Archiwum autorskie - Magda Guziejko
brak zdjęciaLiczba artykułów: 15

Bądź na bieżąco - RSS
Liczba artykułów: 15
Raz do roku, na przełomie stycznia i lutego, wśród złotych piasków pustyni Thar, w Jaisalmerze, tuż u podnóży XII-wiecznego fortu, rozpoczyna się niezwykły festiwal. Pustynne przestrzenie niosą rytm bębnów, do którego śpiewane są pieśni o miłości, tęsknocie i waleczności, a mrok nocy rozbłyska nie tylko wielkimi lampami oświetlającymi scenę, ale też barwnymi strojami artystów i miedzianymi naczyniami z rozpalonym ogniem, które wirują wraz z nimi w tańcu. Desert Festival — Festiwal Pustyni. Przez trzy dni i trzy noce celebruje się kulturę wytworzoną przez ludzi żyjących na tych jakże trudnych terenach. Są to zarówno mieszkańcy Jaisalmeru, jak i ludy nomadyczne, chociażby Banjara, zwani indyjskimi Cyganami.
Trzy dni wypełnione są radosnymi konkursami: na Miss Pustyni, na najdłuższe wąsy, na najszybciej i najpiękniej zawiązany turban (wszak ten zarost i nakrycie głowy od wieków stanowią powód do dumy wśród mężczyzn Radżastanu, a uniesione w górę końcówki wąsów symbolizowały nienaruszony honor ich posiadacza). Wszystko to przeplatane targiem i wyścigami wielbłądów, występami kuglarzy i marionetkarzy. Noce natomiast poświęcone są tańcowi i muzyce. Miejscowi i przyjezdni rozsiadają się wokół sceny, by pod rozgwieżdżonym niebem, w otoczeniu wielkich, pustych przestrzeni oglądać niezwykłe, widowiskowe pokazy. Na podwyższeniu wirują tancerki w strojach wyszywanych lusterkami, które odbijają każdy promień światła, inne przedstawiają taniec chari — poruszają się bardziej statecznie, z gracją, by nie strącić z głowy naczynia z rozpalonym wewnątrz ogniem. Po nich na scenę wkraczają kobiety z plemienia Kalbelia, by pokazać taniec węża, w którym ich ciała zaskakują elegancką gibkością. Ukoronowaniem wieczoru staje się pokaz wykonywania wokół sceny obrotów na kolanach – trudnej sztuki, opanowanej przez niewielu, związanej ściśle z Radżastanem.
Festiwal kończy się w noc Purnimy – pełni księżyca, na piaszczystych wydmach poza miastem. Te trzy krótkie dni zostawiają jednak wrażenie, że oto było się świadkiem czegoś magicznego, że wieczory spędzone wśród muzyki i tańca z jednej strony pokazują i objaśniają tradycje Radżastanu, a z drugiej czynią go jeszcze bardziej tajemniczym, baśniowym i niezapomnianym.
Kategorie: vlog
Co roku, 24-go stycznia, boliwijskie La Paz zapełnia się sprzedawcami miniaturek. W zminimalizowanej wersji można dostać wszystko: od dzbanków i garnków, po dobry, markowy samochód. Wszystko maksymalnie kilkunastocentymetrowe. Tylko do czego może służyć taki nabytek?
Tak naprawdę do niczego; przedmioty mają bowiem znaczenie symboliczne: kupujący materializuje w ten sposób swoje marzenia i plany na nadchodzący rok, mając nadzieję, że dzięki wstawiennictwu bóstwa ajmara, Ekeko, staną się one rzeczywistością. Miał on jednak obficie darzyć ludzi dobrami nie tylko materialnymi, ale także duchowymi i fizycznymi. Stąd też maleńkie figurki dzieci dla pragnących potomstwa, czy amulety dla spragnionych miłości (w tym jednak przypadku, lepiej taki amulet dostać, niż kupić samemu).
Święto to, nazwane Alasitas, co w języku ajmara znaczy “kup mi”, trwa ponad dwa tygodnie i przyciąga do miasta ponad cztery tysiące rzemieślników i artystów, ale też rozmaitych firm, które mogą sprzedać swoje produkty w trakcie niekończącego się targu.
