﻿<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Ethnomuseum.pl Blog &#187; Karolina Marcinkowska</title>
	<atom:link href="http://ethnomuseum.pl/blog/author/karolina-marcinkowska/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://ethnomuseum.pl/blog</link>
	<description>Blog Działu Etnografii Polski i Europy Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie</description>
	<lastBuildDate>Mon, 14 May 2012 10:37:16 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
			<item>
		<title>Tajemnice Druzów — białe brody, pomarańczowe ciastka i opowieści o kosmicznym Umyśle</title>
		<link>http://ethnomuseum.pl/blog/2010/03/04/tajemnice-druzow-biale-brody-pomaranczowe-ciastka-i-opowiesci-o-kosmicznym-umysle/</link>
		<comments>http://ethnomuseum.pl/blog/2010/03/04/tajemnice-druzow-biale-brody-pomaranczowe-ciastka-i-opowiesci-o-kosmicznym-umysle/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 04 Mar 2010 11:54:22 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Karolina Marcinkowska</dc:creator>
				<category><![CDATA["z życia działu"]]></category>
		<category><![CDATA[badania terenowe]]></category>
		<category><![CDATA[Bliski Wschód]]></category>
		<category><![CDATA[Druzowie]]></category>
		<category><![CDATA[islam]]></category>
		<category><![CDATA[kultura masowa]]></category>
		<category><![CDATA[mniejszości]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://ethnomuseum.pl/blog/?p=2520</guid>
		<description><![CDATA[Zielony, złoty i czerwony: barwy pachnące spokojnym reggae i słońcem Etiopii. Mocne, intensywne, życiodajne. Miewają zaskakujące wcielenia – jak w przypadku pomarańczowego, słodkiego ciastka knafe. Ale bywają też pokrzepiające, szczególnie gdy poranek deszczowy, mglisty. Wtedy można go spędzić z kolorami w głowie, w przytulnej cukierni znajdującej się gdzieś w górach Karmel, na południowym wschodzie od miasta Haifa. Niebieski, głęboki jak morze, jak niebo bezkresne, jak [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong> </strong></p>
<div id="attachment_2543" class="wp-caption alignleft" style="width: 259px"><strong><strong><a href="http://ethnomuseum.pl/blog/wp-content/uploads/2010/03/1.-Fotografie-medrcow-‘uqqāl-i-kolory-Druzow.-Fot.-Karolina-Marcinkowska.jpg"><img class="size-medium wp-image-2543   " style="margin: 5px 2px;" title="Fotografie medrcow ‘uqqāl i&nbsp;kolory Druzow, fot. K. Marcinkowska" src="http://ethnomuseum.pl/blog/wp-content/uploads/2010/03/1.-Fotografie-medrcow-‘uqqāl-i-kolory-Druzow.-Fot.-Karolina-Marcinkowska-300x224.jpg" alt="" width="249" height="186" /></a></strong></strong><p class="wp-caption-text">Fotografie mędrców ‘uqqāl i kolory Druzow, fot. K. Marcinkowska</p></div>
<p>Zielony, złoty i czerwony: barwy pachnące spokojnym reggae i słońcem Etiopii. Mocne, intensywne, życiodajne. Miewają zaskakujące wcielenia – jak w przypadku pomarańczowego, słodkiego ciastka <a href="http://www.theworldwidegourmet.com/recipes/knafe-lebanese-pastry/" target="_blank">knafe</a>. Ale bywają też pokrzepiające, szczególnie gdy poranek deszczowy, mglisty. Wtedy można go spędzić z kolorami w głowie, w przytulnej cukierni znajdującej się gdzieś w górach Karmel, na południowym wschodzie od miasta Haifa.</p>
<p>Niebieski, głęboki jak morze, jak niebo bezkresne, jak tuareski szal towarzyszący mi zawsze w moich podróżach. Chroni twarze wędrowców przed piaskiem i złym spojrzeniem, a mnie być może przed odnalezieniem się w szarości. Jeszcze biały, kolor najwyższej cnoty, czystości duszy i ciała. I długiej brody uśmiechniętego starca ze zdjęcia wiszącego nad barem, podpisanego: „Welcome to the Druze village, Daliat El Carmel”.</p>
<p><span id="more-2520"></span></p>
<p>I tak, w jednej z wielu cukierni w tym małym miasteczku przytulonym równocześnie do gór i szosy, w oparach sziszy i z boskim, niepowtarzalnym smakiem knafe w gębie, rozmyślam sobie o kolorach i tajemnicach Druzów. Te pięć kolorów zdobi ich flagę i pięcioramienną gwiazdę – symbol religii i dziedzictwa kulturowego tej grupy narodowo-religijnej.</p>
<p>Barwy, smaki, klimaty pobudzające do wiecznie powracających w mojej głowie pytań związanych z Izraelem — krajem, który wielością swoich zagadek, paradoksów i sprzeczności przyciąga mnie już kolejny raz.</p>
<h2>Druzyjska dusza a masowy popyt na ogólnoświatowe pamiątki</h2>
<p>Pięć barw symbolizujących podstawowe zasady moralne oraz profetów religii Druzów, to na pierwszy rzut oka jedyne autentyczne odzwierciedlenie tego, co można zobaczyć w wioskach zamieszkanych przez tą społeczność. Mówi się o wioskach i do wiosek podążają też tłumnie wycieczkowicze izraelscy i inni ciekawscy /do których ja się też zaliczam/ marzący o odsłonięciu chociażby rąbka tajemnicy z życia owianych legendą Druzów.</p>
<div id="attachment_2545" class="wp-caption alignleft" style="width: 206px"><a href="http://ethnomuseum.pl/blog/wp-content/uploads/2010/03/2.-Jedna-z-nieprawdopodobnych-cukierni-druzyjskich-w-Daliat-El-Carmel.-Fot.-Karolina-Marcinkowska.jpg" rel="wp-prettyPhoto[g2520]"><img class="size-medium wp-image-2545  " style="margin: 5px 2px;" title="Jedna z&nbsp;nieprawdopodobnych cukierni  druzyjskich w&nbsp;Daliat El Carmel, fot. K. Marcinkowska" src="http://ethnomuseum.pl/blog/wp-content/uploads/2010/03/2.-Jedna-z-nieprawdopodobnych-cukierni-druzyjskich-w-Daliat-El-Carmel.-Fot.-Karolina-Marcinkowska-300x224.jpg" alt="" width="196" height="146" /></a><p class="wp-caption-text">Jedna z nieprawdopodobnych cukierni  druzyjskich w Daliat El Carmel, fot. K. Marcinkowska</p></div>
<p>Do Daliat El Carmel oraz pobliskiej Isfiya można z łatwością dojechać jednym z wielu szalonych busików-szerutów z Haify. Ciężko sobie teraz wyobrazić, że około 400 lat temu, w okresie osiedlenia się Druzów przybyłych tu z północnej Syrii, wzgórza Golan były  niezamieszkałe, dzikie, wessane przez góry.</p>
<p>Osady te nie mają wiele wspólnego z wioskami: Daliat El Carmel to ciąg sklepików z pamiątkami i kawiarenek umieszczonych wzdłuż szosy głównej, w pięknym — choć stłamszonym nieco przez wszechobecny harmider i tandetę — krajobrazie górskim. A między szaliczkami, obrazkami i naszyjnikami, pochodzącymi chyba z każdego zakątka globu tylko nie z samego Daliat, miga biel bród druzyjskich sprzedawców.</p>
