, któ­rych zada­niem jest ode­gna­nie złych mocy poza ludzką wspólnotę.

Pierw­sze wyrwy w spo­koj­nej atmos­fe­rze wio­ski poja­wiają się wraz z zacho­dem słońca, pod­kre­ślo­nym dla pew­no­ści biciem cer­kiew­nych dzwo­nów. Coś się zaczyna dziać, jakieś poru­sze­nie, szepty, śmie­chy, bie­ga­nie z miej­sca na miej­sce. Obser­wuję przy­go­to­wa­nia z per­spek­tywy zaple­cza sklepu spo­żyw­czego, które zaczyna się zapeł­niać pół­ludz­kimi, prze­dziw­nymi  posta­ciami – wpa­dły na chwilę coś prze­ką­sić i poga­dać. Roz­ma­wiamy chwilę o tym jak, od kiedy, dla­czego i po co. Naj­wię­cej opo­wiada eme­ry­to­wany nauczy­ciel – kie­dyś aktywny uczest­nik święta, dziś z racji wieku przy­glą­da­jący się wszyst­kiemu z boku. Kiedy mówi o jego nie­zmien­nej od lat for­mie dołą­czają pozo­stali wyja­śnia­jąc, że coś się tam jed­nak zmie­nia, że już nie twa tak długo jak daw­niej, że mniej chęt­nych i że dzi­siaj będzie kiep­sko z muzyką – har­mo­ni­sta nie doje­chał, a nikt inny nie potrafi go zastą­pić, choć instru­ment jest.   Kon­klu­zja – świat scho­dzi na psy.

Prze­cho­dzimy do przy­cer­kiew­nej świe­tlicy, gdzie gro­mada kil­ku­na­stu nie­wy­ro­śnię­tych chło­pa­ków dzieli się zada­niami. Będą sta­no­wić  for­pocztę doro­słych Vasi­li­čari. Zaopa­trzeni w kubełki po oliw­kach i płó­cienne worki ruszą w wędrówkę po domach. Kwa­drans po nich wyjdą główni boha­te­ro­wie: Zna­chor, Upa­da­jący Czło­wiek, Panna Młoda i Stara Baba. W tym cza­sie miesz­kańcy przy­go­to­wują się do przy­ję­cia gości. Usły­szaw­szy hałas pochodu, na próg domu wycho­dzą gospo­da­rze trzy­ma­jąc tacę pełną misek i fili­ża­nek z nie­przy­pad­kową zawar­to­ścią. Temu, co znaj­duje się w naczy­niach pod­po­rząd­ko­wany jest jeden kubełek/ worek i każdy przy­bysz wie, co ma zbie­rać. Roz­le­gają się okrzyki: sól!, cukier! kawa! ser! papryka! I do drzwi pod­biega wła­ściwy odbiorca. W oddziel­nych wor­kach lądują:  cebula, ziem­niaki i mięso.  Prze­lewa się oliwę, prze­sy­puje mąkę, wrzuca kiszoną kapu­stę. Wśród tych okrzy­ków jeden wydaje mi się dziwny. Czy mnie słuch nie myli czy ja naprawdę sły­szę: Vegeta!? Rozu­miem, że sól i że cukier, ale .. takie coś. Roz­my­śla­nia prze­rywa mi prze­ci­ska­jący się przez tłum chło­piec, ten od vegety. No tak, wszystko zostało prze­wi­dziane, każdy gospo­darz ma obo­wią­zek prze­zna­czyć jedną fili­żankę na vegetę, która uro­sła do rangi  przy­prawy rytu­al­nej (przy­naj­mniej w Rogaczewie).

Kiedy tylko obło­wiona gro­mada znika za furtką, już sły­chać śpiew następ­nych. Ci prze­kra­czają próg, a wpusz­czeni do naj­waż­niej­szego pomiesz­cze­nia w domu, dużej kuchni albo wspól­nego pokoju usta­wiają się jeden za dru­gim i roz­po­czy­nają powolne cho­dze­nie w kręgu. Śpie­wają przy tym:

