pl
Godziny otwarcia:
WT:10:00 - 17:00
PON: Zamknięte
WT: 10:00 - 17:00
ŚR: 11:00 - 19:00
CZW: 10:00 - 17:00
PT: 10:00 - 17:00
SOB: 10:00 - 18:00
ND: 12:00 - 17:00
Godziny otwarcia:
WT:9-15
PON: Zamknięte
WT: 9-15
ŚR: 9-18
CZW: 9-15
PT: 9-15
SOB: 10-18
ND: 12-17

A la polonaise

- czyli o kultowości w kuchni polskiej

„Nie każdy myśli, ale każdy jada”
– Paul Tremo „pierwszy kuchmistrz w Europie”, nadworny kucharz króla Stanisława Augusta Poniatowskiego.

Kilka lat temu Renee Redzepi, najbardziej uznany kucharz świata, spróbował na Suwalszczyźnie lokalnych, tradycyjnych produktów, po czym bez szczególnego wahania zawyrokował, że to Polska stanie się nowym kierunkiem światowej międzynarodówki gurmandzistów. Uczta, którą trzynastu największych kucharzy świata a wśród nich polski gwiazdkowy kucharz Modest Amaro, przygotowywało wówczas na obrzeżach Europy Wschodniej, stała się kamieniem milowym w rozwoju polskiej sztuki kulinarnej. Gdyby nie tamto spotkanie mistrzów współczesnej kuchni, prezydent Obama, Justin Trudeau i Angela Merkel nie odkryli by smaku młodych ziemniaków z cebulą i ziołami, czy antonówki pieczonej w sianie ani nie mieli by szansy spróbować na przyjęciu podczas szczytu NATO, kremu z pędów sosny z lodami z kory brzozowej. Polska kuchnia oczarowuje dziewiczymi smakami. I jak wszystkie wielkie kuchnie świata opiera się dobrym produkcie.

Cook it raw
Projekt „cook it raw”, podczas którego Renee Redzepi wraz z najlepszymi kucharzami świata znalazł się w 2012 roku w Suwałkach, odbył się w Polsce dzięki raportowi wskazującemu, że małe, tradycyjne, gospodarstwa charakterystyczne dla naszego kraju mogą okazać się rozwiązaniem globalnych problemów z wyżywieniem. Ideą konceptu „Cook it raw” łączącego uznanych szefów-eksperymentatorów z całego świata, jest powrót do źródeł gotowania. Kucharze skupieni wokół tej idei szukają miejsc z produktami i kuchnią nie skażonych globalizacją. W Suwałkach poznali smak kindziuka, kartaczy, pierekaczewnika, pierogów – potraw litewskich, tatarskich i polskich, przygotowywanych wg receptur znanych od setek lat. Łowili ryby, polowali na kaczki, zające i dziki, poznali przepisy przekazywane z pokolenia na pokolenie od średniowiecza. W ostatni dzień suwalskiej eskapady przygotowali dla miejscowych przyjęcie degustacyjne, będące impresją na temat poznanych smaków. Suwalską „Ucztę Babette” na 13 par rąk. (Dokument z pobytu Cook it Raw w Polsce znajdziecie pod tym linkiem.