<p>W samym Izraelu Druzowie stanowią jedną z wielu mniejszości wyznaniowych i etnicznych -  liczy sobie ona około 110 tysięcy członków zamieszkujących przede wszystkim w północnej części Izraela, na terenach prowincji galilejskiej i wzgórzach Golan.</p>
<p>Sami Druzowie nie uważają się za muzułmanów, mimo tego, iż ich religia wyrosła około tysiąca lat temu z egipskiego <a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Isma'ilizm" target="_blank">isma’ilizmu</a>. Wolą określać się mianem Muwahiddun, czyli wyznawców „religii jedyności Boga” – inaczej unitarianizmu. Przez wieki ortodoksyjni muzułmanie uznawali Druzów za heretyków – w ich wierze widzieli więcej wpływów chrześcijaństwa, gnostycyzmu, zoroastryzmu i neoplatonizmu, niż islamu. Choć to właśnie zapożyczona z islamu szyickiego zasada taqiyyi – skrywania własnej religii, jest bodaj najbardziej charakterystycznym rysem ich wiary.</p>
<p>Na ulicach i w knajpach oraz oczywiście w licznych sklepikach z pamiątkami usiłowałam zagadać z siwobrodymi, wąsatymi panami w białych turbanach. Odpowiadano mi uśmiechając się czarująco, że podstawą religii Druzów jest jej Tajemniczość – tyle powinno mnie zadowolić. I powracano do zachwalania „tradycyjnych” fajek z Turcji, wyplatanych ręcznie dywaników z Radżastanu i plastikowych wielbłądów „made in China”, przypinając im na chybił trafił etykietkę: „druzyjskie”.</p>
<p>Nie dałam się ogłupić – poszukiwałam dalej. Za główną ulicą obklejoną sklepami widać betonową „bramę” z napisem: „Welcome to the traditional druze old Town”.<br />
…<br />
Duszo wszechobecna, druzyjska tajemnico, gdzie mogę odnaleźć Twoje ślady?</p>
<h2>Hinduski Platon żongluje kolorami, a małżonki szuka w Internecie</h2>
<p>A dusza, emanacja jedynego Boga, jest według Druzów wszędzie. Czasem ujawnia się pod postacią ludzką; wybrańcami byli m.in. Chrystus, kalif al-Hakim, Mojżesz, Muhammed. Porównuje się ich symbolicznie do zasłon twarzy zakładanych przez kobiety druzyjskie: za materialną formą ukrywa się Boska emanacja, wielki, kosmiczny Umysł.</p>
<div id="attachment_2525" class="wp-caption alignright" style="width: 183px"><a href="http://ethnomuseum.pl/blog/wp-content/uploads/2010/03/3.-Pyszne-pomaranczowe-ciastko-knafe-Fot-Ewa-Paszkowicz1.jpg" rel="wp-prettyPhoto[g2520]"><img class="size-medium wp-image-2525" title="Pyszne, pomaranczowe ciastko knafe, fot. E. Paszkowicz" src="http://ethnomuseum.pl/blog/wp-content/uploads/2010/03/3.-Pyszne-pomaranczowe-ciastko-knafe-Fot-Ewa-Paszkowicz1-225x300.jpg" alt="" width="173" height="231" /></a><p class="wp-caption-text">Pyszne, pomarańczowe ciastko knafe, z serem, pistacjami i syropem różanym, pomaga na pewno w rozmyślaniach o kolorach i losie druzyjskich „wiosek”… fot. E. Paszkowicz</p></div>
<p>Poszukiwanie jedynego Boga jest więc bezcelowe, bo stworzona przez niego światłość, ujawniająca się między innymi w rozumie, słowie i innych emanacjach Jedynego, tworzą świat materialny i to, co nas otacza. Kto wie, może nawet w tym całym konsumpcyjno-turystycznym cyrku powstałym w „wiosce” Druzów przemyka gdzieś nieśmiało wędrująca, wieczna dusza…</p>
<p>Jeden z badaczy religii druzyjskiej porównał tę doktrynę do efektów zabawy żonglera, który rzucał w niebo różne kolorowe idee i łapał na przemian te, które mu akurat wpadały do ręki. Teoria emanacji Boga pachnie Platonem, reguła prawdomówności – Chrześcijaństwem, zasady żywieniowe – islamem, wędrówka dusz – hinduską wiarą w reinkarnację. Jedną z bardziej fascynujących idei druzyjskich jest właśnie przekonanie o równości wszystkich ludzi, która pochodzi z faktu nieustannego przemieszczania się dusz stworzonych przez Boga tylko jeden raz. Gdy ciało umiera, dusza przenosi się do kolejnego „futerału”, przenosząc ze sobą wszystkie stany ducha i przeżycia poprzednich właścicieli.</p>
<p>Zgodnie z tą zasadą Druzem nie można się „stać”, można się nim tylko urodzić – jest ich około miliona, rozproszonych po terenach Syrii, Libanu, Jordanii i Izraela, a ich dusze wstępują do kolejnych potomków druzyjskich z krwi i kości. Nie lada zagwozdką jest dla Druza znalezienie partnera! Tutaj także z pomocą przybiegły wynalazki technologii i cywilizacji konsumpcyjnej – powstała strona internetowa <a href="http://druzecafe.com/index.html" target="_blank">„Druz cafe”</a>, która szczyci się łączeniem dusz druzyjskich i podtrzymywaniem zamkniętego kręgu wcieleń.</p>
<h2>Ślady tajemnicy, ułamki historii, paprochy tradycji</h2>
<p>Nie ma więc wśród Druzów potrzeby nawracania, przekonywania innych do swojej religii, nie ma też ceremonii religijnych czy oficjalnej liturgii, świąt religijnych, czy obowiązku pielgrzymki. Świętem jest codzienność, modlitwą — prawdomówność i szczerość wobec bliźnich, wiara w jedynego Boga i jego moc.</p>
<p>Wszyscy ludzie są równi, kobiety mają te same prawa, co mężczyźni, a sprawy społeczności omawiane są wspólnie w domach modlitw zwanych hilwah lub pomieszczeniach wydzielanych w domach prywatnych. To tam można dostrzec ślady tego tak silnego, choć niewidocznego gołym okiem dziedzictwa: starannie oprawione fotografie mędrców ‘uqqāl, gwiazdy o pięciu kolorowych ramionach, koszyki i tkaniny wykonywane jeszcze do niedawna wyłącznie przez Druzów…</p>
<div id="attachment_2546" class="wp-caption alignleft" style="width: 250px"><a href="http://ethnomuseum.pl/blog/wp-content/uploads/2010/03/4.-Brodacze-koszyki-i-wielka-Tajemnica-fot.-Karolina-Marcinkowska.jpg" rel="wp-prettyPhoto[g2520]"><img class="size-medium wp-image-2546 " style="margin: 5px 2px;" title="Brodacze, koszyki i&nbsp;wielka Tajemnica, fot. K. Marcinkowska" src="http://ethnomuseum.pl/blog/wp-content/uploads/2010/03/4.-Brodacze-koszyki-i-wielka-Tajemnica-fot.-Karolina-Marcinkowska-300x224.jpg" alt="" width="240" height="179" /></a><p class="wp-caption-text">Brodacze, koszyki i wielka Tajemnica, fot. K. Marcinkowska</p></div>
<p>Społeczności druzyjskie na Bliskim Wschodzie zawsze starały się utrzymać swoją neutralną postawę w kwestiach politycznych – w czasach protektoratu brytyjskiego na ziemiach Izraela, Druzowie trzymali się z dala od konfliktu palestyńsko-izraelskiego. Podkreślali swoją odrębność od wyznawców islamu i Arabów, zostali uznani przez rząd Izraela za odrębną grupę narodową i religijną (na podobieństwo Czerkiesów i Beduinów). Od 1948 walczyli u boku Izraelczyków i – w przeciwieństwie do Palestyńczyków – dostali od rządu izraelskiego oficjalne pozwolenie na wcielanie się do armii izraelskiej i obowiązek odbywania służby wojskowej.</p>
