Beta

Bądź na bieżąco - RSS

Archiwum kategorii „Antropologia kultury”

Maj w kolorach biało-czerwonych

….czer­wona jak puchar wina,
biała jak śnie­żna lawina….

(fragm. wier­sza K. I. Gał­czyń­skiego Pieśń o fladze)

                Wyra­że­nie stanu ducha  barwą – to zja­wi­sko znane od wie­ków i nie cho­dzi tylko o strój żałobny (zresztą jako czarny wpro­wa­dzony dość późno w Euro­pie).  Średnio­wieczny rycerz ‘zbrzy­dzony i znu­dzony świa­tem’ doda­wał do swego stroju coś z czerni i czer­wieni,  akcen­tu­jący swa wier­ność przy­wdzie­wał zaś nie­bie­ski…. A może zaapli­ko­wać żółte kwiaty na żółtaczkę, a czer­wone na tamo­wa­nie krwi? Tak,  jeśli postę­pu­jemy według XVI-wiecznej nauki o sygna­tu­rze, która każ­dej rośli­nie przy­pi­sy­wała poży­teczny dla czło­wieka kształt i kolor.

Pol­ska  flaga, bo to ona ma być punk­tem wyj­ścia tej notki, edu­ko­wa­nym w Pol­sce dzie­ciom koja­rzy się zawsze z ‘krwią i bli­znami’. W wiel­kim koszu kul­tury poszu­kajmy jed­nak jesz­cze innych zna­czeń czer­wieni bieli, uzna­jąc je –tak jak i całą resztę barw– za funk­cje kul­tury ze swo­imi zna­cze­niami, kon­tek­stami wer­bal­nymi, spo­łecz­no­ścio­wymi, róż­nią­cymi się odbio­rem w swoim histo­rycz­nym zróżnicowaniu.

BIAŁY

Biel koja­rzono z jasno­ścią dnia, a więc z ludzką aktyw­no­ścią, słoń­cem, ładem, »[biały] jest naj­wspa­nial­szą potęgą świa­tła,(…) jest świa­tłem samem« (Karol Libelt).  Biel to  świę­tość: stąd biały sęp nad głową fara­ona  strze­gący egip­skiego władcy i  stąd białe szaty kapła­nów oraz biel zwie­rząt ofiar­nych trak­to­wa­nych czę­sto jako epi­fa­nie samych bóstw.  Biały wyraża rów­nież ideę chwały, pro­mie­niu­jącą szczę­śli­wość, a np. w Kościele Kato­lic­kim pod­kre­śla nastrój świą­teczny i czę­sto łączony jest ze zło­tym. W pol­skim folk­lo­rze znaj­du­jemy »białą« górę jako tę sto­jącą  w opo­zy­cji do góry ciem­nej, »ły­sej«– złej.  Mówi się też o bia­łym kamie­niu– umiesz­czony na gra­nicy mię­dzy świa­tami, jest zwią­zany z płod­no­ścią, dla­tego w nie­któ­rych regio­nach pannę młoda sadzano wła­śnie na bia­łym kamie­niu i na takim też w pio­sen­kach opla­ki­wano śmierć naj­bliż­szych (» sie­dział Jasio na bia­łym kamieniu/trzymał mar­twą Kasię na swo­jem ramie­niu«).   Owa »za­świa­to­wo­ść« bieli widoczna jest także w kolo­rze żałob­nym, jakim biel jest  w wielu kul­tu­rach (także daw­niej na wsiach pol­skich) , w bieli całunu, w bie­le­niu gro­bów… Naj­wię­cej bieli w pol­skim stroju ludo­wym znaj­dziemy w tra­dy­cyj­nym odzie­niu z Bił­go­raja, a także na Pogórzu.

