ALASITAS
Co roku, 24-go stycznia, boliwijskie La Paz zapełnia się sprzedawcami miniaturek. W zminimalizowanej wersji można dostać wszystko: od dzbanków i garnków, po dobry, markowy samochód. Wszystko maksymalnie kilkunastocentymetrowe. Tylko do czego może służyć taki nabytek?
Tak naprawdę do niczego; przedmioty mają bowiem znaczenie symboliczne: kupujący materializuje w ten sposób swoje marzenia i plany na nadchodzący rok, mając nadzieję, że dzięki wstawiennictwu bóstwa ajmara, Ekeko, staną się one rzeczywistością. Miał on jednak obficie darzyć ludzi dobrami nie tylko materialnymi, ale także duchowymi i fizycznymi. Stąd też maleńkie figurki dzieci dla pragnących potomstwa, czy amulety dla spragnionych miłości (w tym jednak przypadku, lepiej taki amulet dostać, niż kupić samemu).
Święto to, nazwane Alasitas, co w języku ajmara znaczy “kup mi”, trwa ponad dwa tygodnie i przyciąga do miasta ponad cztery tysiące rzemieślników i artystów, ale też rozmaitych firm, które mogą sprzedać swoje produkty w trakcie niekończącego się targu.
Jednak to pierwszy dzień jest najważniejszy. Wtedy właśnie, w samo południe, odbywa się rytuał ch’alla, czyli skropienie miniaturek alkoholem i okadzenie ich, połączone z modlitwą. W trakcie tej ceremonii mieszają się wpływy przedhiszpańskie i katolickie, niektórzy bowiem wzywają wstawiennictwa Ekeko, a inni Jezusa lub Matki Boskiej.
Maleńkie przedmioty trafiają potem do rąk dzieci, dla których do dziś stanowią nie lada atrakcję (niejedna mała dama urządziła sobie tak miejsce do zabawy w dom). Może to właśnie od nich i typowo dziecinnego nawoływania „Kup mi!” wzięła się nazwa święta?
Kategorie: Ameryka Południowa, Antropologia kultury, rok obrzędowy, TradycjaTagi: alasitas, Ekeko, miniaturki
Co robi etnolog na spektaklu, czyli do trzech razy sztuka.
Gdyby ktokolwiek miał skomentować sytuację, w jakiej ostatnio znalazł się etnolog, to w zależności od punktu widzenia jedni powiedzieliby zazdrośnie: — Ależ trafiła mu się gratka, inni zaś zarzuciliby mu snobizm, a jeszcze kolejni zapytaliby: — Co? Na kim byłeś? A etnolog powiedziałby — że pierwsi i drudzy mają rację, a i pozostałych też rozumie. Otóż był on na premierze „Opowieści afrykańskich według Szekspira”.
Prawdę mówiąc nie powinienem tu strzępić języka nad „końcem” Warlikowskiego, nad wyczerpaniem się przez niego obranej konwencji. Wzmaga to tylko zainteresowanie sztuką, która nie jest tego warta. Ale zrobię to, ponieważ spektakl jest nie tylko wydarzeniem kulturalnym i produktem z rynku usług kulturalnych zaspokajającym snobistyczne zachcianki egzaltowanej publiczności. Spektakl domaga się komentarza. Ma on przecież wyraz głębszy. Każdy by się obruszył gdyby traktować przedstawienie tylko jako event (a trwa na tyle długo, że zintegrować można niejedną grupę)… A jaki głębszy wyraz miał dla etnologa, to zaraz opowiem.
Nim jednak przejdę do clue narracji, oddam Warlikowskiemu co warlikowskie. Rzeczywiście w hierarchii wydarzeń kulturalnych premiera „Opowieści afrykańskich…”, równać się może z Euro 2012 w skali widowiska sportowego, oczywiście dla określonego odbiorcy: jest marka, jest profesjonalizm, jest jakość, jest warsztat, jest bankiet, jest światek. Są tak ważne dla reżysera emocje, tematy, świetna aktorska gra. Słowem jest wszystko czego po Warlikowskim moglibyśmy się spodziewać. Czego więc brakuje?