<p>Jeden ze spotkanych przeze mnie brodaczy druzyjskich szczycił się kameleonową naturą społeczności Druzów na całym świecie: „Druzowie w Izraelu to Izraelczycy, a w Polsce to Polacy! Są i u Ciebie, wyznają swoją tajemną religię w spokoju i harmonii z innymi, dlatego może jeszcze nie wiesz o ich istnieniu!”.</p>
<p>Ciężko mi było uwierzyć w istnienie Druzów nawet w ich własnej „wiosce”, zakopanej przez pamiątki z różnych stron świata i oblężonej przez tłumy przybyszy, których wyraźnie nie zaprzątała kwestia druzyjska, jakkolwiek tajemnicza czy wyjątkowa by ona była…</p>
<p>Warto było zawitać do Daliat El Carmel aby stwierdzić, że ostał się na pewno „welon” duszy druzyjskiej: sumiaste wąsy i biały turban. A tajemniczy uśmiech sprzedawców pamiątek przypominał o tym, że istota, której poszukiwałam, tkwi w ukryciu, bo religia Druzów jest Tajemnicą, która bądź co bądź przetrwała już około tysiąca lat…</p>
<div id="attachment_2547" class="wp-caption alignright" style="width: 110px"><a href="http://ethnomuseum.pl/blog/wp-content/uploads/2010/03/5.-gwiazda-druzyjska.png" rel="wp-prettyPhoto[g2520]"><img class="size-full wp-image-2547 " style="margin-top: 5px; margin-bottom: 5px;" title="Gwiazda druzyjska" src="http://ethnomuseum.pl/blog/wp-content/uploads/2010/03/5.-gwiazda-druzyjska.png" alt="" width="100" height="100" /></a><p class="wp-caption-text">Gwiazda druzyjska</p></div>
<p style="text-align: center;">
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://ethnomuseum.pl/blog/2010/03/04/tajemnice-druzow-biale-brody-pomaranczowe-ciastka-i-opowiesci-o-kosmicznym-umysle/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Moje malgaskie vintana — fragmenty zapisków terenowych</title>
		<link>http://ethnomuseum.pl/blog/2009/12/15/moje-malgaskie-vintana-fragmenty-zapiskow-terenowych/</link>
		<comments>http://ethnomuseum.pl/blog/2009/12/15/moje-malgaskie-vintana-fragmenty-zapiskow-terenowych/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 15 Dec 2009 00:02:10 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Karolina Marcinkowska</dc:creator>
				<category><![CDATA["z życia działu"]]></category>
		<category><![CDATA[Afryka]]></category>
		<category><![CDATA[Antropologia kultury]]></category>
		<category><![CDATA[badania terenowe]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://ethnomuseum.pl/blog/?p=2144</guid>
		<description><![CDATA[„Dlaczego akurat Madagaskar?” — powtarzające się pytanie Malgaszów i nie tylko. A ja dopiero teraz zauważyłam, że nie wiadomo dlaczego silę się zawsze na jakieś formułki typu: „bo to między Afryką a Azją, coś unikalnego, niepowtarzalnego, itd itp…i kult przodków i różnorodność…”. A to, co naprawdę czuję, odpowiedź, która jest najbliższa „mojej” prawdy, to – „bo takie jest moje VINTANA”. To jedno z tych trudno przetłumaczalnych, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="attachment_2151" class="wp-caption alignleft" style="width: 310px"><img class="size-medium wp-image-2151" style="margin: 5px 2px;" title="Król Marcel, król Soazara (na&nbsp;codzień żona Marcela) i&nbsp;ja, fot. Jarsyl Mamodje" src="http://ethnomuseum.pl/blog/wp-content/uploads/2009/12/król-Marcel-jego-żona-obecnie-król-i-ja-fot.-Jarsyl-Mamodje-300x224.jpg" alt="Król Marcel, jego żona - obecnie król i&nbsp;ja, fot. Jarsyl Mamodje" width="300" height="224" /><p class="wp-caption-text">Król Marcel, król Soazara (na codzień żona Marcela) i ja, fot. Jarsyl Mamodje</p></div>
<p>„Dlaczego akurat Madagaskar?” — powtarzające się pytanie Malgaszów i nie tylko. A ja dopiero teraz zauważyłam, że nie wiadomo dlaczego silę się zawsze na jakieś formułki typu: „bo to między Afryką a Azją, coś unikalnego, niepowtarzalnego, itd itp…i kult przodków i różnorodność…”. A to, co naprawdę czuję, odpowiedź, która jest najbliższa „mojej” prawdy, to – „bo takie jest moje VINTANA”. To jedno z tych trudno przetłumaczalnych, malgaskich słów, oznaczających coś między przeznaczeniem a drogą wytyczoną przez przodków. Przodkowie (a nie lemury!) to przecież główni panowie i władcy Czerwonej Wyspy. Nazwę kraju, dziwną i nic mi kiedyś nie mówiącą, pamiętam dobrze z dzieciństwa – to był moment, w którym znajomy mamy, różdżkarz, narysował mapę „moich” miejsc. Był Berlin, coś jeszcze brzmiącego dość domowo i… Madagaskar. Pamiętam, że pojawił się wtedy w mojej głowie trochę komiksowy, wielki znak zapytania i migający komunikat: „po co, na co i kiedy w ogóle bym miała się tam znaleźć??”. Teraz już wiem…!</p>
<p><span id="more-2144"></span></p>
<h3>Ciało futerałem dla królewskiej duszy</h3>
<div id="attachment_2148" class="wp-caption alignleft" style="width: 310px"><img class="size-medium wp-image-2148" style="margin: 5px 2px;" title="Nadine w&nbsp;momencie wchodzenia ducha króla w&nbsp;jej ciało, fot.Karolina Marcinkowska" src="http://ethnomuseum.pl/blog/wp-content/uploads/2009/12/Nadine-w-momencie-wchodzenia-ducha-króla-w-jej-ciało-fot.Karolina-Marcinkowska-300x224.jpg" alt="Nadine w&nbsp;momencie wchodzenia ducha króla w&nbsp;jej ciało, fot.Karolina Marcinkowska" width="300" height="224" /><p class="wp-caption-text">Nadine w momencie wchodzenia ducha króla w jej ciało, fot.Karolina Marcinkowska</p></div>
<p>Twarz fryzjerki — opętanej Nadine - rozpromienia się, jak opowiada o swoim duchu <em>czumba</em>. To on sprawił, że wyszła cało z poważnej choroby, nauczyła się zawodu fryzjerki, dała sobie radę w ciężkich czasach. Dlatego też musi teraz służyć duchowi królewskiemu, który wybrał jej ciało jako tymczasowy futerał dla swojej duszy. Nie łatwo sprostać wymaganiom ducha, narzuconym przez niego zakazom i nakazom. Nadine może organizować ceremonie tylko we wtorki i środy (takie były — wedle skomplikowanych wyliczeń astrologów — sprzyjające dni dla króla), nie może jeść kurczaka ani pić piwa. Równocześnie, jej status w dzielnicy uległ znacznej przemianie – jest szanowana, lubiana i traktowana niejako z ostrożnością. Duch króla może się zemścić, jeśli zauważy, że ktoś zaszkodzi Nadine, która poniekąd jest częścią jego. Jej ciało jest niezbędne do zaistnienia spotkania żywych, potrzebujących rady i wróżby, ze zmarłym królem. Nie ma ani cienia zwątpienia, zażenowania, wszystko to, co mówi Nadine, pochodzi z głębi jej serca. Wygląda trochę tak, jakby mówiła o idealnym kochanku, wiernym i jedynym, któremu ufa bezgranicznie, który po prostu JEST ZAWSZE, jest częścią jej samej.</p>
