Beta

Bądź na bieżąco - RSS

Archiwum kategorii „Antropologia kultury”

ALASITAS

27 stycznia 2012 | | Brak komentarzy

Co roku, 24-go stycz­nia, boli­wij­skie La Paz zapeł­nia się sprze­daw­cami minia­tu­rek. W zmi­ni­ma­li­zo­wa­nej wer­sji można dostać wszystko: od dzban­ków i garn­ków, po dobry, mar­kowy samo­chód. Wszystko mak­sy­mal­nie kil­ku­na­sto­cen­ty­me­trowe. Tylko do czego może słu­żyć taki nabytek?

Tak naprawdę do niczego; przed­mioty mają bowiem zna­cze­nie sym­bo­liczne: kupu­jący mate­ria­li­zuje w ten spo­sób swoje marze­nia i plany na nad­cho­dzący rok, mając nadzieję, że dzięki wsta­wien­nic­twu bóstwa ajmara, Ekeko, staną się one rze­czy­wi­sto­ścią. Miał on jed­nak obfi­cie darzyć ludzi dobrami nie tylko mate­rial­nymi, ale także ducho­wymi i fizycz­nymi. Stąd też maleń­kie figurki dzieci dla pra­gną­cych potom­stwa, czy amu­lety dla spra­gnio­nych miło­ści (w tym jed­nak przy­padku, lepiej taki amu­let dostać, niż kupić samemu).

Święto to, nazwane Ala­si­tas, co w języku ajmara zna­czy “kup mi”, trwa ponad dwa tygo­dnie i przy­ciąga do mia­sta ponad cztery tysiące rze­mieśl­ni­ków i arty­stów, ale też roz­ma­itych firm, które mogą sprze­dać swoje pro­dukty w trak­cie nie­koń­czą­cego się targu.

Jed­nak to pierw­szy dzień jest naj­waż­niej­szy. Wtedy wła­śnie, w samo połu­dnie, odbywa się rytuał ch’alla, czyli skro­pie­nie minia­tu­rek alko­ho­lem i oka­dze­nie ich, połą­czone z modli­twą. W trak­cie tej cere­mo­nii mie­szają się wpływy przed­hisz­pań­skie i kato­lic­kie, nie­któ­rzy bowiem wzy­wają wsta­wien­nic­twa Ekeko, a inni Jezusa lub Matki Boskiej.

Maleń­kie przed­mioty tra­fiają potem do rąk dzieci, dla któ­rych do dziś sta­no­wią nie lada atrak­cję (nie­jedna mała dama urzą­dziła sobie tak miej­sce do zabawy w dom). Może to wła­śnie od nich i typowo dzie­cin­nego nawo­ły­wa­nia „Kup mi!” wzięła się nazwa święta?

Kategorie: Ameryka Południowa, Antropologia kultury, rok obrzędowy, Tradycja
Tagi: , ,

Co robi etnolog na spektaklu, czyli do trzech razy sztuka.

27 grudnia 2011 | | 2 komentarze

Gdyby kto­kol­wiek miał  sko­men­to­wać sytu­ację, w jakiej ostat­nio zna­lazł się etno­log, to w zależ­no­ści od punktu widze­nia jedni powie­dzie­liby zazdro­śnie: — Ależ tra­fiła mu się gratka, inni zaś zarzu­ci­liby mu sno­bizm, a jesz­cze kolejni zapy­ta­liby: — Co? Na kim byłeś? A etno­log powie­działby — że pierwsi i dru­dzy mają rację, a i pozo­sta­łych też rozu­mie. Otóż był on na pre­mie­rze „Opo­wie­ści afry­kań­skich według Szekspira”.