CZERWONY

Czer­wień to kolor krwi i ognia, mocy oczy­sza­ją­cych i gniewu, wojny i miło­ści. Biorą ją sobie za atry­but bogo­wie sło­neczni i wojow­ni­czy (Mars, Per­kun, Thor), jako sym­bol wła­dzy przez wieki zgła­szają wyłączny akces władcy tego świata odziani w pur­purę i szkar­łat. W heral­dyce szla­chec­kiej czer­wień sym­bo­li­zuje cnotę odwagi oraz walecz­ność. Czer­wień w obrzę­dach wesel­nych czę­sto widzi się w stro­jach druż­bów (np. czer­wone sza­liki w Azer­bej­dża­nie, czer­wone wstążki w Wiel­ko­pol­sce), bo pod­kre­śla ich godność,a  także sym­bo­li­zuje spro­wa­dze­nie obec­nych śmier­tel­ni­ków do sfery śmierci. Czer­wień i śmierć – tak, to połą­cze­nie obecne w wielu rytu­ałach, spójrzmy cho­cia­zby na  malu­ja­cych się »na wojenną ścież­kę« Indian, ukra­iń­skie czer­wone pasy pogrze­bowe i poma­lo­wane na czer­wono trumny w Nowej Zelan­dii.  Bo czer­wień chroni – przed demo­nami, przed szkodą, przed pechem: przy­kład? Prze­wią­zy­wa­nie, prze­ty­ka­nie nicią czer­woną było obecne w codzien­no­ści naszych pra­dzia­dów – w XIX wieku np. przy­wią­za­nie hazar­dzi­ście do pra­wej ręki czer­woną nitka serca nie­to­pe­rza zapew­niało wygraną.

Z kolei ja sama  pamię­tam uwagi mło­dych (!) matek kie­ro­wane do mnie; »a czemu wózek bez czer­wo­nej wstą­żeczki? Ja swo­jemu syn­kowi przy­wie­si­łam taką«. Od jakie­goś czasu widuję te kokardy cał­kiem pokaź­nych roz­mia­rów – może powstał jakiś spe­cjalny rynek zwią­zany z  niszą pt. apo­tro­pe­ion? W kaz­dym razie– gdyby Wam masło czy cia­sto nie wycho­dziło– przy­kryj­cie je czer­woną chustką jak to się daw­niej robiło i popro­ście uko­cha­nych o sznur czer­wo­nych korali: odpę­dzą dia­bła, kosz­mary, obro­nią przed pio­ru­nami i wia­trami, chorobą.

Kategorie: Antropologia kultury, polityka, Tradycja, życie miasta
Tagi: ,

Erzulie, czyli inna wersja znanego oblicza

27 marca 2012 | | Brak komentarzy

Czy obra­zek obok cze­goś nam nie przy­po­mina? Skąd znamy to „obli­cze, na nim cięte rysy dwie”? Tak, sko­ja­rze­nie z Matką Boską z Jasnej Góry jest jak naj­bar­dziej ade­kwatne; myli się jed­nak ten, kto uzna, że to wize­ru­nek Maryi. Po raz kolejny miesz­kańcy Ame­ryki dowo­dzą, że chrze­ści­jań­stwo (lub jego ele­menty) przyj­mo­wali po swojemu…

Na obra­zie wid­nieje bowiem Erzu­lie Dan­tor, loa, czyli nie­zwy­kle silny duch, któ­remu oddaje się cześć w reli­gii voodoo. Jest ona przede wszyst­kim patronką kobiet, gdyż nic, co zwią­zane z kobiecą stroną duszy – miłość, zazdrość, odda­nie czy gniew – nie jest jej obce. Z jed­nej strony przed­sta­wiana jest jako siła piękna, dobroci i miło­sier­dzia, z dru­giej nato­miast potrafi być bez­względną mści­cielką za doznane krzywdy. Rany na jej twa­rzy są pamiątką po poje­dynku z kobietą — według nie­któ­rych wer­sji z wła­sną sio­strą, inni zno­wuż twier­dzą, że są to ple­mienne ska­ry­fi­ka­cje. Nie­za­leż­nie od przy­czyny powsta­nia, bli­zny dowo­dzą, iż Erzu­lie jest silna i wytrzy­mała, odporna na prze­ciw­no­ści losu; i to też ofe­ruje swoim wyznaw­com: nie jest to loa, które pomaga szybko i łatwo zdo­być suk­ces i pie­nią­dze, ona tylko stwa­rza sto­sowne oka­zje i dodaje siły, gdy nie wszystko idzie zgod­nie z pla­nem. Cho­dzi ubrana w czer­wie­nie i błę­kity, a jej sym­bo­lem jest serce prze­bite nożem. Na ramie­niu opie­kuń­czo trzyma małe dziecko, córkę Anais, nie­ślubne potom­stwo z jed­nego ze swo­ich roman­sów. Stąd też wia­domo, że chroni ona dzieci i samotne matki, zapew­nia im bez­pie­czeń­stwo i pomaga się utrzy­mać. Jest zawziętą obroń­czy­nią kobiet i potrafi srogo zemścić się na tych, któ­rzy je mal­tre­tują i wyrzą­dzają im jaką­kol­wiek krzywdę. Nóż, czy też szty­let, obecny w jej sym­bo­lice ozna­cza nie tylko, iż była ona nie­jed­no­krot­nie zra­niona, ale także, że sama potrafi zada­wać nim rany — jedna z pie­śni do Erzu­lie mówi „Podaj­cie mi nóż, podaj­cie mi szty­let!”. Jej wście­kłość, tak samo jak jej miłość, jest potężna. To umi­ło­wa­nie kobiet spra­wiło, że została też patronką les­bi­jek, jed­nak służą jej i pro­szą ją o wspar­cie rów­nież męż­czyźni wier­nie i mocno zwią­zani z płcią przeciwną.