<h3>W poszukiwaniu straconego czasu — ceremonia „czumba” jako spotkanie idealne</h3>
<div id="attachment_2150" class="wp-caption alignleft" style="width: 310px"><img class="size-medium wp-image-2150" style="margin: 5px 2px;" title="Duch urzędnika w&nbsp;ciele Celestine, Majunga, fot.Karolina Marcinkowska" src="http://ethnomuseum.pl/blog/wp-content/uploads/2009/12/Duch-urzędnika-w-ciele-Celestine-Majunga-fot.Karolina-Marcinkowska-300x224.jpg" alt="Duch urzędnika w&nbsp;ciele Celestine, Majunga, fot.Karolina Marcinkowska" width="300" height="224" /><p class="wp-caption-text">Duch urzędnika w ciele Celestine, Majunga, fot.Karolina Marcinkowska</p></div>
<p>Odwiedziny znajomej Celestine, opętanej przez ducha króla Soazara. Położenie jej domu, na wysepce przyklejonej do bajora wysychającego i wzbierającego wedle własnego widzi mi się, mogłoby spokojnie dorównać  benińskiemu Ganvie. Niewiele by trzeba, żeby zrobić z tego malowniczo-slumsowej okolicy turystyczną perełkę. Tylko pytanie, po co i na co, a przede wszystkim, czy którykolwiek mieszkaniec w ogóle czegoś takiego potrzebuje? Niestety zyski z turystyki nie wzbogacają zazwyczaj samych mieszkańców, czyniąc jedynie z ich codzienności dość nieznośną, fotografowaną przez efemeryczne tłumy rzeczywistość…</p>
<p>Coś takiego jest w tym zlepku budek z blachy falistej, mostków z byle jak rzuconych desek, ogólnego wrażenia prowizorki, że czuje się jakąś przedziwną harmonię, naturalnie wykreowaną przez ludzi. Jak w ukrytym mechanizmie zegarka, bo nie w pięknej, zewnętrznej tarczy czy paseczku ze skóry. Bo paseczka pewnie tu nawet nie ma. A propos zegarków, dałam szansę mojemu pomarańczowemu, ponoć niezniszczalnemu budzikowi. Dziś wyjęłam go z plecaka — wskazówka dygotała spocona raz w jedną stronę, raz w drugą, jakby czas kołysał się między chwilą przed „teraz” a chwilą „zaraz”. A „teraz” tu nie ma – na pewno jest „przed”… A takie dygotanie to, kto wie, może symbolizuje naturę duchów <em>czumba</em>, raz tam, raz tu, a właściwie nigdy „tu i teraz”. Gdzieś „pomiędzy”, „in betweex and between” – eh, ci klasycy antropologii!</p>
<p>No, ale wracając do domu Celestine – dobrze odnajduję się w malgaskiej rzeczywistości, chociażby fakt, że ktoś, kogo się szuka (jak ja poszukiwałam Celestine) zmienił dom, nie jest żadnym problemem. Bo wcześniej też nie miał adresu. Po prostu należy udać się w bliżej nieokreśloną „okolicę” i pytać o daną osobę. Można ją opisać, mówiąc, że mąż gra na akordeonie, bo przecież to, że mają dużo dzieci, w kontekście malgaskim nie jest raczej relewantne… Wyobrażam sobie, że tutaj wszyscy wiedzą wszystko o swoich sąsiadach bliższych i dalszych, a z drugiej strony nikt nie zagląda do domu, który zazwyczaj nie ma okien, a drzwi traktuje się jak nocny wachlarz. Tak sobie myślę, że panuje tu jakieś niepisane prawo nie powstrzymywania się od ciekawości (bo przecież co i rusz ktoś po prostu wchodzi i się przygląda, nie starając się nawet udawać, że nie jest ciekawy, co się dzieje u kogoś w domu) z równoczesnym szacunkiem dla „prywatności” innych – a ta na pewno oznacza co innego niż u nas.</p>
<p>Pech chciał (a raczej kolejny duch <em>czumba</em>), że Celestine nie uwolniła się łatwo od ducha. Przepychał się w jej ciele następny, tym razem urzędnik, który  (jak przestrzegał mąż Celestine) mało mówi i głównie siedzi na krześle. Nie bez przyczyny był za życia urzędnikiem – dlatego też pojawia się w białym, europejskim kapeluszu i bawełnianej koszuli. Jest dość gburowaty i ogólnie sprawia wrażenie kogoś, kogo niewiele cokolwiek obchodzi. Przyszedł nie pytany (czy to cecha urzędników?), po prostu bezczelnie się wepchnął bez kolejki, nie dając biednej, ciężarnej na dodatek Celestine chwilki wytchnienia. Był moment, w którym nawet miałam wrażenie, że rodzi – a tutaj hop! Urzędnik na krześle.</p>
<h3>Kondukt pogrzebowy jak zimny prysznic</h3>
<div id="attachment_2160" class="wp-caption alignleft" style="width: 235px"><img class="size-medium wp-image-2160" style="margin: 5px 2px;" title="Siesta sprzedawcy mięsa, Majunga, fot.Karolina Marcinkowska" src="http://ethnomuseum.pl/blog/wp-content/uploads/2009/12/siesta-sprzedawcy-mięsa-Majunga-fot.Karolina-Marcinkowska-225x300.jpg" alt="Siesta sprzedawcy mięsa, Majunga, fot.Karolina Marcinkowska" width="225" height="300" /><p class="wp-caption-text">Siesta sprzedawcy mięsa, Majunga, fot.Karolina Marcinkowska</p></div>
<p>Przepisywanie i tłumaczenie nagranych w trakcie ceremonii wywiadów — sekundy przepisuje się w paręnaście minut, tracę powoli poczucie czasu, aż nagle… dobiegają mnie szalone dźwięki dęciakiów, nieprawdopodobnie ŻYWA muzyka, ciężka do określenia, bo nie wesoła, ale szybka, skoczna, choć nie do tańca. Piękna, jakby zupełnie prosta, ale o wymalowanej na twarzy (ta muzyka na pewno miała twarz) miłości do życia w czystej postaci. Zgadłam – to pochód pogrzebowy, ale co tam pochód – tłumek ludzi biegnących, nie obliczalnym truchtem grupy ludzi których łączy wspólny cel, tylko nieco oszalałym, choć w tym samym kierunku, opętanych wspólną ideą, może pamięcią o zmarłym. Nie może być smutno – nawet ochłapy mięsa wołu niesione na głowie wirują, nie pozwalając muchom na miły odpoczynek.  Przypomniało mi się o śpiącym sprzedawcy mięsa tuż za rogiem! Trębacze muszą być chyba wytrenowani żeby sprostać szalonemu tempu! Na chwilę, w której przebiega procesja, zasadniczo niespieszny i otumaniony upałem ruch uliczny fragmentarycznie zastyga, zanika gdzieś, kondukt to jak niewidzialna szarańcza działająca w jakiejś rzeczywistości obok tej widzialnej! Zadziwia mnie jak wspaniale działa ta muzyka, to jak zimny prysznic podczas gorącego dnia, jak łyk chłodnej wody, eh, coś banalnie prostego, ale jak bardzo sprowadzającego na ziemię. Zatacza pętlę znowu do Życia, do chwili, która ucieka, pewnie zderzając się z pochodem „pogrzebowym”.</p>