Jednak to pierwszy dzień jest najważniejszy. Wtedy właśnie, w samo południe, odbywa się rytuał ch’alla, czyli skropienie miniaturek alkoholem i okadzenie ich, połączone z modlitwą. W trakcie tej ceremonii mieszają się wpływy przedhiszpańskie i katolickie, niektórzy bowiem wzywają wstawiennictwa Ekeko, a inni Jezusa lub Matki Boskiej.
Maleńkie przedmioty trafiają potem do rąk dzieci, dla których do dziś stanowią nie lada atrakcję (niejedna mała dama urządziła sobie tak miejsce do zabawy w dom). Może to właśnie od nich i typowo dziecinnego nawoływania „Kup mi!” wzięła się nazwa święta?
Kategorie: Ameryka Południowa, Antropologia kultury, rok obrzędowy, Tradycja
Podczas w gdy w Polsce dla wielu osób święto Trzech Króli oznacza tylko wolne od pracy, w Meksyku jest to dzień niecierpliwie oczekiwany, zwłaszcza przez najmłodszych. Zgodnie bowiem z tradycją, która dotarła tam z Hiszpanii, prezentów nie rozdaje dzieciom brzuchaty pan w czerwonym kostiumie, zwany z angielska Santa Claus, a właśnie Reyes Magos – Magowie, którzy przybyli ze Wschodu. Stanowi to jasne nawiązanie do darów, które złożyli przed nowonarodzonym Jezusem: złoto symbolizowało jego królewską naturę, kadzidło – boską, a mirra miała przywodzić na myśl przyszłą męczeńską śmierć. Tak więc Trzej Mędrcy, którzy byli w stanie dostrzec prawdziwe przeznaczenie Dzieciątka leżącego na sianie, dziś potrafią odgadnąć ukryte pragnienia maluchów i dorosłych, by móc im przynieść trafione podarki.
Świętowanie rozpoczyna się wieczorem 5-go stycznia, kiedy to Kawalkada Królów Magów przechodzi przez miasto. W Hiszpanii w orszaku idą nie tylko Mędrcy jadący na swoich wielbłądach, ale i postaci spoza biblijnego kanonu, jak chociażby… Shrek czy Piotruś Pan. W Meksyku kawalkada pozostaje jednaj bardziej tradycyjna, ale nie mniej ciekawa. Królowie pozdrawiają wszystkich zebranych i hojnym gestem rzucają im cukierki lub inne słodycze. …
Czytaj całość »
Kategorie: Ameryka Południowa, rok obrzędowy, TradycjaW trakcie realizacji filmu dokumentalnego o kinie bollywoodzkim zarejestrowaliśmy również wątki dotyczące kuchni indyjskiej. Był to temat poboczny, ale na tyle interesujący z kulturoznawczego punktu widzenia, że obok filmu ‘właściwego’ powstał krótki materiał o tematyce kulinarnej. O jedzeniu, problemach z gulaszem na stole i współpracy z kucharzami z Indii opowiedziała nam w paru słowach pani Helena Gąsienica-Daniel, właścicielka hotelu, w którym zatrzymała się ekipa filmowa.