Prawdę mówiąc nie powi­nie­nem tu strzę­pić języka nad „koń­cem” War­li­kow­skiego, nad wyczer­pa­niem się przez niego obra­nej kon­wen­cji. Wzmaga to tylko zain­te­re­so­wa­nie sztuką, która  nie jest tego warta. Ale zro­bię to, ponie­waż spek­takl jest nie tylko wyda­rze­niem kul­tu­ral­nym i pro­duk­tem z rynku usług kul­tu­ral­nych zaspo­ka­ja­ją­cym sno­bi­styczne zachcianki egzal­to­wa­nej publicz­no­ści. Spek­takl domaga się komen­ta­rza. Ma on prze­cież wyraz głęb­szy. Każdy by się obru­szył gdyby trak­to­wać przed­sta­wie­nie tylko jako event (a trwa na tyle długo, że zin­te­gro­wać można nie­jedną grupę)… A jaki głęb­szy wyraz miał dla etno­loga, to zaraz opowiem.

Nim jed­nak przejdę do clue nar­ra­cji, oddam War­li­kow­skiemu co war­li­kow­skie. Rze­czy­wi­ście w hie­rar­chii wyda­rzeń kul­tu­ral­nych pre­miera „Opo­wie­ści afry­kań­skich…”, rów­nać się może z Euro 2012 w skali wido­wi­ska spor­to­wego, oczy­wi­ście dla okre­ślo­nego odbiorcy: jest marka, jest pro­fe­sjo­na­lizm, jest jakość, jest warsz­tat, jest ban­kiet, jest świa­tek. Są tak ważne dla reży­sera emo­cje, tematy, świetna aktor­ska gra. Sło­wem jest wszystko czego po War­li­kow­skim mogli­by­śmy się spo­dzie­wać. Czego więc brakuje?

(A)pollonia, Koniec, Opo­wie­ści w War­sza­wie to …: trzy akty, trzy stu­dia, trzy zarwane noce, jedna sce­no­gra­fia, to samo oświe­tle­nie, te same spo­soby wyko­rzy­sta­nia mul­ti­me­diów, ten sam brak jakiej­kol­wiek logiki i sensu. Ale „(A)pollonię” i wiesz­czy „Koniec-Warlikowskiego”(choć pełen podziwu jestem, że można wła­sny koniec tak wypro­mo­wać, oczy­wi­ście poza kon­ku­ren­cją jest koniec świata) zostawmy na boku, przyj­rzyjmy się tylko „Opo­wie­ściom…”.

Czy­taj całość »

Kategorie: Antropologia kultury, EtnoWarszawa, Warszawa, życie miasta
Tagi: , , ,

Na tym wzgórzu postawcie mi świątynię…

15 grudnia 2011 | | Brak komentarzy

Na tym wzgó­rzu postaw­cie mi świą­ty­nię… Będę tam, zawsze gotowa by wysłu­chać waszego pła­czu, waszych smut­ków, by ule­czyć z wszel­kich trosk, każ­dego bólu, cierpienia…”

 

Gdy biedny India­nin, ochrzczony hisz­pań­skim imie­niem Juan Diego, ujrzał Matkę Boską na wzgó­rzu Tepeyac, nie mógł przy­pusz­czać, że oto wła­śnie rodzi się kult, który prze­trwa setki lat i sta­nie się nie­od­łączną czę­ścią mek­sy­kań­skiej toż­sa­mo­ści kul­tu­ro­wej i reli­gij­nej. Według legendy, gdy ówcze­sny biskup nie chciał uwie­rzyć w jego wizje, Matka Boska spra­wiła cud: na wzgó­rzu w środku zimy roz­kwi­tły róże, które Juan Diego miał zebrać do swo­jego płasz­cza i zanieść do sie­dziby władz kościel­nych. Gdy roz­sy­pał je przed zasko­czo­nym bisku­pem oka­zało się, że kwiaty zosta­wiły na płasz­czu nie tylko swój zapach, ale i obraz obja­wia­ją­cej mu się Świę­tej Panienki. Miało to miej­sce 12 grud­nia 1531 roku, w dniu, który do dziś pozo­staje świę­tem Matki Boskiej z Guada­lupe, Patronki Mek­syku i Cesa­rzo­wej Ame­ryk.