<h3>Mangowe emocje</h3>
<p>Pora na kolejne mango – tylko które? Dostałam zamiast dwóch siedem, trzy mają zieloną skórę. Myślałam, ze będą dojrzewać, a te przy obieraniu zapadają się w palce. Stoję nad umywalką i</p>
<div id="attachment_2172" class="wp-caption alignleft" style="width: 310px"><img class="size-medium wp-image-2172" title="Sezon mangowy w&nbsp;pełni, fot.Karolina Marcinkowska" src="http://ethnomuseum.pl/blog/wp-content/uploads/2009/12/Sezon-mangowy-w-pełni-fot.Karolina-Marcinkowska-300x224.jpg" alt="Sezon mangowy w&nbsp;pełni, fot.Karolina Marcinkowska" width="300" height="224" /><p class="wp-caption-text">Sezon mangowy w pełni, fot.Karolina Marcinkowska</p></div>
<p>pomarańczowy sok cieknie mi aż do łokci, tam się skrapla, a dziura od zlewu wsysa cały ten sok z odgłosem niewiele różniącym się od strużki wody. Obieram od góry, im mniej skórki, tym bardziej wszystko śliskie, mój mały nożyk ślizga się jak łyżwa na lodzie (obrazek lodowiska na Stegnach i mnie pędzącej na łyżwach, w tle hity z lat 70-tych, jakoś ima się mnie na Madagaskarze). Im mniej skórki, tym gorzej się trzyma, trzeba uważać, żeby</p>
<p>obślizgłe cielsko nie plasło i nie wiło się po umywalce. Wykrawam małe plastry i wrzucam je do gęby. Zaraz obklejona jestem pomarańczowym miąższem. Zęby pokryte śluzą mangową – pomiędzy nimi strączki pomarańczowe – zabawa na kolejne parę minut! Ale radość na duszy, tak się bawić z mangiem nad umywalką, szczególnie jak takie majstrowanie kojarzy się bardziej z myciem zębów no i nie ma takiego pysznego smaku, nie daje tyle radości!</p>
<h3>Duchy czumba najlepszymi klientami!</h3>
<p>Uśmiechnięty, wielki Hindus w białej podkoszulce wyłania się z nad sterty bali z różnokolorowymi materiałami wszelkiej maści. Jego żona, nieśmiało, ale ciekawsko nastawia ucha i podziwia z nieukrywanym uwielbieniem swojego rozgadanego męża, stojąc w jego cieniu, za jeszcze większą ilością bali. Jeszcze tydzień temu żył jego dziadek, byłby w stanie nawet ze swoimi 112 latami poopowiadać mi niemało – w to nie wątpię! Miałam na końcu języka pytanie: „przecież to, że umarł, nie oznacza, że nie można sobie z nim pogadać!”. No ale mój pan sprzedawca bławatnik, kolorów Indii nigdy nie zaznał, jest urodzonym na Madagaskarze muzułmaninem szyitą i  uznaje tylko jednego Boga. A wyznawcy <em>czumba</em> to… „ależ Madame!!! To moi najlepsi klienci! I to jacy wymagający, Pani droga!” aż wypieki na twarzy mu wyskakują! „Oooo śśś właśnie wchodzą przyjezdni z Mauritiusa, eh, ci to są nieszcześnicy, rozrzutnicy, kupują tyle, ile im duch <em>czumba </em>rozkaże! I Madame, żeby Madame wiedziała, to nie to, że koszula może mieć 4 guziki – 3 są obowiązkowe, a koszulka musi być Lacoste koniecznie, no oczywiście nie taka zupełnie seria limitowana, no to taka kopia troszeczkę, ale Lacoste musi być, bo jak nie, <em>czumba </em>się obrazi! I Madame, jak się poliester podepchnie to się obrażają, w życiu! Bawełna 100% musi być! A żeby Madame wiedziała, to niektóre duchy to i palta mieć muszą, i kapelusze takie, co to Turcy albo Marokańczycy noszą, z dzyndzlem czarnym koniecznie.</p>
<div id="attachment_2155" class="wp-caption alignleft" style="width: 310px"><img class="size-medium wp-image-2155" style="margin: 5px 2px;" title="Hindus-bławatnik prezentuje ulubione tkaniny duchów czumba, fot. Karolina Marcinkowska" src="http://ethnomuseum.pl/blog/wp-content/uploads/2009/12/Hindus-bławatnik-prezentuje-ulubione-tkaniny-duchów-czumba-fot.-Karolina-Marcinkowska-300x225.jpg" alt="Hindus-bławatnik prezentuje ulubione tkaniny duchów czumba, fot. Karolina Marcinkowska" width="300" height="225" /><p class="wp-caption-text">Hindus-bławatnik prezentuje ulubione tkaniny duchów czumba, fot. Karolina Marcinkowska</p></div>
<p>Albo kapelusze kowboja też lubią…O Madame, to bez nich to byśmy tu na targu padli!”. I spędzam wspaniałe popołudnie wśród metrów materiałów i tkanin przeróżnych, każdy o innej nazwie, jedna jako obrus dla ducha najczęściej kupowana, inna jako narzutka, chusteczka, lamba…</p>
<p>Wychodzę kupić moje ulubione śniadanko: 2 manga i kwadracik ryżopodobnego od uśmiechniętej babci, z którą zawsze zamieniam conajmniej 3 grzecznościowe pozdrowienia, przed zakupieniem gumowatej kosteczki, a ona też nigdy nie zapomina wspomnieć, że kosteczka jest całkiem czym innym niż inne kosteczki sprzedawane przez jej sąsiadów, bo jej jest słodka – przy tym uśmiecha się tak, że nikt nie jest w stanie się oprzeć, a wyobraźnia zaczyna pracować tak mocno, że szara kosteczka przemienia się w mały torcik z wisienką.</p>
<h3>Mafana be!!!! Gorąco!</h3>
<p>Złapałam się na tym, że wyostrza mi się uwaga na dźwięk zdania „Mais s’est vrai, eeee?” („To prawda!”). To trochę jak nasze „za siedmioma górami, za siedmioma lasami”. I na 80, 90% będzie mowa o kulcie <em>czumba</em>! Tak naprawdę mam wrażenie, że jakiekolwiek nie byłyby wypowiedzi i tłumaczenia, każdy tu poniekąd wierzy w istnienie <em>czumba</em>. A na pewno wywołuje to tysiące widzianych i przeżytych historii, które na tyle odcisnęły się na wyobraźni moich rozmówców, że nie sposób ich zapomnieć.</p>
<div id="attachment_2156" class="wp-caption alignleft" style="width: 310px"><img class="size-medium wp-image-2156" style="margin: 5px 2px;" title="Mafana be!!! Gorąco! Fot.Karolina Marcinkowska" src="http://ethnomuseum.pl/blog/wp-content/uploads/2009/12/Mafana-be-Gorąco-Fot.Karolina-Marcinkowska-300x224.jpg" alt="Mafana be!!! Gorąco! Fot.Karolina Marcinkowska" width="300" height="224" /><p class="wp-caption-text">Mafana be!!! Gorąco! Fot.Karolina Marcinkowska</p></div>
<p>Dzisiaj to faktycznie jest „mafana be” – bardzo gorąco!! To słowo odbija się echem na ustach tych niewielu, których spotykam na ulicy. Idąc na spotkanie z jedną z opetanych, silę się czasem na spowolnienie i staram nauczyć się malgaskiego tempa „przesuwania się”  (bo chodem ciężko to to nazwać, raczej łazem może). Wypracowałam system, który pozwala mi na szybkie (zgodne z moim rytmem) przemieszczanie się długimi, powłóczystymi krokami tak, aby wydawały się one wolne i nie odstawały aż tak bardzo od tempa reszty ludzi.</p>
