Maj w kolorach biało-czerwonych
….czerwona jak puchar wina,
biała jak śnieżna lawina….
(fragm. wiersza K. I. Gałczyńskiego Pieśń o fladze)
Wyrażenie stanu ducha barwą – to zjawisko znane od wieków i nie chodzi tylko o strój żałobny (zresztą jako czarny wprowadzony dość późno w Europie). Średniowieczny rycerz ‘zbrzydzony i znudzony światem’ dodawał do swego stroju coś z czerni i czerwieni, akcentujący swa wierność przywdziewał zaś niebieski…. A może zaaplikować żółte kwiaty na żółtaczkę, a czerwone na tamowanie krwi? Tak, jeśli postępujemy według XVI-wiecznej nauki o sygnaturze, która każdej roślinie przypisywała pożyteczny dla człowieka kształt i kolor.
Polska flaga, bo to ona ma być punktem wyjścia tej notki, edukowanym w Polsce dzieciom kojarzy się zawsze z ‘krwią i bliznami’. W wielkim koszu kultury poszukajmy jednak jeszcze innych znaczeń czerwieni i bieli, uznając je –tak jak i całą resztę barw– za funkcje kultury ze swoimi znaczeniami, kontekstami werbalnymi, społecznościowymi, różniącymi się odbiorem w swoim historycznym zróżnicowaniu.
BIAŁY
Biel kojarzono z jasnością dnia, a więc z ludzką aktywnością, słońcem, ładem, »[biały] jest najwspanialszą potęgą światła,(…) jest światłem samem« (Karol Libelt). Biel to świętość: stąd biały sęp nad głową faraona strzegący egipskiego władcy i stąd białe szaty kapłanów oraz biel zwierząt ofiarnych traktowanych często jako epifanie samych bóstw. Biały wyraża również ideę chwały, promieniującą szczęśliwość, a np. w Kościele Katolickim podkreśla nastrój świąteczny i często łączony jest ze złotym. W polskim folklorze znajdujemy »białą« górę jako tę stojącą w opozycji do góry ciemnej, »łysej«– złej. Mówi się też o białym kamieniu– umieszczony na granicy między światami, jest związany z płodnością, dlatego w niektórych regionach pannę młoda sadzano właśnie na białym kamieniu i na takim też w piosenkach oplakiwano śmierć najbliższych (» siedział Jasio na białym kamieniu/trzymał martwą Kasię na swojem ramieniu«). Owa »zaświatowość« bieli widoczna jest także w kolorze żałobnym, jakim biel jest w wielu kulturach (także dawniej na wsiach polskich) , w bieli całunu, w bieleniu grobów… Najwięcej bieli w polskim stroju ludowym znajdziemy w tradycyjnym odzieniu z Biłgoraja, a także na Pogórzu.
CZERWONY
Czerwień to kolor krwi i ognia, mocy oczyszających i gniewu, wojny i miłości. Biorą ją sobie za atrybut bogowie słoneczni i wojowniczy (Mars, Perkun, Thor), jako symbol władzy przez wieki zgłaszają wyłączny akces władcy tego świata odziani w purpurę i szkarłat. W heraldyce szlacheckiej czerwień symbolizuje cnotę odwagi oraz waleczność. Czerwień w obrzędach weselnych często widzi się w strojach drużbów (np. czerwone szaliki w Azerbejdżanie, czerwone wstążki w Wielkopolsce), bo podkreśla ich godność,a także symbolizuje sprowadzenie obecnych śmiertelników do sfery śmierci. Czerwień i śmierć – tak, to połączenie obecne w wielu rytuałach, spójrzmy chociazby na malujacych się »na wojenną ścieżkę« Indian, ukraińskie czerwone pasy pogrzebowe i pomalowane na czerwono trumny w Nowej Zelandii. Bo czerwień chroni – przed demonami, przed szkodą, przed pechem: przykład? Przewiązywanie, przetykanie nicią czerwoną było obecne w codzienności naszych pradziadów – w XIX wieku np. przywiązanie hazardziście do prawej ręki czerwoną nitka serca nietoperza zapewniało wygraną.
Z kolei ja sama pamiętam uwagi młodych (!) matek kierowane do mnie; »a czemu wózek bez czerwonej wstążeczki? Ja swojemu synkowi przywiesiłam taką«. Od jakiegoś czasu widuję te kokardy całkiem pokaźnych rozmiarów – może powstał jakiś specjalny rynek związany z niszą pt. apotropeion? W kazdym razie– gdyby Wam masło czy ciasto nie wychodziło– przykryjcie je czerwoną chustką jak to się dawniej robiło i poproście ukochanych o sznur czerwonych korali: odpędzą diabła, koszmary, obronią przed piorunami i wiatrami, chorobą.