I. 17350, przygotowania świateczne, J. Maszyński

Postrzyżyny Ziemowita
„Ziemia ta obfituje w żywność, mięso, miód i rolę orną” – tak kraj Mieszka I widział w X wieku Ibrahim Ibn Jakub, podróżnik i kupiec z kalifatu Kordoby handlujący niewolnikami ze słowiańskimi władcami. Według jego relacji zamieszkiwali oni krainy najbogatsze w miejsca nadające się do życia i najzasobniejsze w żywność. Relacja z eskapad Ibrahima Ibn Jakuba znajduje się w XI-wiecznej kronice „Księga dróg i królestw” arabskiego pisarza Al-Bekriego. Wiek później inny kronikarz – Gall Anonim wyrażał się o Polsce z jeszcze większym zachwytem odnotowując, że jest to „kraina obfitości, do której głód nie zagląda. (…) Powietrze zdrowe, rola żyzna, las miodopłynny, wody rybne, wieśniacy pracowici, konie wytrzymałe, woły chętne do orki, krowy mleczne, owce wełniste”. Gall Anonim jest też autorem pierwszej wzmianki, czysto kulinarnej opisującej ucztę, jaką wydał legendarny Piast z okazji postrzyżyn swego syna Ziemowita. Kronikarz opisujący wydarzenie 300 lat po uroczystości nie mógł wiedzieć, co naprawdę jedzono na dworze Piasta, ale znał powtarzane legendy i wiedział, co mieli do dyspozycji współcześni mu kucharze. Uznał więc, że na uczcie Piasta podano pieczone prosiaki. Produkty dostępne w czasach Galla Anonima są do dziś kanonem tradycyjnej polskiej kuchni. Podobnie jak dziś za najsmaczniejsze mięso uważano młodą wieprzowinę. W XII wieku hodowano drób, polowano na dzikie ptactwo i zwierzęta. Łowiono ryby słodkowodne, zbierano grzyby, którym przypisywano właściwości magiczne. Niechętnie jadano natomiast wołowinę, bo krowy dawały mleko, a woły ciągnęły pługi. Do dziś jada się w Polsce stosunkowo mało mięsa wołowego. Łatwo wyobrazić sobie jak smakowały potrawy w X czy XII wieku, ponieważ do ich przyprawiania używano szczawiu, mięty, kopru, kminku, lebiodki, lubczyku, anyżu, kolendry, gorczycy, liści wiśni i dębu oraz soli. Potrawy słodzono miodem, miód też sycono, ale pito go na wielkie okazje. Na co dzień zaspakajano pragnienie słabiutkim piwem jęczmiennym, sokiem brzozowym i kwasem chlebowym. Legenda głosiła, że Piast przyjął gości piwem. W owych czasach, praktycznie aż do XIX wieku nie pito surowej wody, gdyż stojąc tygodniami w kadziach mogła być źródłem dezynterii. Znano już i wykorzystywano fermentację nie tylko do produkcji piwa, ale też do pieczenia chleba. W X wieku wypiekano głownie podpłomyki, ale już w XII powszechny był ciemny chleb na zakwasie (który miał tyluż zwolenników co przeciwników, jednym smakował, Gall Anonim opisywali go jako gliniasty). Na święta i wesela pieczono kołacze z użyciem jaj, mleka, i masła. Znano śmietanę i twaróg, tłoczono olej lniany i konopny, wytapiano smalec ze słoniny. W ręcznych żarnach mielono ziarna na mąkę orkiszową, pszenną, gryczaną i żytnią. Jedzono kaszę gryczaną, jęczmienną, pęczak i proso. Ucierano mak z miodem. Chętnie jadano jabłka, śliwki, gruszki, wiśnie i jagody, które na zimę suszono. Jedzono głóg i pędy sosen. Uprawiano kapustę, buraki, marchew, cebulę, czosnek, bób, soczewicę i groch, który z czasem stał się głównym źródłem białka podczas 192 dni postu, który w późniejszym średniowieczu przestrzeganego bardzo surowo. Za jedzenie mięsa w poście wybijano zęby. Ale że średniowiecze programowo lekceważyło sprawy doczesne i nie sprzyjało zainteresowaniom wykwintnym jedzeniem, mało kto ryzykował napiętnowanie tą surową karą. Uczty wydawane przez możnych opierały się na dobrym produkcie, zapewne więc były smaczne, ale kronikarze znacznie bardziej interesowali się złotą i srebrną zastawą oraz haftowanymi kobiercami, którymi nakrywano stoły niż zawartością półmisków. O randze przyjęcia stanowiły nakrycia, a nie jedzenie, które było zapewne dobre, a na pewno było go bardzo dużo, o czym świadczą skrzętne rachunki ochmistrzów. Najwięcej o kuchni średniowiecznej dowiadujemy się właśnie z ocalałych rachunków. W średniowieczu nastąpił też wyraźny rozdział kuchni dworskiej i chłopskiej. Na dworach jadało się znacznie częściej mięso, chłopi jedli przede wszystkim kasze, groch i kiszonki.