Wyznawcy voodoo wie­rzą, że Erzu­lie, obej­mu­jąc w posia­da­nie ciało swo­jej kapłanki i prze­ma­wia­jąc przez jej usta wezwała Haitań­czy­ków do wznie­ce­nia rewo­lu­cji prze­ciwko Fran­cu­zom. Kobieta zapła­ciła za to wysoką cenę: jej pobra­tymcy obcięli jej język, by nie mogła zdra­dzić tajem­nic bun­tow­ni­ków (inna wer­sja mówi, że stra­ciła go w trak­cie tor­tur we fran­cu­skiej nie­woli). Dla­tego też bogini nie potrafi mówić, a jest w sta­nie wyda­wać z sie­bie jedy­nie powta­rzaną sylabę „Ke – ke — ke”. Mowę Erzu­lie potrafi zro­zu­mieć tylko jej córka Anais, która służy matce za tłu­maczkę i pośredniczkę.

A skąd jej zna­jome obli­cze? Nasza pol­ska Matka Boska przy­wę­dro­wała na Haiti wraz z legio­ni­stami, któ­rzy wal­czyli w trak­cie powsta­nia prze­ciwko rebe­lian­tom, po stro­nie Fran­cu­zów. Z cza­sem jed­nak część z nich prze­szła na stronę powstań­ców, nio­sąc ze sobą obraz Maryi. Legio­ni­ści ode­szli, obraz Czar­nej Madonny pozo­stał, choć w nieco innej wer­sji i interpretacji…

 

 

* źródło por­tretu Erzu­lie: http://www.mysticvoodoo.com/erzulie.htm

Kategorie: Ameryka Południowa, Antropologia kultury, Matka Boska, przesądy
Tagi: ,

Psychopompos z zawiniątkiem

19 marca 2012 | | Brak komentarzy

»Bo­cian, bocian kiszka, przy­nieś mi bra­ciszka! Bocian, bocian kaczka, przy­nieś mi dzieciaczka!« — krzy­czały nie­gdyś dzieci z oko­lic Bia­łe­go­stoku.  Bociek przy­no­szący dzieci – to naj­bar­dziej chyba popu­larny obra­zek koja­rzący nam sie z dłu­go­no­gim  kle­ko­czą­cym Wojt­kiem, Grześ­kiem czy busłem.  Kobieta potrą­cona przez prze­bie­rańca zapust­nego– bociana, ani chybi zaj­dzie w ciążę,  widok bociana lecą­cego nad domem wróży naro­dziny, figurki tego ptaka z zawi­niąt­kiem w dzio­bie spo­ty­kamy w obrzę­do­wo­ści wesel­nej (cho­ciażby na kart­kach oko­licz­no­ścio­wych w Pol­sce), w  mito­lo­gii  rzym­skiej bocian poświę­cony bogini Wenus przy­nosi zapo­wie­dzi zwią­zane z miło­ścią i mał­żeń­stwem, a pol­ska panna wypa­trzyw­szy boćka na wio­sen­nym nie­bie także mogła być pewna szyb­kiego zamąż­pój­ścia.  Z kolei Japon­czycy usta­wiają w domu pana mło­dego weselne drzewko z bocia­nim gniaz­dem i pisklę­tami, ozdo­bione kwia­tami i innymi sym­bo­lami szczę­ścia.  Cie­ka­wostką z naszego terenu jest fakt, iż  w XVI wieku bocian = szczę­ście: mówiąc »bo­ciana spro­wa­dzić«  mówiło się tym samym: „spro­wa­dzić szczę­ście”.