Jeżeli nie ma śmie­tany, Vasi­lij przyniesie

Jeżeli nie ma sera, Vasi­lij przyniesie

Jeżeli nie ma mąki, Vasi­lij przyniesie

Jeżeli nie ma masła, Vasi­lij przyniesie

Po czym Upa­da­jący Czło­wiek zgod­nie z nazwą… upada. Zna­chor zaczyna roz­mowę z gospo­da­rzem na temat tego, co w tej sytu­acji należy zro­bić.  „On cią­gle upada. Co z nim zro­bimy? Zosta­wimy go tu na noc?” Gospo­darz zde­cy­do­wa­nie opo­nuje. Nastę­puje seria pytań, na które odpo­wiedź powinna być zawsze twier­dząca: „Ostrzy­żemy w tym roku?, Oże­nimy go?” Zna­chor wyj­muje nóź i roz­mowa staje się ponura. Poja­wia się masa nie­cen­zu­ral­nych okre­śleń opi­su­ją­cych czyn­no­ści, do któ­rych posłuży ciało Upa­da­ją­cego, jego ramiona, głowa, itd. Mimo pew­nej grozy, wszystko zmie­rza ku dobremu. Poszcze­gólne czę­ści ciała mają przy­nieść szczę­ście miesz­ka­ją­cej w tym domu rodzi­nie. Po tym jak nóż zostaje posta­wiony na sztorc na środku pod­łogi, a Panna Młoda nakrywa go sukienką (wcze­śniej Stara Baba far­tu­chem), zaczyna już być raź­niej i wese­lej. „Panna” tra­fia w ramiona gospo­da­rza, który odpłaca jej za to gotówką. Pie­nią­dze zasi­lają ele­gancką torebkę. Po tej wymia­nie uprzej­mo­ści do głosu docho­dzi żona gospo­da­rza, która zapra­sza do skosz­to­wa­nia i wypi­cia wszyst­kiego, co na stole.

Domów jest kil­ka­dzie­siąt, więc całość zaj­muje kilka godzin. Wraz z każ­dym kolej­nym „zali­czo­nym”  gospo­dar­stwem poja­wia się coraz wię­cej cie­kaw­skich wpy­cha­ją­cych się do przed­po­koju, wpa­tru­ją­cych się przez okna i pała­szu­ją­cych zawar­tość spi­ża­rek, do tego stop­nia, że nie­wiele już zostaje dla naj­waż­niej­szej czwórki. Wszyst­kie wik­tu­ały zdo­byte wcze­śniej przez dzieci tra­fią w naj­bliż­szą nie­dzielę na wspólny stół. Posi­łek przy­go­tują i wezmą w nim udział wyłącz­nie mężczyźni.

Koń­czymy o pół­nocy tak samo jak zaczę­li­śmy – w skle­pie. Jak zwy­kle  przy takich oka­zjach (kom­pa­nia za sto­łem, dobre domowe jedze­nie, rakija) tematy od lokal­nych (gdzie kto z czego żyje, kto chory , kto zdrów) prze­cho­dzą przez kra­jowe  (niskie pen­sje, wła­dza nie bar­dzo), przy­gra­niczne (kon­takty z pobli­skim Koso­wem i  kto tam kogo popiera), koń­cząc się na mię­dzy­na­ro­do­wych (spe­ku­la­cje o przy­szło­ści uto­pij­nych soju­szy, czę­sto pod hasłem „My Sło­wia­nie!”). Wszystko to przyj­muję ze spo­ko­jem ducha, nawet pro­po­no­wany mariaż Pola­ków z Rosja­nami jakoś mnie nie rusza, bo sły­sza­łam to już wie­lo­krot­nie wcze­śniej i nie chce mi się znowu tłu­ma­czyć, że mamy to już za sobą i że nie­spe­cjal­nie nam wyszło, a poza tym jestem tu po to by słu­chać, oglą­dać, snuć sobie wła­sne teo­rie, ale nie inge­ro­wać. W końcu czas to wyjąt­kowy, święto. Jeden z nie­wielu momen­tów na pod­kre­śle­nie zbio­ro­wej toż­sa­mo­ści, czy to lokal­nej, reli­gij­nej czy naro­do­wej — roga­czew­skiej, pra­wo­sław­nej, mace­doń­skiej. Można wybierać.

Następ­nego dnia o siód­mej rano dzie­sięć kilo­me­trów dalej, na pod­bój  wio­ski Roatince wyru­szają następni Vasi­li­čari. Niosą ikonę Świę­tego Bazy­lego i tak samo jak poprzed­nicy zbie­rają dary: jedze­nie, pie­nią­dze, alko­hol. Poja­wiają się  mace­doń­skie flagi. Wraca do mnie wie­czorna roz­mowa o toż­sa­mo­ści. W cza­sie święta musi być pod­kre­ślona i wygląda na to, że ule­gają temu wszy­scy. Świad­czą o tym para­doksy. Całość koń­czy uczta pobło­go­sła­wiona przez duchow­nego, a poprze­dzona nabo­żeń­stwem za św. Bazy­lego i …Vasi­li­čari. A prze­cież Mace­doń­ski Kościół Pra­wo­sławny nie uznaje tego obrzędu. Oficjalnie.

Kategorie: badania terenowe, rok obrzędowy, Tradycja

Przeczytaj koniecznie również:

Napisz komentarz