Autorzy filmu: Magda Guziejko, Mariusz Raniszewski, Patryk Pawlaczyk
Kategorie: vlog
„Na tym wzgórzu postawcie mi świątynię… Będę tam, zawsze gotowa by wysłuchać waszego płaczu, waszych smutków, by uleczyć z wszelkich trosk, każdego bólu, cierpienia…”
Gdy biedny Indianin, ochrzczony hiszpańskim imieniem Juan Diego, ujrzał Matkę Boską na wzgórzu Tepeyac, nie mógł przypuszczać, że oto właśnie rodzi się kult, który przetrwa setki lat i stanie się nieodłączną częścią meksykańskiej tożsamości kulturowej i religijnej. Według legendy, gdy ówczesny biskup nie chciał uwierzyć w jego wizje, Matka Boska sprawiła cud: na wzgórzu w środku zimy rozkwitły róże, które Juan Diego miał zebrać do swojego płaszcza i zanieść do siedziby władz kościelnych. Gdy rozsypał je przed zaskoczonym biskupem okazało się, że kwiaty zostawiły na płaszczu nie tylko swój zapach, ale i obraz objawiającej mu się Świętej Panienki. Miało to miejsce 12 grudnia 1531 roku, w dniu, który do dziś pozostaje świętem Matki Boskiej z Guadalupe, Patronki Meksyku i Cesarzowej Ameryk. …
Czytaj całość »
Kategorie: Antropologia kultury, Matka Boska, rok obrzędowyFlamenco… Były czasy, gdy była to muzyka ‘wyrzutków i marginesu społecznego’ lub ‘ludowy przeżytek’, obecnie natomiast jest to ceniona forma wyrazu artystycznego nieodłącznie kojarzona z Cyganami i Hiszpanią. Jednak jej pochodzenie do dziś pozostaje tajemnicą. Teorii jest co najmniej kilka: jedna mówi o wyraźnych korzeniach arabskich, inna o pieśniach Żydów wyrzuconych z Al-Andalus, kolejna o Romach niewiadomej proweniencji. Istnieje też wersja, która mówi o jej indyjskich źródłach…
Według tej teorii około XI wieku tysiące mieszkańców północnych Indii, przede wszystkim przedstawicieli najbiedniejszych i zmarginalizowanych warstw tamtejszego społeczeństwa, porzuciło swoją ojczyznę i wyruszyło przed siebie w poszukiwaniu lepszego jutra. Ludzie ci to praprzodkowie dzisiejszych Romów, a dowodem na to mogłyby być podobieństwa pomiędzy językiem romani a sanskrytem i pendżabskim.
Jest jednak jeszcze jeden znaczący ślad – wyraźny związek pomiędzy tańcem flamenco a klasycznym stylem indyjskim kathak. Oba tańce, wykonywane na ogół solowo, opierają się mocno na rytmie podkreślanym przez artystę: we flamenco służy do tego stukot obcasów oraz klaskanie w dłonie, w kathaku na kostki tancerza lub tancerki zakładane są ghoongroo – skórzane bransolety z przymocowanymi w rzędach dzwoneczkami. Niektórzy pokusili się nawet o stwierdzenie, że współczesne hiszpańskie kastaniety mogą być pochodną indyjskiego instrumentu zwanego kartal – zbudowanego z drewnianych bloczków drewna z wstawionymi pomiędzy nie małymi metalowymi talerzami — który służy do nadawania rytmu melodii. Kathak swoimi miękkimi i płynnymi gestami stara się opowiedzieć widzowi znaną historię lub legendę. Romskie flamenco to natomiast przekaz pełen ekspresji, który skupia się na stworzeniu więzi emocjonalnej pomiędzy widownią a wykonawcą. Znaczenie gestów nie jest skodyfikowane, mają one służyć podkreśleniu przeżyć tancerza: cierpienia, radości, smutku, tęsknoty.
Z powyższą teorią można się zgadzać lub nie, nie da się jednak ukryć, że same ruchy, choć wykonywane z różną ekspresją, są w obu tańcach bardzo podobne…
http://www.youtube.com/watch?v=EWJHYoVdshg&feature=related
http://www.youtube.com/watch?v=FoNjpIezVVQ
http://www.youtube.com/watch?v=v76aUtOb8Ow&feature=related
Kategorie: Antropologia kultury, muzyka, taniec
„Dla mieszkańca Nowego Jorku, Paryża czy Londynu śmierć to słowo, którego nigdy nie wymawia, które nie może mu przejść przez usta. Meksykanin natomiast drwi ze śmierci, pieści ją, celebruje, śpi z nią, jest ona jedną z jego ulubionych zabawek i jego niezmienną miłością. (…) Śmierć jest obecna w naszych fiestach, naszych zabawach, miłościach i myślach. Czaszki z cukru czy też z wycinanki, kolorowe szkielety ze sztucznych ogni, nasze ludowe sposoby jej przedstawiania są zawsze drwiną z życia, afirmacją marności i ulotności ludzkiej egzystencji”.