Czy­taj całość »

Kategorie: Antropologia kultury, Matka Boska, rok obrzędowy
Tagi: ,

Kathak, czyli gdzie sięgają korzenie flamenco

29 listopada 2011 | | Brak komentarzy

Fla­menco… Były czasy, gdy była to muzyka ‘wyrzut­ków i mar­gi­nesu spo­łecz­nego’ lub ‘ludowy prze­ży­tek’, obec­nie nato­miast jest to ceniona forma wyrazu arty­stycz­nego nie­od­łącz­nie koja­rzona z Cyga­nami i Hisz­pa­nią. Jed­nak jej pocho­dze­nie do dziś pozo­staje tajem­nicą. Teo­rii jest co naj­mniej kilka: jedna mówi o wyraź­nych korze­niach arab­skich, inna o pie­śniach Żydów wyrzu­co­nych z Al-Andalus, kolejna o Romach nie­wia­do­mej pro­we­nien­cji. Ist­nieje też wer­sja, która mówi o jej indyj­skich źródłach…

Według tej teo­rii około XI wieku tysiące miesz­kań­ców pół­noc­nych Indii, przede wszyst­kim przed­sta­wi­cieli naj­bied­niej­szych i zmar­gi­na­li­zo­wa­nych warstw tam­tej­szego spo­łe­czeń­stwa, porzu­ciło swoją ojczy­znę i wyru­szyło przed sie­bie w poszu­ki­wa­niu lep­szego jutra. Ludzie ci to pra­przod­ko­wie dzi­siej­szych Romów, a dowo­dem na to mogłyby być podo­bień­stwa pomię­dzy języ­kiem romani a san­skry­tem i pendżabskim.

Jest jed­nak jesz­cze jeden zna­czący ślad – wyraźny zwią­zek pomię­dzy tań­cem fla­menco a kla­sycz­nym sty­lem indyj­skim kathak. Oba tańce, wyko­ny­wane na ogół solowo, opie­rają się mocno na ryt­mie pod­kre­śla­nym przez arty­stę: we fla­menco służy do tego stu­kot obca­sów oraz kla­ska­nie w dło­nie, w kathaku na kostki tan­ce­rza lub tan­cerki zakła­dane są gho­on­groo – skó­rzane bran­so­lety z przy­mo­co­wa­nymi w rzę­dach dzwo­necz­kami. Nie­któ­rzy poku­sili się nawet o stwier­dze­nie, że współ­cze­sne hisz­pań­skie kasta­niety mogą być pochodną indyj­skiego instru­mentu zwa­nego kar­tal – zbu­do­wa­nego z drew­nia­nych blocz­ków drewna z wsta­wio­nymi pomię­dzy nie małymi meta­lo­wymi tale­rzami — który służy do nada­wa­nia rytmu melo­dii. Kathak swo­imi mięk­kimi i płyn­nymi gestami stara się opo­wie­dzieć widzowi znaną histo­rię lub legendę. Rom­skie fla­menco to nato­miast prze­kaz pełen eks­pre­sji, który sku­pia się na stwo­rze­niu więzi emo­cjo­nal­nej pomię­dzy widow­nią a wyko­nawcą. Zna­cze­nie gestów nie jest sko­dy­fi­ko­wane, mają one słu­żyć pod­kre­śle­niu prze­żyć tan­ce­rza: cier­pie­nia, rado­ści, smutku, tęsknoty.

