Vegeta dla Świętego Bazylego
Do macedońskiej wsi Rogaczewo biegnie serpentyniasta droga pnąca się między osadami bez wyraźnego końca i początku. Granice poszczególnych wsi, jasne dla wędrujących pieszo, stają się nieuchwytne dla patrzących z okna samochodu. Te miejsca nie zapraszają nowoczesności, ona wprasza się sama wyposażona w tempo zbyt szybkie by ujrzeć detale. Patrzy wzrokiem krótkowidza. I to takiego po kilku kieliszkach. Wieś prawosławną od muzułmańskiej dzieli odległość pięciu sekund.
Odróżnienie jednej od drugiej przy tej szybkości polega głównie na wrażeniach — coś jest duże a coś małe, zamknięte — otwarte, wysokie i zwarte lub kulące się, rozrzucone w pustawej przestrzeni. Zabudowania albańskie ciągną się jednym szeregiem bez prześwitów, wysokie mury, masywne bramy chronią prywatności mieszkańców, ciekawskie spojrzenie nie dojrzy podwórka, ani przebywających tam ludzi o ile sami nie zaproszą do środka. Domy macedońskie, piętrowe, kamienne wyrastają tuż obok ulicy lub chowają się za ogrodzeniem wysokości człowieka. Z pewnej odległości podwórko ujawnia wszystkie zakamarki. To, co prywatne zaczyna się od progu domu właściwego, czyli mieszkalnego. Niektóre wsie dzielą się wspólną przestrzenią po połowie, punktem granicznym bywa rzeka, rozstaje dróg, sklep czy lokalna świetlica.
Każdej wsi prawosławnej patronuje któryś z panteonu świętych. Rogaczewo ma Świętego Ilję. Do kaplicy jego imienia, górującej nad wioską, dostać się można wyłącznie pieszo. Chodzi się tam raz do roku, latem, w dniu patrona. Wokół świętego miejsca ciągną się drewniane i kamienne stoły, te najbliżej wejścia należą do rodzin rogaczewskich, dalsze do gości z okolic. Służą do spożycia zwierzęcej ofiary. Legenda głosi, że dzieje się tak za karę. Z powodu zabicia jelenia, który pił wodę ze świętego strumienia. Dla odpokutowania grzechu, jakim było skrzywdzenie dzikiego zwierzęcia należy teraz co roku dostarczać domowy przychówek, barana, krowę, czasem kurę. Teraz teren wokół kaplicy jest opustoszały. Dziś świętowanie nie wyjdzie poza granice wsi. Mamy wigilię Nowego Roku, 13 stycznia.
Ta noc ma również swojego patrona. Jest nim Sveti Vasilj czyli św. Bazyli Wielki czczony zarówno we wschodnim jak i zachodnim chrześcijaństwie. W kościele rzymskokatolickim jego kult nie wykracza jednak poza oficjalne ramy doktrynalne. Inaczej w ludowej wersji prawosławia, gdzie stapia się z obrzędowością noworoczną. Od jego imienia nazwę swą biorą Vasilicari — grupy przebranych mężczyzn, których zadaniem jest odegnanie złych mocy poza ludzką wspólnotę.
Pierwsze wyrwy w spokojnej atmosferze wioski pojawiają się wraz z zachodem słońca, podkreślonym dla pewności biciem cerkiewnych dzwonów. Coś się zaczyna dziać, jakieś poruszenie, szepty, śmiechy, bieganie z miejsca na miejsce. Obserwuję przygotowania z perspektywy zaplecza sklepu spożywczego, które zaczyna się zapełniać półludzkimi, przedziwnymi postaciami – wpadły na chwilę coś przekąsić i pogadać. Rozmawiamy chwilę o tym jak, od kiedy, dlaczego i po co. Najwięcej opowiada emerytowany nauczyciel – kiedyś aktywny uczestnik święta, dziś z racji wieku przyglądający się wszystkiemu z boku. Kiedy mówi o jego niezmiennej od lat formie dołączają pozostali wyjaśniając, że coś się tam jednak zmienia, że już nie twa tak długo jak dawniej, że mniej chętnych i że dzisiaj będzie kiepsko z muzyką – harmonista nie dojechał, a nikt inny nie potrafi go zastąpić, choć instrument jest. Konkluzja – świat schodzi na psy.
Przechodzimy do przycerkiewnej świetlicy, gdzie gromada kilkunastu niewyrośniętych chłopaków dzieli się zadaniami. Będą stanowić forpocztę dorosłych Vasiličari. Zaopatrzeni w kubełki po oliwkach i płócienne worki ruszą w wędrówkę po domach. Kwadrans po nich wyjdą główni bohaterowie: Znachor, Upadający Człowiek, Panna Młoda i Stara Baba. W tym czasie mieszkańcy przygotowują się do przyjęcia gości. Usłyszawszy hałas pochodu, na próg domu wychodzą gospodarze trzymając tacę pełną misek i filiżanek z nieprzypadkową zawartością. Temu, co znajduje się w naczyniach podporządkowany jest jeden kubełek/ worek i każdy przybysz wie, co ma zbierać. Rozlegają się okrzyki: sól!, cukier! kawa! ser! papryka! I do drzwi podbiega właściwy odbiorca. W oddzielnych workach lądują: cebula, ziemniaki i mięso. Przelewa się oliwę, przesypuje mąkę, wrzuca kiszoną kapustę. Wśród tych okrzyków jeden wydaje mi się dziwny. Czy mnie słuch nie myli czy ja naprawdę słyszę: Vegeta!? Rozumiem, że sól i że cukier, ale .. takie coś. Rozmyślania przerywa mi przeciskający się przez tłum chłopiec, ten od vegety. No tak, wszystko zostało przewidziane, każdy gospodarz ma obowiązek przeznaczyć jedną filiżankę na vegetę, która urosła do rangi przyprawy rytualnej (przynajmniej w Rogaczewie).