(A)pollonia, Koniec, Opowieści w Warszawie to …: trzy akty, trzy studia, trzy zarwane noce, jedna scenografia, to samo oświetlenie, te same sposoby wykorzystania multimediów, ten sam brak jakiejkolwiek logiki i sensu. Ale „(A)pollonię” i wieszczy „Koniec-Warlikowskiego”(choć pełen podziwu jestem, że można własny koniec tak wypromować, oczywiście poza konkurencją jest koniec świata) zostawmy na boku, przyjrzyjmy się tylko „Opowieściom…”. …
Czytaj całość »
Kategorie: Antropologia kultury, EtnoWarszawa, Warszawa, życie miastaTagi: Opowieści afrykańskie, Szekspir, teatr, Warlikowski
Na tym wzgórzu postawcie mi świątynię…
„Na tym wzgórzu postawcie mi świątynię… Będę tam, zawsze gotowa by wysłuchać waszego płaczu, waszych smutków, by uleczyć z wszelkich trosk, każdego bólu, cierpienia…”
Gdy biedny Indianin, ochrzczony hiszpańskim imieniem Juan Diego, ujrzał Matkę Boską na wzgórzu Tepeyac, nie mógł przypuszczać, że oto właśnie rodzi się kult, który przetrwa setki lat i stanie się nieodłączną częścią meksykańskiej tożsamości kulturowej i religijnej. Według legendy, gdy ówczesny biskup nie chciał uwierzyć w jego wizje, Matka Boska sprawiła cud: na wzgórzu w środku zimy rozkwitły róże, które Juan Diego miał zebrać do swojego płaszcza i zanieść do siedziby władz kościelnych. Gdy rozsypał je przed zaskoczonym biskupem okazało się, że kwiaty zostawiły na płaszczu nie tylko swój zapach, ale i obraz objawiającej mu się Świętej Panienki. Miało to miejsce 12 grudnia 1531 roku, w dniu, który do dziś pozostaje świętem Matki Boskiej z Guadalupe, Patronki Meksyku i Cesarzowej Ameryk. …
Czytaj całość »
Kategorie: Antropologia kultury, Matka Boska, rok obrzędowyTagi: Matka Boska, Tepeyac
Kathak, czyli gdzie sięgają korzenie flamenco
Flamenco… Były czasy, gdy była to muzyka ‘wyrzutków i marginesu społecznego’ lub ‘ludowy przeżytek’, obecnie natomiast jest to ceniona forma wyrazu artystycznego nieodłącznie kojarzona z Cyganami i Hiszpanią. Jednak jej pochodzenie do dziś pozostaje tajemnicą. Teorii jest co najmniej kilka: jedna mówi o wyraźnych korzeniach arabskich, inna o pieśniach Żydów wyrzuconych z Al-Andalus, kolejna o Romach niewiadomej proweniencji. Istnieje też wersja, która mówi o jej indyjskich źródłach…
Według tej teorii około XI wieku tysiące mieszkańców północnych Indii, przede wszystkim przedstawicieli najbiedniejszych i zmarginalizowanych warstw tamtejszego społeczeństwa, porzuciło swoją ojczyznę i wyruszyło przed siebie w poszukiwaniu lepszego jutra. Ludzie ci to praprzodkowie dzisiejszych Romów, a dowodem na to mogłyby być podobieństwa pomiędzy językiem romani a sanskrytem i pendżabskim.
Jest jednak jeszcze jeden znaczący ślad – wyraźny związek pomiędzy tańcem flamenco a klasycznym stylem indyjskim kathak. Oba tańce, wykonywane na ogół solowo, opierają się mocno na rytmie podkreślanym przez artystę: we flamenco służy do tego stukot obcasów oraz klaskanie w dłonie, w kathaku na kostki tancerza lub tancerki zakładane są ghoongroo – skórzane bransolety z przymocowanymi w rzędach dzwoneczkami. Niektórzy pokusili się nawet o stwierdzenie, że współczesne hiszpańskie kastaniety mogą być pochodną indyjskiego instrumentu zwanego kartal – zbudowanego z drewnianych bloczków drewna z wstawionymi pomiędzy nie małymi metalowymi talerzami — który służy do nadawania rytmu melodii. Kathak swoimi miękkimi i płynnymi gestami stara się opowiedzieć widzowi znaną historię lub legendę. Romskie flamenco to natomiast przekaz pełen ekspresji, który skupia się na stworzeniu więzi emocjonalnej pomiędzy widownią a wykonawcą. Znaczenie gestów nie jest skodyfikowane, mają one służyć podkreśleniu przeżyć tancerza: cierpienia, radości, smutku, tęsknoty.