Z powyż­szą teo­rią można się zga­dzać lub nie, nie da się jed­nak ukryć, że same ruchy, choć wyko­ny­wane z różną eks­pre­sją, są w obu tań­cach bar­dzo podobne…

 

http://www.youtube.com/watch?v=EWJHYoVdshg&feature=related

http://www.youtube.com/watch?v=FoNjpIezVVQ

http://www.youtube.com/watch?v=v76aUtOb8Ow&feature=related

 

Kategorie: Antropologia kultury, muzyka, taniec
Tagi: , , ,

Res musealiae: Krzyże z żelaza

Naj­prost­sze w for­mie – kute z dwóch pasów metalu łączo­nych ze sobą nitem (rza­dziej zgrze­wa­nych)[1]; małe „z surowca jaki się nada­rzył, z wszel­kiego rodzaju ścin­ków i odpad­ków”[2], duże, o impo­nu­ją­cych wymia­rach – ze spe­cjal­nych sztab, jakich uży­wano do wyrobu osi u wozów, zaty­kane na szczy­cie domu, bramy cmen­tar­nej, wbi­jane w wierz­cho­łek drew­nia­nego krzyża, wień­czące kapliczki – wyku­wane ze sztab, szta­bek, sztyw­nych prę­tów o prze­kroju okrą­głym lub kwa­dra­to­wym, for­mo­wane z drutu jako ple­cionki, i z taśmy; przy­bi­jane do desek w szczy­cie budynku miesz­kal­nego – z pła­tów roz­kle­pa­nego pła­sko­wnika lub goto­wej bla­chy; póź­niej­sze z fabrycz­nych kwa­dra­to­wych prę­tów i powo­jenne z rur i kątow­ni­ków – krzyże z żelaza. Zależ­nie od prze­zna­cze­nia, wyko­ny­wane z zasto­so­wa­niem okre­ślo­nego mate­riału i okre­ślo­nej kowal­skiej obróbki, co decy­do­wało zasad­ni­czo o ich for­mie pla­stycz­nej: zakoń­cze­nia ramion z kutymi moty­wami liści, kwia­tów lilii, krzy­ży­ków, pół­księ­ży­ców, trój­ką­tów, tra­pe­zów, pro­sto­ką­tów, miej­sce krzy­żo­wa­nia ramion pod­kre­ślone peł­nymi, bądź ażu­ro­wymi wyobra­ża­ją­cymi słońce kół­kami, z inskryp­cją „IHS”; pro­mie­niami pro­stymi, fali­stymi lub fan­ta­zyj­nie wygię­tymi – poje­dyn­czymi, podwój­nymi, potrój­nymi. Na głów­nym ramie­niu poja­wiały się: sym­bo­liczny pół­księ­życ, gwiazdy (jako zwy­cię­stwo nad pogań­stwem), cho­rą­giewka z datą i kogut, peł­niące nie­kiedy funk­cje wia­trow­ska­zów. Krzyże pra­wo­sławne wyróż­niała uko­śna belka. Wystę­po­wały dwa typy krzyży: samo­istne (do 5 m wyso­ko­ści licząc wraz z kamienną pod­stawą i ok. 1,5 m sze­ro­ko­ści) i figury uzu­peł­nia­jące, wystę­pu­jące jako zwień­cze­nia krzyży drew­nia­nych, kapli­czek, bram cmen­tar­nych, szczy­tów budyn­ków miesz­kal­nych (40–70 cm wyso­ko­ści i 20–50 cm szerokości).