Czy­taj całość »

Kategorie: Antropologia kultury, przesądy, Tradycja
Tagi: , , ,

Co robi etnolog w Gorcach?

5 marca 2012 | | 1 komentarz

Kolejne pyta­nie, na które odpo­wiedź zdaje narzu­cać się sama… Jest na bada­niach tere­no­wych; inwen­ta­ry­zuje ostat­nie, roz­pa­da­jące się gor­czań­skie sza­łasy — uwiel­bia wszakże drew­niane budow­nic­two ludowe; odwie­dza ostat­nich jesz­cze żyją­cych w Ochot­nicy i oko­licz­nych doli­nach gospo­da­rzy, co po Gor­cach wędro­wali małymi wydep­ta­nymi ścież­kami, co pamię­tają brak hałasu motoru spa­li­no­wego w górach, — narzę­dzia gospo­dar­cze to jego konik; szuka gor­czań­skich skrzyń z kwiet­nym moty­wem i innych sprzę­tów: jarzma do pracy w polu z woł­kiem, grze­bieni do boró­wek, drew­nia­nej sny­cerki, sto­łów, naczyń drew­nia­nych nart sma­ro­wa­nych smołą gdy zimą szło się w góry… Ale tak, tak to wygląda już tylko sen etnologa/grafa. Na jawie był tam zwy­czaj­nie poczła­pać na nar­tach i zoba­czyć praw­dziwą zimę, pobyć w samot­no­ści, uciec z mia­sta.

Czy­taj całość »

Kategorie: Antropologia kultury, przesądy
Tagi: , , , ,

Ursus carnavalis

fot. K. Leśniew­ska (kata­log wystawy PME)

Założę się, że każdy kto czyta te słowa widział choć raz film „Miś” Sta­ni­sława Barei. Idę też o drugi zakład, że mało kto wie, iż ów prze­dziwny twór ist­nieje w rze­czy­wi­sto­ści poza­fil­mo­wej. Do czego służy? Dla­czego jest sło­miany? Czy bywa też inny? W jakich roz­mia­rach? I przede wszyst­kim, dla­czego podobne mu istoty zasie­dlają w dużych ilo­ściach maga­zyny i sale wysta­wowe nie tylko pol­skich muzeów etnograficznych?

Tytu­łowa masz­kara sta­nowi pod­sta­wowy skład­nik zwierzo-człeczej mena­że­rii zakra­da­ją­cej się do ludz­kich sie­dzib w okre­sie zimo­wym. W Pol­sce bywa nazy­wana niedź­wie­dziem zapust­nym, a widuje się ją w dwóch posta­ciach: jako prze­bie­rańca — męż­czy­znę przy­wdzie­wa­ją­cego niedź­wie­dzi kostium w skali 1:1, lub też jako kukłę, zazwy­czaj sło­mianą czyli z mate­riału ide­al­nie pod­da­ją­cego się wpły­wowi prze­róż­nych żywio­łów. Trzeba bowiem wie­dzieć, że dla niedź­wie­dzia zabawa koń­czy się nie­we­soło. Ulega zagła­dzie poprzez zadźga­nie, powie­sze­nie, spa­le­nie lub uto­pie­nie by móc odro­dzić się za rok, a jego śmierć jest rodza­jem ofiary, dzięki któ­rej ludz­kość cią­gnie dalej swój znojny żywot.

Czy­taj całość »

Kategorie: Antropologia kultury, badania terenowe, rok obrzędowy, sztuka ludowa, Tradycja
Tagi: , , ,

ALASITAS

27 stycznia 2012 | | Brak komentarzy

Co roku, 24-go stycz­nia, boli­wij­skie La Paz zapeł­nia się sprze­daw­cami minia­tu­rek. W zmi­ni­ma­li­zo­wa­nej wer­sji można dostać wszystko: od dzban­ków i garn­ków, po dobry, mar­kowy samo­chód. Wszystko mak­sy­mal­nie kil­ku­na­sto­cen­ty­me­trowe. Tylko do czego może słu­żyć taki nabytek?