Z powyższą teorią można się zgadzać lub nie, nie da się jednak ukryć, że same ruchy, choć wykonywane z różną ekspresją, są w obu tańcach bardzo podobne…
http://www.youtube.com/watch?v=EWJHYoVdshg&feature=related
http://www.youtube.com/watch?v=FoNjpIezVVQ
http://www.youtube.com/watch?v=v76aUtOb8Ow&feature=related
Kategorie: Antropologia kultury, muzyka, taniec
Tagi: flamenco, indie, kathak, taniec
Res musealiae: Krzyże z żelaza
Najprostsze w formie – kute z dwóch pasów metalu łączonych ze sobą nitem (rzadziej zgrzewanych)[1]; małe „z surowca jaki się nadarzył, z wszelkiego rodzaju ścinków i odpadków”[2], duże, o imponujących wymiarach – ze specjalnych sztab, jakich używano do wyrobu osi u wozów, zatykane na szczycie domu, bramy cmentarnej, wbijane w wierzchołek drewnianego krzyża, wieńczące kapliczki – wykuwane ze sztab, sztabek, sztywnych prętów o przekroju okrągłym lub kwadratowym, formowane z drutu jako plecionki, i z taśmy; przybijane do desek w szczycie budynku mieszkalnego – z płatów rozklepanego płaskownika lub gotowej blachy; późniejsze z fabrycznych kwadratowych prętów i powojenne z rur i kątowników – krzyże z żelaza. Zależnie od przeznaczenia, wykonywane z zastosowaniem określonego materiału i określonej kowalskiej obróbki, co decydowało zasadniczo o ich formie plastycznej: zakończenia ramion z kutymi motywami liści, kwiatów lilii, krzyżyków, półksiężyców, trójkątów, trapezów, prostokątów, miejsce krzyżowania ramion podkreślone pełnymi, bądź ażurowymi wyobrażającymi słońce kółkami, z inskrypcją „IHS”; promieniami prostymi, falistymi lub fantazyjnie wygiętymi – pojedynczymi, podwójnymi, potrójnymi. Na głównym ramieniu pojawiały się: symboliczny półksiężyc, gwiazdy (jako zwycięstwo nad pogaństwem), chorągiewka z datą i kogut, pełniące niekiedy funkcje wiatrowskazów. Krzyże prawosławne wyróżniała ukośna belka. Występowały dwa typy krzyży: samoistne (do 5 m wysokości licząc wraz z kamienną podstawą i ok. 1,5 m szerokości) i figury uzupełniające, występujące jako zwieńczenia krzyży drewnianych, kapliczek, bram cmentarnych, szczytów budynków mieszkalnych (40–70 cm wysokości i 20–50 cm szerokości).
Okres najlepszej passy dla wyrobów kowalskich, nie tylko krzyży, to koniec wieku XIX, kiedy to pojawiła się na wsi w dużym wyborze – stal przemysłowa i zaczął się popyt na wyroby kowalskie. W wymiarze pracy – żelazo oznaczało trwalsze, bardziej funkcjonalne narzędzia i sprzęt gospodarski, w wymiarze estetycznym – stało się nową, nie występującą do tej pory na wsi materią, której walory zostały dostrzeżone i wykorzystane. Krzyże zaświadczają, jak różne było poczucie estetyki mieszkańców wsi, nie tylko w potocznym rozumieniu „kiczowate”, złaknione brakujących w codziennym, znojnym życiu świątecznych kolorów, ale także ceniące minimalizm, szlachetność materiału, walor prostej lub wyszukanej, ale cały czas doskonałej formy. Ta sztuka miała swoich twórców i odbiorców, a sądząc po popularności było ich całkiem wielu. Wizualna prezentacja krzyży była głęboko przemyślaną intencją. Na tle czystego nieba krzyż stanowił mocny, oddziałujący ekspresyjnie punkt. W terenie czekających na korozję i zapomnienie krzyży, pozostało niewiele. W muzeach nie da się w pełni podziwiać tego efektu, który miały tworzyć wraz ze sferą niebieską, ale możemy podziwiać ich wyszukane formy (wystawa stała w PME „Rękodzieło i rzemiosło ludowe”). Krzyże żelazne występowały w całej Polsce, ale najwięcej było ich we wschodnim pasie, na Podlasiu i z tych terenów oraz z rejonu Kurpiów pochodzą w większości krzyże z kolekcji PME (96 krzyży kowalskich).