Fragment obrazu ze zbiorów Rijksmuseum.

Uczta u Wierzynka
Pierwszą polską biesiadą, podczas której wykwintne jedzenie miało znaczenie był wielki zjazd europejskich monarchów i książąt zwołany przez Kazimierza Wielkiego we wrześniu 1364 roku. Pretekstem były zaślubiny królewskiej wnuczki, 14 letniej Elżbietki ze starszym o 30 lat cesarzem Karolem IV. Prawdziwym celem zjazdu był projekt utworzenia ligi państw środkowej Europy przeciwko Turcji. Wesele trwało 21 dni, podczas których Kazimierz Wielki dołożył wszelkich starań, aby zamanifestować bogactwo i potęgę królestwa polskiego. Gości przyjął rajca krakowski Wierzynek. Według Jana Długosza, kronikarza krakowskiego „Król Kazimierz pragnąc pokazać zamożność i dostatek swego królestwa, raczył zaproszonych królów, książąt i panów wyszukanymi potrawami. Rajca Wierzynek przyjął gości wszelkimi rodzajami pożywienia i napojów, wszelkim ptactwem, rybami i innymi rodzajami mięs. Nie poprzestając na tym, po każdym dniu, codziennie posyłał wszystkim gościom drogocenne dary”. Hojność przyniosła zamierzone efekty. Podpisano wymarzone alianse, król zadowolony z szczodrości Wierzynka nadał mu przywilej przyjmowania królewskich gości, co stało się podwaliną restauracji działającej do dziś przy krakowskim rynku, ba, nawet małżeństwo cesarza okazało się bardzo udane a księżniczka Elżbieta urodziła cesarzowi sześcioro dzieci.

Pieprznie i szafranno, moja mościa panno
XV wiek to czas zamorskich wypraw na koniec świata, odkryć geograficznych i niekończących się kupieckich karawan przemierzających Europę. Czas nowych rynków, nowych interesów, nowych, wielkich pieniędzy. Skutkiem nagłego bogacenia się, było pobudzenie apetytu na życie i rezygnacja ze średniowiecznej ascezy. Do Polski zaczęły napływać odrodzeniowe prądy myślowe i cywilizacyjne nowinki, ale też egzotyczne przyprawy, które przyjęto ze znacznie większym entuzjazmem niż renesansową filozofię, i to one stały się na kilkaset lat znakiem rozpoznawczym dworskiej kuchni polskiej. W XVI w Polska stała się trzecim po Rosji i Imperium Osmańskim państwem ówczesnego Świata i spichlerzem Europy. Była bowiem największym eksporterem zbóż produkowanych przez rozrastające się folwarki. Zaczynał się polski „złoty wiek”, czasy potęgi politycznej, militarnej i ekonomicznej. Rozwój gospodarczy sprzyjał też rozwojowi kunsztu kucharskiego, który niestety, właśnie z tego nadmiaru łatwo dostępnych produktów i nadużywania zamorskich przypraw poszedł w dość ekstrawaganckim kierunku. Wbrew temu co sądzą współcześni, nie stosowano przypraw, żeby stłumić zapach psującego się mięsa, tylko z czystego snobizmu i chęci pokazania zamożności. Mięso było bowiem tysiąckrotnie tańsze niż przyprawy, które sypano doń przesadnie szczodrą ręką. Przepisy, które dostawały w owym czasie córki od matek, streścić by można w porzekadle „pieprzno i szafranno, moja mościa panno”.