<p>W nocy nachodzi mnie wielka chęć wskoczenia po raz trzeci pod przysznic, tak już nocną porą, bo też gorąc wisi nadal w powietrzu. Mój ulubiony prysznic z widokiem na ulicę (brak trzech cegieł) wolny o tej porze. Zamydlona gapię się przez szparę. Ehhh, warto było, bo też zapomniałam już, jak wyglądają ryksze <em>pousse-pousse</em> kiedy nie świeci słońce!!! To jak małe świetliki migoczące w ociężałym, gorącym powietrzu nocy – każdy rykszarz ma swój własny patent na przymocowanie lampki oliwnej, niektórzy nawet świecy w butelce plastikowej pod siedzonko klienta. To malutkie świtełko dynda sobie pod tyłkiem wożonego, oświetlając nieco pięty sunącego na zgiętych kolanach rykszarza. Jak dwie ryksze mijają się w nocy, światełka łączą swoją moc w miarę swoich skromnych możliwości, a przy odrobinie wyobraźni ma się wrażenie, że miejsce spotkania jest jasnością.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://ethnomuseum.pl/blog/2009/12/15/moje-malgaskie-vintana-fragmenty-zapiskow-terenowych/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Mapy pamięci, notatki z koralików i drewniane tabliczki zamiast komputerów?</title>
		<link>http://ethnomuseum.pl/blog/2009/10/21/mapy-pamieci-notatki-z-koralikow-i-drewniane-tabliczki-zamiast-komputerow/</link>
		<comments>http://ethnomuseum.pl/blog/2009/10/21/mapy-pamieci-notatki-z-koralikow-i-drewniane-tabliczki-zamiast-komputerow/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 21 Oct 2009 08:06:32 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Karolina Marcinkowska</dc:creator>
				<category><![CDATA["z życia działu"]]></category>
		<category><![CDATA[Afryka]]></category>
		<category><![CDATA[eksponaty]]></category>
		<category><![CDATA[Kongo]]></category>
		<category><![CDATA[Luba]]></category>
		<category><![CDATA[lukasa]]></category>
		<category><![CDATA[mapy]]></category>
		<category><![CDATA[Power Point]]></category>
		<category><![CDATA[symbolika]]></category>
		<category><![CDATA[znaczenia]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://ethnomuseum.pl/blog/?p=1694</guid>
		<description><![CDATA[Właśnie jestem w trakcie pracy nad prelekcją multimedialną: zbieram materiały, układam je w logiczną całość, porządkuję zdjęcia tak, by ich kolejność naprowadzała moją wypowiedź na sugerowaną w temacie ścieżkę. Równocześnie wykonuję inną pracę, nie wymagającą zbytniego udziału intelektu, dość mechaniczną i znienawidzoną przez wszystkich muzealników: drukuję wypełnione już karty katalogu naukowego obiektów. Zatrzymuję się niepostrzeżenie nad jednym opisem, opatrzonym zdjęciem i obszernym komentarzem [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="attachment_1732" class="wp-caption alignleft" style="width: 179px"><img class="size-medium wp-image-1732" style="margin: 5px 2px;" title="Tabliczka lukasa, dar p.Klaasa de Jonge, 23176 PME, Fot. Edward Koprowski" src="http://ethnomuseum.pl/blog/wp-content/uploads/2009/10/Tabliczka-lukasa-dar-p.Klaasa-de-Jonge-23176-PME-Fot.-Edward-Koprowski2-169x300.jpg" alt="Tabliczka lukasa, dar p.Klaasa de Jonge, 23176 PME, Fot. Edward Koprowski" width="169" height="300" /><p class="wp-caption-text">Tabliczka lukasa, dar Klaasa de Jonge, 23176 PME, Fot. Edward Koprowski</p></div>
<p>Właśnie jestem w trakcie pracy nad prelekcją multimedialną: zbieram materiały, układam je w logiczną całość, porządkuję zdjęcia tak, by ich kolejność naprowadzała moją wypowiedź na sugerowaną w temacie ścieżkę. Równocześnie wykonuję inną pracę, nie wymagającą zbytniego udziału intelektu, dość mechaniczną i znienawidzoną przez wszystkich muzealników: drukuję wypełnione już karty katalogu naukowego obiektów. Zatrzymuję się niepostrzeżenie nad jednym opisem, opatrzonym zdjęciem i obszernym komentarzem dotyczącym znaczenia i symboliki tabliczki zwanej <em>lukasa</em>.</p>
<p>I nagle — olśnienie! Tyle zbieżności można odnaleźć w logice konstruowania układu prelekcji w Power Point-cie (a następnie jego „werbalizowania” podczas wykładu) i w odczytywaniu treści z drewnianej tabliczki przez mędrca z Konga!<br />
<span id="more-1694"></span></p>
<h3>Tabliczka lukasa – narzędzie mnemotechniczne ludu Luba</h3>
<p>Do czego może służyć tajemnicza, drewniana tabliczka antropomorficzna o zewnętrznej powierzchni zdobionej gwoździami, koralikami, monetami umieszczonymi w nieregularnym układzie? Jak to zwykle bywa w przypadku tradycyjnej sztuki afrykańskiej, wszystkie obiekty mają swoje znaczenie, ukryte treści.</p>
<p>Tabliczki <em>lukasa,</em> pochodzące z niezmiernie ciekawej kolekcji darowanej niedawno Muzeum przez Holendra Klaasa de Jonge, przypisane są ludowi Luba z Demokratycznej Republiki Konga. To właśnie w tamtych rejonach Afryki, przedmioty te używane były przez członków stowarzyszenia <em>Mbudye</em> do odszyfrowywania ważnej dla całej społeczności wiedzy dotyczącej mitów, historii, układów przestrzennych i relacji społecznych obecnych w królestwie.</p>
<p>Na pierwszy rzut oka ciężko sobie wyobrazić, że tabliczki te były ważnymi narzędziami o znaczeniu zarówno politycznym, jak i duchowym. Tabliczka <em>lukasa </em>jest swoistą mapą pamięci, zapisem mitów, systemów pokrewieństwa w formie układu koralików, rytych rysunków, wzorów. Podzielona jest zazwyczaj na dwie części: męską i żeńską, zwieńczoną czasem rzeźbioną, kobiecą główką.</p>
<p>Koraliki czy muszelki kauri sugerują przestrzenne rozmieszczenie instytucji związanych z dworem królewskim, z miejscami kultu bądź wydobycia bogactw naturalnych. Wyszkoleni mówcy przebiegali oczyma wyobraźni przestrzeń królestwa: zarówno tę widzialną, jak i symboliczną. W zależności od słuchaczy, konstruowali swoją wypowiedź podążając za podpowiedzią zapisaną na tabliczce.</p>
<h3>Ukryte powinowactwa wyobrażonego miasta Ersilia, programu Power Point i kongijskiej tabliczki</h3>
<div id="attachment_1727" class="wp-caption alignleft" style="width: 167px"><img class="size-medium wp-image-1727" style="margin: 5px 2px;" title="Tabliczka lukasa ze zbiorów Felix Collection" src="http://ethnomuseum.pl/blog/wp-content/uploads/2009/10/Tabliczka-lukasa-ze-zbiorów-Felix-Collection-196x300.jpg" alt="Tabliczka lukasa ze zbiorów Felix Collection" width="157" height="240" /><p class="wp-caption-text">Tabliczka lukasa ze zbiorów Felix Collection</p></div>