Tak naprawdę do niczego; przed­mioty mają bowiem zna­cze­nie sym­bo­liczne: kupu­jący mate­ria­li­zuje w ten spo­sób swoje marze­nia i plany na nad­cho­dzący rok, mając nadzieję, że dzięki wsta­wien­nic­twu bóstwa ajmara, Ekeko, staną się one rze­czy­wi­sto­ścią. Miał on jed­nak obfi­cie darzyć ludzi dobrami nie tylko mate­rial­nymi, ale także ducho­wymi i fizycz­nymi. Stąd też maleń­kie figurki dzieci dla pra­gną­cych potom­stwa, czy amu­lety dla spra­gnio­nych miło­ści (w tym jed­nak przy­padku, lepiej taki amu­let dostać, niż kupić samemu).

Święto to, nazwane Ala­si­tas, co w języku ajmara zna­czy “kup mi”, trwa ponad dwa tygo­dnie i przy­ciąga do mia­sta ponad cztery tysiące rze­mieśl­ni­ków i arty­stów, ale też roz­ma­itych firm, które mogą sprze­dać swoje pro­dukty w trak­cie nie­koń­czą­cego się targu.

Jed­nak to pierw­szy dzień jest naj­waż­niej­szy. Wtedy wła­śnie, w samo połu­dnie, odbywa się rytuał ch’alla, czyli skro­pie­nie minia­tu­rek alko­ho­lem i oka­dze­nie ich, połą­czone z modli­twą. W trak­cie tej cere­mo­nii mie­szają się wpływy przed­hisz­pań­skie i kato­lic­kie, nie­któ­rzy bowiem wzy­wają wsta­wien­nic­twa Ekeko, a inni Jezusa lub Matki Boskiej.

Maleń­kie przed­mioty tra­fiają potem do rąk dzieci, dla któ­rych do dziś sta­no­wią nie lada atrak­cję (nie­jedna mała dama urzą­dziła sobie tak miej­sce do zabawy w dom). Może to wła­śnie od nich i typowo dzie­cin­nego nawo­ły­wa­nia „Kup mi!” wzięła się nazwa święta?

Kategorie: Ameryka Południowa, Antropologia kultury, rok obrzędowy, Tradycja
Tagi: , ,

Co robi etnolog na spektaklu, czyli do trzech razy sztuka.

27 grudnia 2011 | | 2 komentarze

Gdyby kto­kol­wiek miał  sko­men­to­wać sytu­ację, w jakiej ostat­nio zna­lazł się etno­log, to w zależ­no­ści od punktu widze­nia jedni powie­dzie­liby zazdro­śnie: — Ależ tra­fiła mu się gratka, inni zaś zarzu­ci­liby mu sno­bizm, a jesz­cze kolejni zapy­ta­liby: — Co? Na kim byłeś? A etno­log powie­działby — że pierwsi i dru­dzy mają rację, a i pozo­sta­łych też rozu­mie. Otóż był on na pre­mie­rze „Opo­wie­ści afry­kań­skich według Szekspira”.

Prawdę mówiąc nie powi­nie­nem tu strzę­pić języka nad „koń­cem” War­li­kow­skiego, nad wyczer­pa­niem się przez niego obra­nej kon­wen­cji. Wzmaga to tylko zain­te­re­so­wa­nie sztuką, która  nie jest tego warta. Ale zro­bię to, ponie­waż spek­takl jest nie tylko wyda­rze­niem kul­tu­ral­nym i pro­duk­tem z rynku usług kul­tu­ral­nych zaspo­ka­ja­ją­cym sno­bi­styczne zachcianki egzal­to­wa­nej publicz­no­ści. Spek­takl domaga się komen­ta­rza. Ma on prze­cież wyraz głęb­szy. Każdy by się obru­szył gdyby trak­to­wać przed­sta­wie­nie tylko jako event (a trwa na tyle długo, że zin­te­gro­wać można nie­jedną grupę)… A jaki głęb­szy wyraz miał dla etno­loga, to zaraz opowiem.

Nim jed­nak przejdę do clue nar­ra­cji, oddam War­li­kow­skiemu co war­li­kow­skie. Rze­czy­wi­ście w hie­rar­chii wyda­rzeń kul­tu­ral­nych pre­miera „Opo­wie­ści afry­kań­skich…”, rów­nać się może z Euro 2012 w skali wido­wi­ska spor­to­wego, oczy­wi­ście dla okre­ślo­nego odbiorcy: jest marka, jest pro­fe­sjo­na­lizm, jest jakość, jest warsz­tat, jest ban­kiet, jest świa­tek. Są tak ważne dla reży­sera emo­cje, tematy, świetna aktor­ska gra. Sło­wem jest wszystko czego po War­li­kow­skim mogli­by­śmy się spo­dzie­wać. Czego więc brakuje?