Okres naj­lep­szej passy dla wyro­bów kowal­skich, nie tylko krzyży, to koniec wieku XIX, kiedy to poja­wiła się na wsi w dużym wybo­rze – stal prze­my­słowa i zaczął się popyt na wyroby kowal­skie. W wymia­rze pracy – żelazo ozna­czało trwal­sze, bar­dziej funk­cjo­nalne narzę­dzia i sprzęt gospo­dar­ski, w wymia­rze este­tycz­nym – stało się nową, nie wystę­pu­jącą do tej pory na wsi mate­rią, któ­rej walory zostały dostrze­żone i wyko­rzy­stane. Krzyże zaświad­czają, jak różne było poczu­cie este­tyki miesz­kań­ców wsi, nie tylko w potocz­nym rozu­mie­niu „kiczo­wate”, złak­nione bra­ku­ją­cych w codzien­nym, znoj­nym życiu świą­tecz­nych kolo­rów, ale także ceniące mini­ma­lizm, szla­chet­ność mate­riału, walor pro­stej lub wyszu­ka­nej, ale cały czas dosko­na­łej formy. Ta sztuka miała swo­ich twór­ców i odbior­ców, a sądząc po popu­lar­no­ści było ich cał­kiem wielu. Wizu­alna pre­zen­ta­cja krzyży była głę­boko prze­my­ślaną inten­cją. Na tle czy­stego nieba krzyż sta­no­wił mocny, oddzia­łu­jący eks­pre­syj­nie punkt. W tere­nie cze­ka­ją­cych na koro­zję i zapo­mnie­nie krzyży, pozo­stało nie­wiele. W muze­ach nie da się w pełni podzi­wiać tego efektu, który miały two­rzyć wraz ze sferą nie­bie­ską, ale możemy podzi­wiać ich wyszu­kane formy (wystawa stała w PME „Ręko­dzieło i rze­mio­sło ludowe”). Krzyże żela­zne wystę­po­wały w całej Pol­sce, ale naj­wię­cej było ich we wschod­nim pasie, na Pod­la­siu i z tych tere­nów oraz z rejonu Kur­piów pocho­dzą w więk­szo­ści krzyże z kolek­cji PME (96 krzyży kowalskich).

Może przy oka­zji pierw­szo­li­sto­pa­do­wych wyjaz­dów w różne strony Pol­ski uda się jesz­cze natra­fić w tere­nie wykuty z żelaza krzyż, na roz­staju dróg, przy dro­dze, na cmen­ta­rzu… po to by móc w pełni podzi­wiać efekty for­malne: kon­trast meta­licz­nej czerni krzyża z błę­ki­tem nieba, świe­tli­stość stali odbi­ja­ją­cej słońce, przej­rzy­stość ażuru, lek­kość syl­wetki, dopa­so­wa­nie mate­riału do formy, współ­gra­nie mate­rii z duchem…



[1] Woj­ciech Kowal­czuk, 1992, Krzyże  kowal­skie na Pod­la­siu, Bia­ły­stok: Muzeum Okrę­gowe w Białymstoku

[2] Jacek Olędzki, 1961, Arty­styczna twór­czość kowal­ska na tere­nie kur­piow­skiej Pusz­czy Zie­lo­nej od końca XIX w. do I wojny świa­to­wej [w:] Pol­ska sztuka Ludowa, nr 4

Kategorie: Antropologia kultury, badania terenowe, eksponaty, Muzealia, rok obrzędowy, sztuka ludowa, Tradycja
Tagi: , , , ,

Co robi Etnolog na konferencji?

9 listopada 2011 | | Brak komentarzy

…Przy­szedł przy­słu­chać się poważ­nym refe­ra­tom, ponu­dzić się tro­chę, napić dar­mo­wej kawy, cza­sem zachwy­cić świe­żo­ścią czy­je­goś spoj­rze­nia na rzecz dla niego zupeł­nie oczy­wi­stą. Przy­szedł rów­nież z obo­wiązku. Jeśli chce być etno­lo­giem musi cza­sem poka­zać się w towa­rzy­stwie innych etno­lo­gów. Chciałby też coś powie­dzieć, ale …liczy, że w nie­du­żym stop­niu powie, to co powie­dziane.