Inaczej jadano na wsi, na której w XVI wieku również panował dostatek, choć był to ostatni okres Pierwszej Rzeczpospolitej, w którym chłopi żyli godnie. Pańszczyzna w owym czasie wynosiła od jednego dnia w roku do dwóch dni w tygodniu w zależności od folwarku. Ale już w XVII wieku prawo polskie nakazywało chłopom 10 (sic!) dni nieodpłatnej pracy w tygodniu na rzecz właścicieli ziemskich. W Europie zachodniej pańszczyznę zniesiono pod wpływem odrodzeniowych prądów myślowych w XIV i XV wieku, w Polsce, której bogactwo opierało się na nieodpłatnej pracy chłopów w wielkich gospodarstwach ziemskich, została ona zniesiona dopiero w XIX wieku. Ale w Złotym Wieku włościanie mieli się jeszcze całkiem nieźle o czym świadczą spisy dobytków chłopskich z tego okresu. Co prawda jedli mniej mięsa niż mieszkańcy dworów, ale niedostatki białka uzupełniali nabiałem , fasolą i grochem. Nie używali też zamorskich przypraw tylko rodzime zioła. Przygotowywali kiszonki, suszyli i wędzili ryby. Większość współczesnych zup takich jak żur, kapuśniak, barszcz i grochówka są spuścizną kuchni chłopskiej tamtego okresu, podobnie jak przepisy na kiszonki, racuchy, naleśniki, podpłomyki, kluski, pierogi i pierekaczewniki.

I.17351, swiecone, Andriolli, Kłosy, 1873

Warzywa królowej Bony i sarmacki barok
W czasach „złotego wieku” pewien wpływ na polską kuchnię miała Bona Sforza, młoda włoska księżniczka, która poślubiła Zygmunta Starego. Królowa nie znosiła pieprznej i szafrannej kuchni, którą serwowano na królewskim stole. Gotowaniem zajęli się więc włoscy kucharze, którzy starali się zaspakajać smakoszowskie podniebienie swojej pięknej pani. Na królewskim stole pojawiły się ulubione przez Bonę nugaty z owocowymi konfiturami, galarety mięsne i warzywa takie jak szparagi, karczochy, kardy, włoska kapusta, kalafiory, kalarepa, brokuły i sałata, która stała się prawdziwym kamieniem obrazy dla konserwatywnej polskiej szlachty: „Jeśli latem podają nam sałatę to zimą zapewne będą karmić sianem”. Warzywa królowej Bony przeniknęły z czasem do kuchni dworskiej, ale zanim to nastąpiło królewskie i magnackie stoły uginały się od potraw bardzo osobliwej kuchni barokowej. Przepisy na te dania, które znamy z pierwszej polskiej książki kucharskiej, „Compendium ferculorum”, Stefana Czarneckiego pełne są sekretów i magicznych sztuczek, których celem jest nie smak potraw, ale zaskoczenie i zadziwienie biesiadników. W tych czasach szczytem wytworności było podanie kapłona tak upieczonego, że nakłuty zeskakiwał ze stołu, ryby, która udawała prosię czy też dzika, który wyglądał jak żywy. Kucharze przyprawiali je octem, sokiem wiśniowym, cukrem, pieprzem, imbirem, goździkami, cynamonem, szafranem, miodem i piernikami, tak intensywnie, że całkowicie zatracały naturalny smak.