(A)pollonia, Koniec, Opo­wie­ści w War­sza­wie to …: trzy akty, trzy stu­dia, trzy zarwane noce, jedna sce­no­gra­fia, to samo oświe­tle­nie, te same spo­soby wyko­rzy­sta­nia mul­ti­me­diów, ten sam brak jakiej­kol­wiek logiki i sensu. Ale „(A)pollonię” i wiesz­czy „Koniec-Warlikowskiego”(choć pełen podziwu jestem, że można wła­sny koniec tak wypro­mo­wać, oczy­wi­ście poza kon­ku­ren­cją jest koniec świata) zostawmy na boku, przyj­rzyjmy się tylko „Opo­wie­ściom…”.

Czy­taj całość »

Kategorie: Antropologia kultury, EtnoWarszawa, Warszawa, życie miasta
Tagi: , , ,

Na tym wzgórzu postawcie mi świątynię…

15 grudnia 2011 | | Brak komentarzy

Na tym wzgó­rzu postaw­cie mi świą­ty­nię… Będę tam, zawsze gotowa by wysłu­chać waszego pła­czu, waszych smut­ków, by ule­czyć z wszel­kich trosk, każ­dego bólu, cierpienia…”

 

Gdy biedny India­nin, ochrzczony hisz­pań­skim imie­niem Juan Diego, ujrzał Matkę Boską na wzgó­rzu Tepeyac, nie mógł przy­pusz­czać, że oto wła­śnie rodzi się kult, który prze­trwa setki lat i sta­nie się nie­od­łączną czę­ścią mek­sy­kań­skiej toż­sa­mo­ści kul­tu­ro­wej i reli­gij­nej. Według legendy, gdy ówcze­sny biskup nie chciał uwie­rzyć w jego wizje, Matka Boska spra­wiła cud: na wzgó­rzu w środku zimy roz­kwi­tły róże, które Juan Diego miał zebrać do swo­jego płasz­cza i zanieść do sie­dziby władz kościel­nych. Gdy roz­sy­pał je przed zasko­czo­nym bisku­pem oka­zało się, że kwiaty zosta­wiły na płasz­czu nie tylko swój zapach, ale i obraz obja­wia­ją­cej mu się Świę­tej Panienki. Miało to miej­sce 12 grud­nia 1531 roku, w dniu, który do dziś pozo­staje świę­tem Matki Boskiej z Guada­lupe, Patronki Mek­syku i Cesa­rzo­wej Ame­ryk.

Czy­taj całość »

Kategorie: Antropologia kultury, Matka Boska, rok obrzędowy
Tagi: ,

Kathak, czyli gdzie sięgają korzenie flamenco

29 listopada 2011 | | Brak komentarzy

Fla­menco… Były czasy, gdy była to muzyka ‘wyrzut­ków i mar­gi­nesu spo­łecz­nego’ lub ‘ludowy prze­ży­tek’, obec­nie nato­miast jest to ceniona forma wyrazu arty­stycz­nego nie­od­łącz­nie koja­rzona z Cyga­nami i Hisz­pa­nią. Jed­nak jej pocho­dze­nie do dziś pozo­staje tajem­nicą. Teo­rii jest co naj­mniej kilka: jedna mówi o wyraź­nych korze­niach arab­skich, inna o pie­śniach Żydów wyrzu­co­nych z Al-Andalus, kolejna o Romach nie­wia­do­mej pro­we­nien­cji. Ist­nieje też wer­sja, która mówi o jej indyj­skich źródłach…

Według tej teo­rii około XI wieku tysiące miesz­kań­ców pół­noc­nych Indii, przede wszyst­kim przed­sta­wi­cieli naj­bied­niej­szych i zmar­gi­na­li­zo­wa­nych warstw tam­tej­szego spo­łe­czeń­stwa, porzu­ciło swoją ojczy­znę i wyru­szyło przed sie­bie w poszu­ki­wa­niu lep­szego jutra. Ludzie ci to pra­przod­ko­wie dzi­siej­szych Romów, a dowo­dem na to mogłyby być podo­bień­stwa pomię­dzy języ­kiem romani a san­skry­tem i pendżabskim.