Może przy okazji pierwszolistopadowych wyjazdów w różne strony Polski uda się jeszcze natrafić w terenie wykuty z żelaza krzyż, na rozstaju dróg, przy drodze, na cmentarzu… po to by móc w pełni podziwiać efekty formalne: kontrast metalicznej czerni krzyża z błękitem nieba, świetlistość stali odbijającej słońce, przejrzystość ażuru, lekkość sylwetki, dopasowanie materiału do formy, współgranie materii z duchem…
[1] Wojciech Kowalczuk, 1992, Krzyże kowalskie na Podlasiu, Białystok: Muzeum Okręgowe w Białymstoku
[2] Jacek Olędzki, 1961, Artystyczna twórczość kowalska na terenie kurpiowskiej Puszczy Zielonej od końca XIX w. do I wojny światowej [w:] Polska sztuka Ludowa, nr 4
Tagi: eksponaty, muzeum, święta, Tradycja, zbiory
Co robi Etnolog na konferencji?
…Przyszedł przysłuchać się poważnym referatom, ponudzić się trochę, napić darmowej kawy, czasem zachwycić świeżością czyjegoś spojrzenia na rzecz dla niego zupełnie oczywistą. Przyszedł również z obowiązku. Jeśli chce być etnologiem musi czasem pokazać się w towarzystwie innych etnologów. Chciałby też coś powiedzieć, ale …liczy, że w niedużym stopniu powie, to co powiedziane. …
Czytaj całość »
Kategorie: Antropologia kultury, Historia, muzeum, sztuka ludowa, wydarzenia, wystawyTagi: art brut, Piwocki, prymitywizm, Smilowski
Ze śmiercią trzeba się zaprzyjaźnić
„Dla mieszkańca Nowego Jorku, Paryża czy Londynu śmierć to słowo, którego nigdy nie wymawia, które nie może mu przejść przez usta. Meksykanin natomiast drwi ze śmierci, pieści ją, celebruje, śpi z nią, jest ona jedną z jego ulubionych zabawek i jego niezmienną miłością. (…) Śmierć jest obecna w naszych fiestach, naszych zabawach, miłościach i myślach. Czaszki z cukru czy też z wycinanki, kolorowe szkielety ze sztucznych ogni, nasze ludowe sposoby jej przedstawiania są zawsze drwiną z życia, afirmacją marności i ulotności ludzkiej egzystencji”.
Octavo Paz „Labirynt samotności”
Czy może być lepszy opis tego, czym jest Dzień Zmarłych w Meksyku? Okres przygotowania do tego święta i ono samo pozwalają oswoić się z przemijaniem i wierzyć, że człowiek nigdy nie odchodzi do końca. Powraca raz do roku na ziemię, by spotkać się z rodziną i przyjaciółmi, żeby móc znów przez chwilę cieszyć się ich towarzystwem oraz przyziemnymi przyjemnościami, takimi jak jadło, napitek i muzyka. …
Czytaj całość »
Kategorie: Ameryka Południowa, Antropologia kultury, rok obrzędowy, TradycjaTagi: calaveras, Meksyk, śmierć, Święto Zmarłych
Styl zakopiański — żywy i muzealny
Minęło ponad 100 lat od wybudowania willi Koliba dla Zygmunta Gnatowskiego w roku 1896, (obecnie siedziby Muzeum Stylu Zakopiańskiego, filii Muzeum Tatrzańskiego w Zakopanem), która uważana jest jako pierwowzór stylu zakopiańskiego, stylu stworzonego przez Stanisława Witkiewicza, który stał się ewenementem w skali Polski i Europy. Nie da się pominąć kontekstu jego powstania i całej otoczki która mu towarzyszyła. Zbiegiem okoliczności związanych z klimatycznymi właściwościami Zakopanego, pod koniec XIX wieku przybyła do Zakopanego plejada artystów, intelektualistów, elity polskiej inteligencji (m.in. Stanisław Witkiewicz, Władysław Matlakowski, Stanisław Barabasz, Rafał Malczewski, Karol Stryjeński oraz wielu innych), którzy w górskim klimacie szukali ratunku dla nadwątlonego zdrowia. …
Czytaj całość »
Kategorie: Antropologia kultury, eksponaty, Muzealia, sztuka ludowa, TradycjaTagi: Antropologia kultury, eksponaty, muzeum, Tradycja, wystawa, zbiory
Etno-notatki z podmiejskiej chatki. Cztery pogrzeby i jedno wesele.