<p>Wymowa tabliczki <em>lukasa</em> jest niewątpliwie bardziej subtelna od zapisu wykonanego w programie Power Point — odczytanie treści jest subiektywne, jej sformułowanie i interpretacja zależy od mędrca. A też nie każdy posiada wystarczającą wiedzę, by odcyfrować znaczenie układu koralików, monet i muszelek. Tabliczki stymulują wyobraźnię i naprowadzają pamięć oratorów na tylko im znane ścieżki. Dla większości pozostaną jedynie ozdobnymi przedmiotami, a dla kongijskich mędrców to niezbędne narzędzia pomocne w kreowaniu opowieści, odnajdywaniu zaszyfrowanych znaczeń.</p>
<p>I znowu skojarzenie, tym razem literackie. W jednym z „niewidzialnych miast” opisanych przez Italo Calvino, relacje i powinowactwa między ludźmi, ich wspólne marzenia, plany, sny, zapisane były za pomocą różnokolorowych nici łączących poszczególne domy. Ich przebieg, sploty i tworzące się supły sugerowały to, czego nie widać w „zwykłych” miastach, a co właściwie jest najważniejsze! W powieści Calvino, narratorem i „czytającym ze snów” opowiadaczem historii jest Marco Polo, który porządkuje swoje liczne przygody zgodnie ze skomplikowanym układem matematycznym, by przekazać je potem, ubrane w piękną formę, władcy największego imperium w dziejach, Kubilaj Chanowi.</p>
<p>Wydaje się, że potrzeba zapisywania i ubierania w słowa tego, co kryje się za widzialnym odbiciem rzeczywistości – czy to za pomocą sztuki, techniki czy rytuału — jest silna w każdej kulturze. A czy będzie to literacka kreacja, program komputerowy czy tabliczka drewniana /będąca zresztą nawet dla laików po prostu pięknym przedmiotem/ — „sposób użycia” okazuje się być podobny!</p>
<p><img class="alignleft size-full wp-image-1717" title="Lukasa - znaczenia" src="http://ethnomuseum.pl/blog/wp-content/uploads/2009/10/Lukasa-znaczenia.JPG" alt="Lukasa - znaczenia" width="544" height="407" /></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://ethnomuseum.pl/blog/2009/10/21/mapy-pamieci-notatki-z-koralikow-i-drewniane-tabliczki-zamiast-komputerow/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Bazar na Olimpii — 100% warszawski smaczek Afryki</title>
		<link>http://ethnomuseum.pl/blog/2009/09/30/bazar-na-olimpii-100-warszawski-smaczek-afryki/</link>
		<comments>http://ethnomuseum.pl/blog/2009/09/30/bazar-na-olimpii-100-warszawski-smaczek-afryki/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 30 Sep 2009 08:24:10 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Karolina Marcinkowska</dc:creator>
				<category><![CDATA[EtnoWarszawa]]></category>
		<category><![CDATA[Afryka]]></category>
		<category><![CDATA[bazar]]></category>
		<category><![CDATA[handel]]></category>
		<category><![CDATA[Olimpia]]></category>
		<category><![CDATA[Warszawa]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://ethnomuseum.pl/blog/?p=1571</guid>
		<description><![CDATA[Mało utrzymało się takich miejsc w Warszawie. Ciężko dziś o autentyczność, spontaniczne spotkania, ludzi z własnym życiem wypisanym na twarzy. W niewielu miejscach (a w Warszawie tym bardziej) zachowała się sztuka targowania się, przekomarzania, wspólnego spędzania czasu. Na bazarze mającym miejsce co niedzielę wokół stadionu Olimpia, wir staroświeckich komplementów to norma. Zachowanie bywalców Olimpii przypomina mi niemalże afrykańskie „stosunki zaczepne”, a różnorodność doznań i bogactwo [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="attachment_1573" class="wp-caption alignleft" style="width: 189px"><img class="size-medium wp-image-1573" style="border: 1px solid black; margin: 5px 2px;" title="Olimpijskie mydło i&nbsp;powidło;    fot. Karolina Marcinkowska" src="http://ethnomuseum.pl/blog/wp-content/uploads/2009/09/fot-K-Marcinkowska-2-224x300.jpg" alt="Olimpijskie mydło i&nbsp;powidło; fot. Karolina Marcinkowska" width="179" height="240" /><p class="wp-caption-text">Olimpijskie mydło, powidło i święte obrazki; fot. Karolina Marcinkowska</p></div>
<p>Mało utrzymało się takich miejsc w Warszawie. Ciężko dziś o autentyczność, spontaniczne spotkania, ludzi z własnym życiem wypisanym na twarzy. W niewielu miejscach (a w Warszawie tym bardziej) zachowała się sztuka targowania się, przekomarzania, wspólnego spędzania czasu. Na bazarze mającym miejsce co niedzielę wokół stadionu Olimpia, wir staroświeckich komplementów to norma. Zachowanie bywalców Olimpii przypomina mi niemalże afrykańskie „stosunki zaczepne”, a różnorodność doznań i bogactwo towarów –  bazary kontynentu bliskiemu mojemu sercu.<br />
Na Olimpii można znaleźć wszystko, spotkać piękne postaci tzw. „Olimpijczyków”, a niedziela bez Olimpii to dla mnie – ale i dla wielu innych „bazaro-uzależnionych”- niedziela stracona. Szczególnie jeśli żywioł afrykańskich targowisk nie jest pod ręką!</p>
<p>OLIMPIA to nazwa stadionu, który w niedzielę przeradza się w huczący bazar tzw. „mydła  i powidła”. Jak nie wiesz, gdzie go szukać w wielkiej Warszawie– znajdź żyrafę (!) zespawaną z rur i złomu, stojącą za stacją benzynową, na rogu ul.Górczewskiej i Al. Prymasa Tysiąclecia i przejdź przez stoiska z ubraniami, owocami, warzywami, skręć w prawo i podążaj w stronę zadrzewionego placyku.</p>
<p><span id="more-1571"></span></p>
<h3>Kiełbaski, żyrandole i chałwa</h3>
<div id="attachment_1581" class="wp-caption alignleft" style="width: 280px"><img class="size-medium wp-image-1581" style="border: 1px solid black; margin: 5px 2px;" title="Samozwańczy fryzjer olimpijski; fot. Karolina Marcinkowska" src="http://ethnomuseum.pl/blog/wp-content/uploads/2009/09/fot-K-Marcinkowska-300x224.jpg" alt="Samozwańczy fryzjer olimpijski; fot. Karolina Marcinkowska" width="270" height="202" /><p class="wp-caption-text">Samozwańczy fryzjer olimpijski; fot. Karolina Marcinkowska</p></div>
<p>W dotarciu do celu pomogą ci dźwięki „swojskiej”, zalotnej muzyki biesiadnej i zapach smażących się na ruszcie kiełbasek, docierający z nieco ukrytego, ocienionego terenu. To tam wystawiają swoje towary weekendowi sprzedawcy. Można tam znaleźć – przy dużej dozie cierpliwości i zmyśle „archeologa-detektywa” – dosłownie wszystko: od śrubek po części starych komputerów, maski teatralne zapomnianych aktorów, zastawy stołowe po prababci, żyrandole z nieistniejących stacji kolejowych, przeterminowane chałwy, czasopisma „Poznaj Świat” z lat 50-tych. Ja wzruszam się szczególnie kiedy rozmawiam z dziadkiem – pomysłodawcą wiatraczków robionych z puszek po piwie – który sprzedaje z wielkim zaangażowaniem cudne urządzenia (z roczną gwarancją!) odstraszające krety i inne niepożądane stworzenia z ogródka (podobno w doniczkach kwiatków balkonowych także urządzenie to znakomicie spełnia swoją funkcję). Jak bardzo wiatraczki te przypominają mi torebki robione z kapsli po piwie kenijskim „Tusker”, muchy z drutu czy inne wyroby „recycling art” projektowane w Afryce!<br />