Octavo Paz „Labirynt samotności”
Czy może być lepszy opis tego, czym jest Dzień Zmarłych w Meksyku? Okres przygotowania do tego święta i ono samo pozwalają oswoić się z przemijaniem i wierzyć, że człowiek nigdy nie odchodzi do końca. Powraca raz do roku na ziemię, by spotkać się z rodziną i przyjaciółmi, żeby móc znów przez chwilę cieszyć się ich towarzystwem oraz przyziemnymi przyjemnościami, takimi jak jadło, napitek i muzyka. …
Czytaj całość »
Kategorie: Ameryka Południowa, Antropologia kultury, rok obrzędowy, Tradycja
W Ameryce nie tylko dania i rozmiary ubrań są extra large, rozmachu nabierają też pozostałe aspekty życia, jak chociażby uroczystości. Stąd też wspomniana w poprzednim wpisie quinceañera jest w Stanach zjawiskiem niezwykle ciekawym: stanowi mieszankę tradycji z różnych krajów latynoskich połączoną z północnoamerykańskim umiłowaniem do przesady i popkultury.
Quinceañerę przywieźli ze sobą imigranci z klasy średniej. Pierwszą oznaką zmian był kolor: sukienka jubilatki mogła być skromna lub przypominać strój księżniczki z bajek, zgodnie z tradycją powinna mieć jednak kolor różowy (dlatego też uroczystość nazywano „la fiesta rosa”). O takie było jednak trudno, więc nastolatki znalazły produkt najbliższy temu poszukiwanemu: suknie ślubne. Krój był idealny, wystarczyło odciąć tren, a tradycyjny kolor został powoli zastąpiony bielą symbolizującą niewinność. Dlatego też na pierwszy rzut oka niekiedy trudno odróżnić czy mamy do czynienia z piętnastolatką prowadzoną do ołtarza w kościele przez swojego honorowego szambelana, czy z panną młodą idącą do ślubu. …
Czytaj całość »
Kategorie: Ameryka Południowa, Antropologia kultury, Tradycja
W dniu osiemnastych urodzin zostajemy wszem i wobec uznani za ludzi dorosłych, co pociąga za sobą bardzo konkretne prawa i obowiązki: możemy głosować, pić i palić, ale za swoje postępowanie możemy też odpowiedzieć przed sądem. Jaki więc ma sens quinceañera, hucznie obchodzone piętnaste urodziny dziewczyn z latynoskich rodzin, które w tym szczególnym dniu nie uzyskują żadnego z powyższych?
Ślady tej fiesty (quinceañera określa zarówno jubilatkę jak i samą uroczystość) odnajdujemy już w okresie prekolumbijskim, kiedy to matka udzielała wskazówki swojej wchodzącej wkrótce w małżeńskie życie córce (w tekście przytaczanym przez brata Bernardino de Sahagúna widać, jak mało zmieniają się matki: chodź skromnie ubrana, żeby nie pomyślano, że się stroisz, ale też nie ZA skromnie, żeby nikt nie pomyślał, że jesteś biedna, etc.). Później nastąpiło powolne mieszanie się kultur i wpływów, wraz z kolonizatorami do Ameryki dotarły dworskie przyjęcia i bale debiutantek, a efektem tego jest właśnie współczesna quinceañera. …
Czytaj całość »
Kategorie: Ameryka Południowa, Antropologia kultury, Tradycja
Tego, że nasz sposób pojmowania i wyrażania wiary potrafi się diametralnie różnić, nie muszę nikomu wyjaśniać. Są jednak rzeczy, które w Polsce zapewne zostałyby uznane za świętokradztwo, a Ameryce tymczasem…
W lipcu w Cracôlandii, dzielnicy São Paulo znanej z obecności narkomanów i prostytutek stanęła figura Nossa Senhora do Crack, czyli Matki Boskiej od Kraku. Co niezwykłe, przeciwko takiemu przydomkowi stanęli właśnie ci stali bywalcy okolicy, gdyż… uznali, że to grzech nazywać w ten sposób Maryję. W środowisku kościelnym wywołała ona polemikę, natomiast sam arcybiskup São Paulo, Odilo Pedro Scherer zamieścił wpis na Twisterze (sic!): „Matko Boska od Kraku, módl się za nimi. I za nami wszystkimi”. …
Czytaj całość »
Kategorie: Ameryka Południowa, Antropologia kultury, Matka Boska, rok obrzędowy, sztuka ludowa, Tradycja