Jest jed­nak jesz­cze jeden zna­czący ślad – wyraźny zwią­zek pomię­dzy tań­cem fla­menco a kla­sycz­nym sty­lem indyj­skim kathak. Oba tańce, wyko­ny­wane na ogół solowo, opie­rają się mocno na ryt­mie pod­kre­śla­nym przez arty­stę: we fla­menco służy do tego stu­kot obca­sów oraz kla­ska­nie w dło­nie, w kathaku na kostki tan­ce­rza lub tan­cerki zakła­dane są gho­on­groo – skó­rzane bran­so­lety z przy­mo­co­wa­nymi w rzę­dach dzwo­necz­kami. Nie­któ­rzy poku­sili się nawet o stwier­dze­nie, że współ­cze­sne hisz­pań­skie kasta­niety mogą być pochodną indyj­skiego instru­mentu zwa­nego kar­tal – zbu­do­wa­nego z drew­nia­nych blocz­ków drewna z wsta­wio­nymi pomię­dzy nie małymi meta­lo­wymi tale­rzami — który służy do nada­wa­nia rytmu melo­dii. Kathak swo­imi mięk­kimi i płyn­nymi gestami stara się opo­wie­dzieć widzowi znaną histo­rię lub legendę. Rom­skie fla­menco to nato­miast prze­kaz pełen eks­pre­sji, który sku­pia się na stwo­rze­niu więzi emo­cjo­nal­nej pomię­dzy widow­nią a wyko­nawcą. Zna­cze­nie gestów nie jest sko­dy­fi­ko­wane, mają one słu­żyć pod­kre­śle­niu prze­żyć tan­ce­rza: cier­pie­nia, rado­ści, smutku, tęsknoty.

Z powyż­szą teo­rią można się zga­dzać lub nie, nie da się jed­nak ukryć, że same ruchy, choć wyko­ny­wane z różną eks­pre­sją, są w obu tań­cach bar­dzo podobne…

 

http://www.youtube.com/watch?v=EWJHYoVdshg&feature=related

http://www.youtube.com/watch?v=FoNjpIezVVQ

http://www.youtube.com/watch?v=v76aUtOb8Ow&feature=related

 

Kategorie: Antropologia kultury, muzyka, taniec
Tagi: , , ,

Res musealiae: Krzyże z żelaza

Naj­prost­sze w for­mie – kute z dwóch pasów metalu łączo­nych ze sobą nitem (rza­dziej zgrze­wa­nych)[1]; małe „z surowca jaki się nada­rzył, z wszel­kiego rodzaju ścin­ków i odpad­ków”[2], duże, o impo­nu­ją­cych wymia­rach – ze spe­cjal­nych sztab, jakich uży­wano do wyrobu osi u wozów, zaty­kane na szczy­cie domu, bramy cmen­tar­nej, wbi­jane w wierz­cho­łek drew­nia­nego krzyża, wień­czące kapliczki – wyku­wane ze sztab, szta­bek, sztyw­nych prę­tów o prze­kroju okrą­głym lub kwa­dra­to­wym, for­mo­wane z drutu jako ple­cionki, i z taśmy; przy­bi­jane do desek w szczy­cie budynku miesz­kal­nego – z pła­tów roz­kle­pa­nego pła­sko­wnika lub goto­wej bla­chy; póź­niej­sze z fabrycz­nych kwa­dra­to­wych prę­tów i powo­jenne z rur i kątow­ni­ków – krzyże z żelaza. Zależ­nie od prze­zna­cze­nia, wyko­ny­wane z zasto­so­wa­niem okre­ślo­nego mate­riału i okre­ślo­nej kowal­skiej obróbki, co decy­do­wało zasad­ni­czo o ich for­mie pla­stycz­nej: zakoń­cze­nia ramion z kutymi moty­wami liści, kwia­tów lilii, krzy­ży­ków, pół­księ­ży­ców, trój­ką­tów, tra­pe­zów, pro­sto­ką­tów, miej­sce krzy­żo­wa­nia ramion pod­kre­ślone peł­nymi, bądź ażu­ro­wymi wyobra­ża­ją­cymi słońce kół­kami, z inskryp­cją „IHS”; pro­mie­niami pro­stymi, fali­stymi lub fan­ta­zyj­nie wygię­tymi – poje­dyn­czymi, podwój­nymi, potrój­nymi. Na głów­nym ramie­niu poja­wiały się: sym­bo­liczny pół­księ­życ, gwiazdy (jako zwy­cię­stwo nad pogań­stwem), cho­rą­giewka z datą i kogut, peł­niące nie­kiedy funk­cje wia­trow­ska­zów. Krzyże pra­wo­sławne wyróż­niała uko­śna belka. Wystę­po­wały dwa typy krzyży: samo­istne (do 5 m wyso­ko­ści licząc wraz z kamienną pod­stawą i ok. 1,5 m sze­ro­ko­ści) i figury uzu­peł­nia­jące, wystę­pu­jące jako zwień­cze­nia krzyży drew­nia­nych, kapli­czek, bram cmen­tar­nych, szczy­tów budyn­ków miesz­kal­nych (40–70 cm wyso­ko­ści i 20–50 cm szerokości).