Klimat bazaru staroci na Olimpii (przez niektórych nazywany czule „bazarkiem śmieciowym” lub najczęściej po prostu „Olimpią”) to cudowne wprost połączenie XIX-sto wiecznego „gabinetu osobliwości”, strychu odkrytego po latach, złomowiska i swoistej kawiarni. Miejsce spotkań to osobliwe – przypomina rynki przedwojennych miasteczek, albo po prostu bramę podwórka typu „studnia”, gromadzącą stałych bywalców, gawędziarzy, sąsiadów, jak i przypadkowych przechodniów, gości, listonosza i mleczarza domokrążnego.</p>
<h3>Znawcy, pijaczyny i szelmy</h3>
<div id="attachment_1587" class="wp-caption alignleft" style="width: 280px"><img class="size-medium wp-image-1587" style="border: 1px solid black; margin: 5px 2px;" title="Który akordeon będzie grał najpiękniej?    fot. Karolina Marcinkowska " src="http://ethnomuseum.pl/blog/wp-content/uploads/2009/09/fot-K-Marcinkowska-1-300x224.jpg" alt="Który akordeon będzie grał najpiękniej? fot. Karolina Marcinkowska " width="270" height="202" /><p class="wp-caption-text">Panie, powiedz Pan który akordeon będzie grał najpiękniej?  fot. Karolina Marcinkowska </p></div>
<p>Ale klimat Olimpii tworzą ludzie; każdy podający się za wytrawnego znawcę sprzedawanych towarów, sprytnego handlarza a przy tym koleżeńskiego doradcę, co to „jeśli trzeba, to i ćwiarteczkę z klientem wypije”. Sprzedać to nie lada sztuka: trzeba „znać się na ludziach”, „wyczuć klienta” a przy okazji dać pole do popisu swojemu poczuciu humoru, wychowaniu, obyciu. Czasem łapię się na tym, że twarz dziadka śmiało zachwalającego podartą makatkę — czyli „antyk” (co to – nota bene — na pobliskim targu staroci na Kole „kosztowałby 100 razy więcej”) — przypomina mi do złudzenia sprytnego sprzedawcę handlarza postarzanych masek z Wagadugu, chaotycznej stolicy Burkina Faso…A makatka przechodzi magiczne przemiany: z „eleganckiego dywanu”, po „kapę na łóżko”  kończy — w przypadku gdy klient nie daje się przekonać — jako niezbędny „chodniczek dla pieska”. Sprzedawca doda jeszcze: „Taka ładna pani to i pewnie o pieska dbać musi! Kupić makatkę, to może i jeszcze coś w rączki piękne wpadnie!”. Komplement w stronę klienta to nie tylko autoreklama, ale i pretekst do obejrzenia stoiska – zawsze niepowtarzalnego, jedynego, oferującego najkorzystniejsze ceny. Będziemy za chwilę pouczeni — w wielkiej poufności i „na boczku” — że inni sprzedawcy to „szelmy”, „złodzieje” i „pijacy”. Ale bez nich Olimpia by nie istniała. To oczywiste nawet dla sprzedawcy, który nas o tym poinformował.</p>
<h3>„Szefowo klientko, towar u mnie smakowity, a cena, to żadna cena jest!”</h3>
<div id="attachment_1590" class="wp-caption alignleft" style="width: 280px"><img class="size-medium wp-image-1590" style="border: 1px solid black; margin: 5px 2px;" title="Na Olimpii kupić można wszystko; fot. Karolina Marcinkowska" src="http://ethnomuseum.pl/blog/wp-content/uploads/2009/09/fot-K-Marcinkowska-3-300x224.jpg" alt="Na Olimpii kupić można wszystko; fot. Karolina Marcinkowska" width="270" height="202" /><p class="wp-caption-text">Staniczki, majteczki w kropeczki i ploteczki w cieniu drzew; fot. Karolina Marcinkowska</p></div>
<p>Zachowanie handlarzy z Olimpii przywodzi mi na myśl wspomniane już we wstępie „stosunki zaczepne” (ang. „joking relationships”), opisywane przez afrykanistów nie tylko w odniesieniu do stosunków pokrewieństwa (a więc zachowania przyjmowanego m.in. w stosunku do teściowej) ale i w sytuacjach święta, odwrócenia norm zachowania. Zgodnie z hasłem wyczytanym w słowniku etnologicznym,  mogą wiązać się one z „poufałością, dokuczaniem, kpiną, wypowiedziami obscenicznymi, obelgami”.<br />
Na Olimpii postępowanie to wiąże się ze swobodą zachowania, ze ścisłym przestrzeganiem zasady „bycia sobą” i z nieugiętymi prawami handlu. Zgodnie z wypowiedziami stałych sprzedawców, dobre miejsce do sprzedaży „należy sobie wypracować, wywalczyć”, „nie dać się wygryźć”. Nie wystarczy przybyć wcześnie rano i zająć miejsce na stoisko, trzeba też zjednać sobie sąsiadów sprzedających, zagadać, dać się poznać. Znakiem sukcesu może być przydanie „ksywki”, specjalnego przezwiska z Olimpii, albo zaproszenie na kieliszek ulubionego trunku, bądź wręczenie symbolicznego prezentu. Może to być po prostu podzielenie się historią o zdobyciu cennych przedmiotów przeznaczonych na sprzedaż, czy jedną z wielu tzw. „historii z życia”, których na Olimpii nigdy nie brakuje.</p>
<div id="attachment_1623" class="wp-caption alignleft" style="width: 280px"><img class="size-medium wp-image-1623  " style="margin: 5px 2px; border: black 1px solid;" title="Sprzedawca &quot;Olimpijczyk&quot; na&nbsp;plotkach, a&nbsp;piesek pilnuje towaru; fot. Karolina Marcinkowska" src="http://ethnomuseum.pl/blog/wp-content/uploads/2009/09/Olimpia-300x224.jpg" alt="Sprzedawca &quot;Olimpijczyk&quot; na&nbsp;kiełbasce albo u&nbsp;sąsiada na&nbsp;plotkach, a&nbsp;piesek pilnuje towaru; fot. Karolina Marcinkowska" width="270" height="202" /><p class="wp-caption-text">Sprzedawca „Olimpijczyk” na browarku, a piesek pilnuje towaru; fot. Karolina Marcinkowska</p></div>
<p>Jednym słowem Olimpia to miejsce tętniące życiem, kolorami, zapachami, smakami, nowinkami, manierami i zachowaniami, których  pamięć mojego pokolenia już nie ogarnia, a których w dzisiejszym, frenetycznym, na wskroć praktycznym mieście — brak. To miejsce prawdziwe, odzwierciedlające równocześnie radość i smutek życia. Miejsce obowiązkowo-niedzielne, odświętne i nie banalne. Dla mnie – na wskroć warszawskie (a może już staroświecko-warszawskie?) i … bardzo afrykańskie!</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://ethnomuseum.pl/blog/2009/09/30/bazar-na-olimpii-100-warszawski-smaczek-afryki/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