Francuskie pieski na sarmackim dworze
Wpływy kuchni francuskiej, próbującej „cywilizować” kuchnię sarmacką pojawiły się wraz z francuskimi kucharzami, którzy przybyli w 1646 roku w orszaku Marii Ludwiki Gonzagi, żony Władysława IV, a później Jana II Kazimierza. Dworzanie Marii Ludwiki Gonzagi twierdzili, że potrawy polskie są tak ostre, że praktycznie niejadalne. W osłupienie wprawił ich przepych towarzyszący tej niejadalnej sztuce kulinarnej. „Na pasztetach po większości złoconych znajdowały się figury zwierząt, wiernie wyobrażone z piórami i sierścią, a wszystkie doskonale ukształcone na drutach” – pisał członek orszaku Marii Ludwiki, dworzanin Laboureur.
Ciągle jeszcze znacznie większą uwagę przywiązywano do wyglądu niż smaku potraw. Przyczyny tego stanu trzeba szukać w sarmatyzmie. W epoce baroku umocniło się bowiem wśród szlachty polskiej przeświadczenie o jej nadzwyczajnym pochodzeniu i przeznaczeniu. Legenda spisana w XV w przez Długosza bajała o tym, jak to w zamierzchłych czasach wojownicze plemię Sarmatów podbiło i zdobyło tereny, na których założyło Rzeczpospolitą , wiek później stała się już faktem historycznym a szlachta polska miała absolutne przekonanie, że pochodzi od tajemniczego wojowniczego ludu Sarmatów, co daje jej nie tylko wyłączne prawo do kierowania państwem, ale też moralną wyższość nad innymi narodami Europy. W następnych wiekach sarmatyzm przybrał postać groteskową, ultrakonserwatywną i destrukcyjną, a wraz z nastaniem czasów saskich i upowszechnieniu się mocnego alkoholu został zatopiony w narodowym pijaństwie, obżarstwie i samouwielbieniu wykluczającym jakiekolwiek zmiany i rozwój. Niezdolność do przyjmowania wpływów innych kultur widoczna była również w sztuce kulinarnej, która mimo bogactwa produktów i przypraw nie rozwijała smaku, a była li tylko wyznacznikiem bogactwa. Kucharze na sarmackich dworach byli raczej prestidigitatorami niż mistrzami subtelnych smaków. Nie bez znaczenia jest, że w sarmackim kanonie nie do pomyślenia było, aby mężczyzna zajmował się gotowaniem. Uważano je bowiem za czynność poślednią. Inaczej było w zachodniej Europie gdzie pasją niejednego męża stanu i myśliciela była sztuka kulinarna, co nadawało jej społecznej i kulturowej rangi. W zachodniej Europie smaki były przedmiotem rozpraw, w Polsce na zastawionych monstrualnymi konstrukcjami z jedzenia magnackich stołach, smak był mniej istotny niż przepych.

Arch. PME I. 15758

Upadek Rzeczpospolitej i rozkwit sztuki kulinarnej
Jak na ironię upadek Rzeczpospolitej i rozbiory przyczyniły się do rozkwitu kuchni polskiej. Nie wchodząc w polityczne szczegóły panowania ostatniego króla Polski Stanisława Augusta Poniatowskiego, był on pierwszym władcą zdolnym do przyjmowania prądów reformatorskich. I pierwszym, który zaprzyjaźnił się ze swoim kuchmistrzem. Król był bowiem prawdziwym smakoszem, który bardziej od ilości cenił jakość jedzenia. Wierny królowi do końca życia, genialny kucharz swojej epoki, berlińczyk Paul Tremo zdobył mistrzostwo w swoim fachu podróżując po całej Europie. Był człowiekiem wykształconym, znał się nie tylko na kuchni, ale też na filozofii, medycynie, botanice. Interesował się wpływem jedzenia na zdrowie. To on dbał o oprawę „obiadów czwartkowych” – spotkań, jakie król odbywał regularnie z myślicielami swoich czasów. Intelektualnym dysputom towarzyszyło wyrafinowane jadło i, co najważniejsze, znikome ilości alkoholu. Stanisław August, w odróżnieniu od swojego poprzednika, był bowiem abstynentem. To dzięki Stanisławowi Augustowi i Paulowi Tremo w jedzeniu zaczęto doszukiwać się smaku. Tremo łącząc tradycje kuchni francuskiej i polskiej wprowadził do kanonu naszej kuchni potrawy, które z czasem stały się znane w Europie jako „A la polonaise”. To właśnie on, zwracając uwagę na zdrowotny wpływ jedzenia, zaczął podawać na królewskim stole warzywa takie jak szparagi, kalafior, endywię, czy salsefię polane zrumienionym masłem i bułką tartą, obsypane siekanymi jajkami na twardo i natką pietruszki, będące do dziś wizytówką kuchni polskiej.