Okres naj­lep­szej passy dla wyro­bów kowal­skich, nie tylko krzyży, to koniec wieku XIX, kiedy to poja­wiła się na wsi w dużym wybo­rze – stal prze­my­słowa i zaczął się popyt na wyroby kowal­skie. W wymia­rze pracy – żelazo ozna­czało trwal­sze, bar­dziej funk­cjo­nalne narzę­dzia i sprzęt gospo­dar­ski, w wymia­rze este­tycz­nym – stało się nową, nie wystę­pu­jącą do tej pory na wsi mate­rią, któ­rej walory zostały dostrze­żone i wyko­rzy­stane. Krzyże zaświad­czają, jak różne było poczu­cie este­tyki miesz­kań­ców wsi, nie tylko w potocz­nym rozu­mie­niu „kiczo­wate”, złak­nione bra­ku­ją­cych w codzien­nym, znoj­nym życiu świą­tecz­nych kolo­rów, ale także ceniące mini­ma­lizm, szla­chet­ność mate­riału, walor pro­stej lub wyszu­ka­nej, ale cały czas dosko­na­łej formy. Ta sztuka miała swo­ich twór­ców i odbior­ców, a sądząc po popu­lar­no­ści było ich cał­kiem wielu. Wizu­alna pre­zen­ta­cja krzyży była głę­boko prze­my­ślaną inten­cją. Na tle czy­stego nieba krzyż sta­no­wił mocny, oddzia­łu­jący eks­pre­syj­nie punkt. W tere­nie cze­ka­ją­cych na koro­zję i zapo­mnie­nie krzyży, pozo­stało nie­wiele. W muze­ach nie da się w pełni podzi­wiać tego efektu, który miały two­rzyć wraz ze sferą nie­bie­ską, ale możemy podzi­wiać ich wyszu­kane formy (wystawa stała w PME „Ręko­dzieło i rze­mio­sło ludowe”). Krzyże żela­zne wystę­po­wały w całej Pol­sce, ale naj­wię­cej było ich we wschod­nim pasie, na Pod­la­siu i z tych tere­nów oraz z rejonu Kur­piów pocho­dzą w więk­szo­ści krzyże z kolek­cji PME (96 krzyży kowalskich).

Może przy oka­zji pierw­szo­li­sto­pa­do­wych wyjaz­dów w różne strony Pol­ski uda się jesz­cze natra­fić w tere­nie wykuty z żelaza krzyż, na roz­staju dróg, przy dro­dze, na cmen­ta­rzu… po to by móc w pełni podzi­wiać efekty for­malne: kon­trast meta­licz­nej czerni krzyża z błę­ki­tem nieba, świe­tli­stość stali odbi­ja­ją­cej słońce, przej­rzy­stość ażuru, lek­kość syl­wetki, dopa­so­wa­nie mate­riału do formy, współ­gra­nie mate­rii z duchem…



[1] Woj­ciech Kowal­czuk, 1992, Krzyże  kowal­skie na Pod­la­siu, Bia­ły­stok: Muzeum Okrę­gowe w Białymstoku

[2] Jacek Olędzki, 1961, Arty­styczna twór­czość kowal­ska na tere­nie kur­piow­skiej Pusz­czy Zie­lo­nej od końca XIX w. do I wojny świa­to­wej [w:] Pol­ska sztuka Ludowa, nr 4

Kategorie: Antropologia kultury, badania terenowe, eksponaty, Muzealia, rok obrzędowy, sztuka ludowa, Tradycja
Tagi: , , , ,