Czy­taj całość »

Kategorie: Antropologia kultury, Historia, muzeum, sztuka ludowa, wydarzenia, wystawy
Tagi: , , ,

Ze śmiercią trzeba się zaprzyjaźnić

5 listopada 2011 | | Brak komentarzy

Dla miesz­kańca Nowego Jorku, Paryża czy Lon­dynu śmierć to słowo, któ­rego nigdy nie wyma­wia, które nie może mu przejść przez usta. Mek­sy­ka­nin nato­miast drwi ze śmierci, pie­ści ją, cele­bruje, śpi z nią, jest ona jedną z jego ulu­bio­nych zaba­wek i jego nie­zmienną miło­ścią. (…) Śmierć jest obecna w naszych fie­stach, naszych zaba­wach, miło­ściach i myślach. Czaszki z cukru czy też z wyci­nanki, kolo­rowe szkie­lety ze sztucz­nych ogni, nasze ludowe spo­soby jej przed­sta­wia­nia są zawsze drwiną z życia, afir­ma­cją mar­no­ści i ulot­no­ści ludz­kiej egzystencji”.

Octavo Paz „Labi­rynt samotności”

Czy może być lep­szy opis tego, czym jest Dzień Zmar­łych w Mek­syku? Okres przy­go­to­wa­nia do tego święta i ono samo pozwa­lają oswoić się z prze­mi­ja­niem i wie­rzyć, że czło­wiek nigdy nie odcho­dzi do końca. Powraca raz do roku na zie­mię, by spo­tkać się z rodziną i przy­ja­ciółmi, żeby móc znów przez chwilę cie­szyć się ich towa­rzy­stwem oraz przy­ziem­nymi przy­jem­no­ściami, takimi jak jadło, napi­tek i muzyka.

Czy­taj całość »

Kategorie: Ameryka Południowa, Antropologia kultury, rok obrzędowy, Tradycja
Tagi: , , ,

Styl zakopiański — żywy i muzealny

Minęło ponad 100 lat od wybu­do­wa­nia willi Koliba dla Zyg­munta Gna­tow­skiego w roku 1896, (obec­nie sie­dziby Muzeum Stylu Zako­piań­skiego, filii Muzeum Tatrzań­skiego w Zako­pa­nem), która uwa­żana jest jako pier­wo­wzór stylu zako­piań­skiego, stylu stwo­rzo­nego przez Sta­ni­sława Wit­kie­wi­cza, który stał się ewe­ne­men­tem w skali Pol­ski i Europy. Nie da się pomi­nąć kon­tek­stu jego powsta­nia i całej otoczki która mu towa­rzy­szyła. Zbie­giem oko­licz­no­ści zwią­za­nych z kli­ma­tycz­nymi wła­ści­wo­ściami Zako­pa­nego, pod koniec XIX wieku przy­była do Zako­pa­nego ple­jada arty­stów, inte­lek­tu­ali­stów, elity pol­skiej inte­li­gen­cji (m.in. Sta­ni­sław Wit­kie­wicz, Wła­dy­sław Matla­kow­ski, Sta­ni­sław Bara­basz, Rafał Mal­czew­ski, Karol Stry­jeń­ski oraz wielu innych), któ­rzy w gór­skim kli­ma­cie szu­kali ratunku dla nad­wą­tlo­nego zdro­wia.

Czy­taj całość »

Kategorie: Antropologia kultury, eksponaty, Muzealia, sztuka ludowa, Tradycja
Tagi: , , , , ,

Etno-notatki z podmiejskiej chatki. Cztery pogrzeby i jedno wesele.

30 października 2011 | | Brak komentarzy

Gdy miesz­ka­łam w mie­ście, na co dzień zwra­cały moją  raczej śluby niż pogrzeby , gdy korzy­sta­jąc z week­endu prze­miesz­cza­łam się Trak­tem Kró­lew­skim: w dro­dze na spo­tka­nie rodzinne czy tzw. Wyj­ście Kul­tu­ralne działo się przy­godne pod­gląd­nie stro­jów pań­stwa mło­dych , przy­stro­jo­nych doro­żek, pozo­wa­nia fra­ków i kape­lu­szy przed Wizyt­kami  czy św. Krzy­żem.  Pogrzeby miej­skie –jeśli nie na szcze­blu pań­stwo­wym trans­mi­to­wane wtedy w TV– były raczej sku­pione w swym kame­ral­nym żalu rodzin­nym. Prze­ży­wały swój obrzą­dek na Wól­kach, Bród­nach, Powąz­kach, cen­trum mia­sta zosta­wia­jąc zwy­kłemu pośpie­chowi prze­chod­niów i feeri reklam gwa­ran­tu­ją­cych jakże inny rodzaj szczę­śli­wo­ści niż ten pozaziemski.