Kuchnia rozbiorów
Czasy rozbiorów przyczyniły się do zbiednienia magnaterii, zubożenia szlachty, a niekiedy jej degradacji do stanu chłopskiego, oraz uwłaszczenia chłopów pańszczyźnianych. Mimo braku niepodległości, majątki ziemskie ciągle dostarczały zboża do młynów Europy. Na okres zaborów przypada rozwój miast i powstanie liczącego się mieszczaństwa. Życie kulinarne toczy się wielotorowo. Z jednej strony następuje przenikanie kulinarnej tradycji zaborców i powstanie kuchni regionalnych – galicyjskiej w zaborze austriackim oraz kuchni wielkopolskiej, kaszubskiej, śląskiej i pomorskiej w zaborze pruskim. Ciekawe, że w zaborze rosyjskim, kuchnia zaborcy nie wywarła wielkiego wpływu, choć powszechnie przyjął się zwyczaj picia herbaty z samowara. Powstaje też kuchnia mieszczańska, znacznie ekonomiczniejsza od dworskiej a będąca pod wpływem zarówno polskiej kuchni szlacheckiej jak i niemieckiej, czy austriackiej oraz najuboższa kuchnia proletariatu, który ze zdobywaniem pożywienia radził sobie znacznie gorzej niż najbiedniejsi nawet chłopi. Rozkwit przeżywa kuchnia żydowska, która karmi gości w tysiącach żydowskich karczm i zajazdów rozsianych po całym terenie dawnej Rzeczpospolitej. Zabory to też czas idealizacji sarmatyzmu, w którym nie widziano źródeł upadku Polski tylko chwałę czasów wielkości Rzeczpospolitej. Kuchnia polska czasów zaborów rozpięta jest więc między szlacheckie „postaw się, a zastaw się” z czułością opisane w „Panu Tadeuszu” przez żyjącego na emigracji Mickiewicza, a na wskroś mieszczańskie „365 obiadów za pięć złotych” napisane przez carycę polskiej sztuki kulinarnej Lucynę Ćwierciakiewiczową do końca życia mieszkającą w Warszawie. Początek dwudziestego wieku to też czas zainteresowania życiem, sztuką i zwyczajami chłopów. Dzięki tzw. chłopomanii na stołach polskiej inteligencji i artystowskiej bohemy pojawiają się dania najprostsze, gotowane przez żony brane prosto z wiejskiej chaty.

Lata dwudzieste
W dwudziestolecie międzywojenne kuchnia niepodległej Polski wchodzi z niezłą biblioteczką dobrych książek kucharskich i kompendiów wiedzy gastronomicznej. Mimo tego, na wsi ciągle panuje wiek XIX, za to w miastach nowoczesność pełną gębą, podlana wielką ilością kawy, a w tzw. wyższych sferach obficie skropiona szampanem. Kuchnia dwudziestolecia międzywojennego jest zróżnicowana i eklektyczna, łączy tradycję dworkowo-szlachecką z austrowęgierską, pruską, francuską i żydowską. Jest wielosmakowa i multikulturowa. Po latach żałoby i patriotycznego smutku następuje eksplozja radości, życia towarzyskiego i… gastronomii. W miastach wielką estymą cieszą się ekskluzywne lokale serwujące kuchnię francuską, ale powszechnie dostępne są żydowskie handelki, garmaże, jadłodajnie, popularność zyskują zakładane przez ziemian bary mleczne. Otwiera się setki kawiarń i cukierni. Dwudziestolecie to też czas ruchów emancypacyjnych kobiet i popularności idei socjalistycznych. W postępowych kręgach modny staje się więc umiar, w tym również w jedzeniu. Życie kulinarne odzwierciedla życie społeczne.