Kiedy tylko obłowiona gromada znika za furtką, już słychać śpiew następnych. Ci przekraczają próg, a wpuszczeni do najważniejszego pomieszczenia w domu, dużej kuchni albo wspólnego pokoju ustawiają się jeden za drugim i rozpoczynają powolne chodzenie w kręgu. Śpiewają przy tym:
Jeżeli nie ma śmietany, Vasilij przyniesie
Jeżeli nie ma sera, Vasilij przyniesie
Jeżeli nie ma mąki, Vasilij przyniesie
Jeżeli nie ma masła, Vasilij przyniesie
Po czym Upadający Człowiek zgodnie z nazwą… upada. Znachor zaczyna rozmowę z gospodarzem na temat tego, co w tej sytuacji należy zrobić. „On ciągle upada. Co z nim zrobimy? Zostawimy go tu na noc?” Gospodarz zdecydowanie oponuje. Następuje seria pytań, na które odpowiedź powinna być zawsze twierdząca: „Ostrzyżemy w tym roku?, Ożenimy go?” Znachor wyjmuje nóź i rozmowa staje się ponura. Pojawia się masa niecenzuralnych określeń opisujących czynności, do których posłuży ciało Upadającego, jego ramiona, głowa, itd. Mimo pewnej grozy, wszystko zmierza ku dobremu. Poszczególne części ciała mają przynieść szczęście mieszkającej w tym domu rodzinie. Po tym jak nóż zostaje postawiony na sztorc na środku podłogi, a Panna Młoda nakrywa go sukienką (wcześniej Stara Baba fartuchem), zaczyna już być raźniej i weselej. „Panna” trafia w ramiona gospodarza, który odpłaca jej za to gotówką. Pieniądze zasilają elegancką torebkę. Po tej wymianie uprzejmości do głosu dochodzi żona gospodarza, która zaprasza do skosztowania i wypicia wszystkiego, co na stole.
Domów jest kilkadziesiąt, więc całość zajmuje kilka godzin. Wraz z każdym kolejnym „zaliczonym” gospodarstwem pojawia się coraz więcej ciekawskich wpychających się do przedpokoju, wpatrujących się przez okna i pałaszujących zawartość spiżarek, do tego stopnia, że niewiele już zostaje dla najważniejszej czwórki. Wszystkie wiktuały zdobyte wcześniej przez dzieci trafią w najbliższą niedzielę na wspólny stół. Posiłek przygotują i wezmą w nim udział wyłącznie mężczyźni.
Kończymy o północy tak samo jak zaczęliśmy – w sklepie. Jak zwykle przy takich okazjach (kompania za stołem, dobre domowe jedzenie, rakija) tematy od lokalnych (gdzie kto z czego żyje, kto chory , kto zdrów) przechodzą przez krajowe (niskie pensje, władza nie bardzo), przygraniczne (kontakty z pobliskim Kosowem i kto tam kogo popiera), kończąc się na międzynarodowych (spekulacje o przyszłości utopijnych sojuszy, często pod hasłem „My Słowianie!”). Wszystko to przyjmuję ze spokojem ducha, nawet proponowany mariaż Polaków z Rosjanami jakoś mnie nie rusza, bo słyszałam to już wielokrotnie wcześniej i nie chce mi się znowu tłumaczyć, że mamy to już za sobą i że niespecjalnie nam wyszło, a poza tym jestem tu po to by słuchać, oglądać, snuć sobie własne teorie, ale nie ingerować. W końcu czas to wyjątkowy, święto. Jeden z niewielu momentów na podkreślenie zbiorowej tożsamości, czy to lokalnej, religijnej czy narodowej — rogaczewskiej, prawosławnej, macedońskiej. Można wybierać.
Następnego dnia o siódmej rano dziesięć kilometrów dalej, na podbój wioski Roatince wyruszają następni Vasiličari. Niosą ikonę Świętego Bazylego i tak samo jak poprzednicy zbierają dary: jedzenie, pieniądze, alkohol. Pojawiają się macedońskie flagi. Wraca do mnie wieczorna rozmowa o tożsamości. W czasie święta musi być podkreślona i wygląda na to, że ulegają temu wszyscy. Świadczą o tym paradoksy. Całość kończy uczta pobłogosławiona przez duchownego, a poprzedzona nabożeństwem za św. Bazylego i …Vasiličari. A przecież Macedoński Kościół Prawosławny nie uznaje tego obrzędu. Oficjalnie.