Tym­cza­sem cen­trum małej miej­sco­wo­ści sta­nowi zazwy­czaj kościół, zatem i pogrzeb dzieje się w cen­trum – w cen­trum dnia, cen­trum życia każ­dego, kto aku­rat będzie miał spo­tka­nie z Rytu­ałem. Pogrzeb pod­miej­ski to  wstrzy­ma­nie ruchu, współ­uczest­nic­two natych­mia­stowe, ludzie na pro­gach skle­pów, na bal­ko­nach,  twój momenty pauzy, bo przej­ście na pobli­ski cmen­tarz głów­nymi uli­cami blo­kuje ruch z rynku i stoi się na skwe­rze z fon­tanną – tro­chę bez­rad­nie poda­jąc swoją współ­czu­jącą postawę  wycho­dzą­cym z kościoła. Nie spo­sób się nie zatrzy­mać, nie spo­sób nie uczest­ni­czyć. Nekro­logi w małym mia­steczku są wszę­dzie: na drze­wach, pło­tach, a w oko­licy zamiesz­ka­nia Zmar­łego nastę­puje ich kumu­la­cja, tak że kolejne  nazwi­ska wpa­dają w pamięć i ma się wra­że­nie swo­istej zadzierz­gnię­tej zna­jo­mo­ści z Tym, któ­rego będą nie­długo żegnać jego praw­dziwi bli­scy.

Czy­taj całość »

Kategorie: Antropologia kultury, Etno-notatki z podmiejskiej chatki
Tagi: , , ,

Papel Picado: szczęśliwa śmierć z meksykańskich wycinanek

26 października 2011 | | Brak komentarzy

Papel picado to w dosłow­nym tłu­ma­cze­niu papier per­fo­ro­wany.  W potocz­nym rozu­mie­niu to deko­ra­cyjna wyci­nanka, która towa­rzy­szy Mek­sy­ka­nom w cele­bro­wa­niu licz­nych świąt rodzin­nych i reli­gij­nych, w szcze­gól­no­ści Święta Zmar­łych – Dia de los Muer­tosPapel picado to wizu­alne znaki nad­cho­dzą­cej fie­sty, mek­sy­kań­skiej eks­pre­sji oraz współ­ist­nie­nia życia i śmierci. Papel picado zdo­bią ulice, progi domów, wnę­trza miesz­kań i domowe ołta­rzyki. Wyko­nane z deli­kat­nego papieru, nie­za­leż­nie od warun­ków atmos­fe­rycz­nych, powie­wają na wie­trze wyzna­cza­jąc czas świętowania.

Papel picado to efe­me­ryczna sztuka poja­wia­jąca się i zni­ka­jąca w naj­róż­niej­szych kolo­rach w zależ­no­ści od rodzaju cele­bro­wa­nych uro­czy­sto­ści. Poszcze­gólne kolory przy­pi­sane są do kon­kret­nych świąt. Odcie­nie fio­letu poja­wiają się pod­czas Wiel­ka­nocy,  kolory tęczy z oka­zji Bożego Naro­dze­nia. Czer­wony, biały i zie­lony, jako kolory flagi mek­sy­kań­skiej, domi­nują 16 wrze­śnia w Święto Nie­pod­le­gło­ści i  w dniu patronki Mek­syku, Matki Boskiej z Guada­lupe.

Czy­taj całość »

Kategorie: Ameryka Południowa, Antropologia kultury, rok obrzędowy, Tradycja, wycinanka
Tagi: ,