Socjalizm przy stole
Czas II wojny Światowej zakończył szczęśliwy okres rozwoju bogatej, wielokulturowej kuchni polskiej. Wieloetniczna przedwojenna Rzeczpospolita Polska stała się po wojnie monokulturową Polską Ludową. Ponad czterdzieści lat komunizmu kompletnie zdewastowało życie kulinarne. O ile jeszcze w latach sześćdziesiątych można było mówić o jakiejś kulturze stołu to już w latach osiemdziesiątych XX wieku była to kultura permanentnego niedoboru produktów spożywczych. Gotowało się z tego, co się „zdobyło”, a nie z tego, co by się chciało. Najpopularniejsze książki kucharskie tamtych czasów to takie, które podawały zamienniki wszystkich możliwych produktów. Wojna, czystki etniczne, zmiana granic, wywłaszczenia, bieda socjalizmu zmasakrowały bogatą kuchnię dwudziestolecia międzywojennego. Odrodzenie kuchni polskiej przyszło dopiero współcześnie.

Na szczęście pamięć smaków uratowała kuchnia chłopska. Kto miał rodzinę na wsi ten wiedział jak smakuje chleb, prawdziwe masło, mięso, wędliny, wędzone ryby, czy drożdżowe baby z 30 jaj. Po szarości i absolutnej kulinarnej nędzy końcówki socjalizmu, po zdewastowaniu resztek rolnictwa już po upadku komunizmu przez plan Balcerowicza, w XXI w przyszła nowa epoka wraz z ludźmi, którzy podróżowali po całym świecie i zdobywali szlify kucharskie pracując w najlepszych restauracjach Europy, czy też poznając tajniki zrównoważonego rolnictwa. Teraz na nowo możemy być dumni z polskiego jedzenia. Dziś, kiedy na świecie panuje moda na produkt, bo jakościowym produktem można obronić się przed dyktaturą koncernów spożywczych, nasze małe ekologiczne gospodarstwa sprzyjają rozwojowi lokalnej, unikalnej kuchni. To dlatego René Redzepi będąc na Suwalszczyźnie i próbując tamtejszych potraw, stwierdził, że dzięki lokalnym jakościowym produktom to właśnie Polska stanie się wkrótce modnym kierunkiem gastronomicznym. Więc jeżeli tzw. „dobra zmiana” w najnowszej polityce nie dopadnie produkcji żywności i gastronomii, wkrótce rzeczywiście może się okazać, że nasza kuchnia stanie się najmodniejsza na świecie.

Autorka: Maryla Musidłowska

Projekt „Rzeczy kultowe” dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury w ramach programu „Edukacja kulturalna” na lata 2018-20 oraz współfinansowano przez Samorząd Województwa Mazowieckiego.

Źródła:
1. K. Bockenheim, Przy polskim stole, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2003
2. S. Czerniecki, Compendium ferculorum albo zebranie potraw, wyd. i opr. J. Dumanowski i M. Spychaj z przedmową S. Lubomirskiego, „Monumenta Poloniae Culinaria”, Warszawa 2009
3. J. Dumanowski, Od Czernieckiego do Wielądka. Polskie książki kucharskie z XVII-XVIII wieku, Muzeum Historii Polski
4. J. Dumanowski, Staropolskie książki kucharskie, „Mówią wieki”, 12, 2009
5. Nijole i Maciej Druto, Kuchnia Litewska, Krajowa Agencja Wydawnicza 1987
6. Agnieszka Jeż-Kaflik, Kuchnia dwudziestolecia. Co i jak jadano, wydawnictwo RM, 2016
7. Wikipedia

2020

2019

2018

2017

2014

11.12 - 01.03.2020
Wystawa

Wcielenia jelenia

18.10 - 01.03.2020
Wystawa

Disco Relaks

FreshMail.pl
 

FreshMail.pl
 

FreshMail.pl
 

FreshMail.pl
 

FreshMail.pl
 

FreshMail.pl