Gdy mieszkałam w mieście, na co dzień zwracały moją raczej śluby niż pogrzeby , gdy korzystając z weekendu przemieszczałam się Traktem Królewskim: w drodze na spotkanie rodzinne czy tzw. Wyjście Kulturalne działo się przygodne podglądnie strojów państwa młodych , przystrojonych dorożek, pozowania fraków i kapeluszy przed Wizytkami czy św. Krzyżem. Pogrzeby miejskie –jeśli nie na szczeblu państwowym transmitowane wtedy w TV– były raczej skupione w swym kameralnym żalu rodzinnym. Przeżywały swój obrządek na Wólkach, Bródnach, Powązkach, centrum miasta zostawiając zwykłemu pośpiechowi przechodniów i feeri reklam gwarantujących jakże inny rodzaj szczęśliwości niż ten pozaziemski.
Tymczasem centrum małej miejscowości stanowi zazwyczaj kościół, zatem i pogrzeb dzieje się w centrum – w centrum dnia, centrum życia każdego, kto akurat będzie miał spotkanie z Rytuałem. Pogrzeb podmiejski to wstrzymanie ruchu, współuczestnictwo natychmiastowe, ludzie na progach sklepów, na balkonach, twój momenty pauzy, bo przejście na pobliski cmentarz głównymi ulicami blokuje ruch z rynku i stoi się na skwerze z fontanną – trochę bezradnie podając swoją współczującą postawę wychodzącym z kościoła. Nie sposób się nie zatrzymać, nie sposób nie uczestniczyć. Nekrologi w małym miasteczku są wszędzie: na drzewach, płotach, a w okolicy zamieszkania Zmarłego następuje ich kumulacja, tak że kolejne nazwiska wpadają w pamięć i ma się wrażenie swoistej zadzierzgniętej znajomości z Tym, którego będą niedługo żegnać jego prawdziwi bliscy. …
Czytaj całość »
Kategorie: Antropologia kultury, Etno-notatki z podmiejskiej chatkiTagi: Antropologia kultury, pogrzeb, rytuał, ślub
Papel Picado: szczęśliwa śmierć z meksykańskich wycinanek
Papel picado to w dosłownym tłumaczeniu papier perforowany. W potocznym rozumieniu to dekoracyjna wycinanka, która towarzyszy Meksykanom w celebrowaniu licznych świąt rodzinnych i religijnych, w szczególności Święta Zmarłych – Dia de los Muertos. Papel picado to wizualne znaki nadchodzącej fiesty, meksykańskiej ekspresji oraz współistnienia życia i śmierci. Papel picado zdobią ulice, progi domów, wnętrza mieszkań i domowe ołtarzyki. Wykonane z delikatnego papieru, niezależnie od warunków atmosferycznych, powiewają na wietrze wyznaczając czas świętowania.
Papel picado to efemeryczna sztuka pojawiająca się i znikająca w najróżniejszych kolorach w zależności od rodzaju celebrowanych uroczystości. Poszczególne kolory przypisane są do konkretnych świąt. Odcienie fioletu pojawiają się podczas Wielkanocy, kolory tęczy z okazji Bożego Narodzenia. Czerwony, biały i zielony, jako kolory flagi meksykańskiej, dominują 16 września w Święto Niepodległości i w dniu patronki Meksyku, Matki Boskiej z Guadalupe. …
Czytaj całość »
Kategorie: Ameryka Południowa, Antropologia kultury, rok obrzędowy, Tradycja, wycinankaTagi: Ameryka Południowa, Tradycja

