Kategorie: Antropologia kultury, polityka, Tradycja, życie miastaTagi: flaga, kolory
Erzulie, czyli inna wersja znanego oblicza
Czy obrazek obok czegoś nam nie przypomina? Skąd znamy to „oblicze, na nim cięte rysy dwie”? Tak, skojarzenie z Matką Boską z Jasnej Góry jest jak najbardziej adekwatne; myli się jednak ten, kto uzna, że to wizerunek Maryi. Po raz kolejny mieszkańcy Ameryki dowodzą, że chrześcijaństwo (lub jego elementy) przyjmowali po swojemu…
Na obrazie widnieje bowiem Erzulie Dantor, loa, czyli niezwykle silny duch, któremu oddaje się cześć w religii voodoo. Jest ona przede wszystkim patronką kobiet, gdyż nic, co związane z kobiecą stroną duszy – miłość, zazdrość, oddanie czy gniew – nie jest jej obce. Z jednej strony przedstawiana jest jako siła piękna, dobroci i miłosierdzia, z drugiej natomiast potrafi być bezwzględną mścicielką za doznane krzywdy. Rany na jej twarzy są pamiątką po pojedynku z kobietą — według niektórych wersji z własną siostrą, inni znowuż twierdzą, że są to plemienne skaryfikacje. Niezależnie od przyczyny powstania, blizny dowodzą, iż Erzulie jest silna i wytrzymała, odporna na przeciwności losu; i to też oferuje swoim wyznawcom: nie jest to loa, które pomaga szybko i łatwo zdobyć sukces i pieniądze, ona tylko stwarza stosowne okazje i dodaje siły, gdy nie wszystko idzie zgodnie z planem. Chodzi ubrana w czerwienie i błękity, a jej symbolem jest serce przebite nożem. Na ramieniu opiekuńczo trzyma małe dziecko, córkę Anais, nieślubne potomstwo z jednego ze swoich romansów. Stąd też wiadomo, że chroni ona dzieci i samotne matki, zapewnia im bezpieczeństwo i pomaga się utrzymać. Jest zawziętą obrończynią kobiet i potrafi srogo zemścić się na tych, którzy je maltretują i wyrządzają im jakąkolwiek krzywdę. Nóż, czy też sztylet, obecny w jej symbolice oznacza nie tylko, iż była ona niejednokrotnie zraniona, ale także, że sama potrafi zadawać nim rany — jedna z pieśni do Erzulie mówi „Podajcie mi nóż, podajcie mi sztylet!”. Jej wściekłość, tak samo jak jej miłość, jest potężna. To umiłowanie kobiet sprawiło, że została też patronką lesbijek, jednak służą jej i proszą ją o wsparcie również mężczyźni wiernie i mocno związani z płcią przeciwną. 
Wyznawcy voodoo wierzą, że Erzulie, obejmując w posiadanie ciało swojej kapłanki i przemawiając przez jej usta wezwała Haitańczyków do wzniecenia rewolucji przeciwko Francuzom. Kobieta zapłaciła za to wysoką cenę: jej pobratymcy obcięli jej język, by nie mogła zdradzić tajemnic buntowników (inna wersja mówi, że straciła go w trakcie tortur we francuskiej niewoli). Dlatego też bogini nie potrafi mówić, a jest w stanie wydawać z siebie jedynie powtarzaną sylabę „Ke – ke — ke”. Mowę Erzulie potrafi zrozumieć tylko jej córka Anais, która służy matce za tłumaczkę i pośredniczkę.
A skąd jej znajome oblicze? Nasza polska Matka Boska przywędrowała na Haiti wraz z legionistami, którzy walczyli w trakcie powstania przeciwko rebeliantom, po stronie Francuzów. Z czasem jednak część z nich przeszła na stronę powstańców, niosąc ze sobą obraz Maryi. Legioniści odeszli, obraz Czarnej Madonny pozostał, choć w nieco innej wersji i interpretacji…
* źródło portretu Erzulie: http://www.mysticvoodoo.com/erzulie.htm
Kategorie: Ameryka Południowa, Antropologia kultury, Matka Boska, przesądyTagi: Erzulie; Ameryka Południowa, loa
Psychopompos z zawiniątkiem
»Bocian, bocian kiszka, przynieś mi braciszka! Bocian, bocian kaczka, przynieś mi dzieciaczka!« — krzyczały niegdyś dzieci z okolic Białegostoku. Bociek przynoszący dzieci – to najbardziej chyba popularny obrazek kojarzący nam sie z długonogim klekoczącym Wojtkiem, Grześkiem czy busłem. Kobieta potrącona przez przebierańca zapustnego– bociana, ani chybi zajdzie w ciążę, widok bociana lecącego nad domem wróży narodziny, figurki tego ptaka z zawiniątkiem w dziobie spotykamy w obrzędowości weselnej (chociażby na kartkach okolicznościowych w Polsce), w mitologii rzymskiej bocian poświęcony bogini Wenus przynosi zapowiedzi związane z miłością i małżeństwem, a polska panna wypatrzywszy boćka na wiosennym niebie także mogła być pewna szybkiego zamążpójścia. Z kolei Japonczycy ustawiają w domu pana młodego weselne drzewko z bocianim gniazdem i pisklętami, ozdobione kwiatami i innymi symbolami szczęścia. Ciekawostką z naszego terenu jest fakt, iż w XVI wieku bocian = szczęście: mówiąc »bociana sprowadzić« mówiło się tym samym: „sprowadzić szczęście”. …
Czytaj całość »
Kategorie: Antropologia kultury, przesądy, TradycjaTagi: bocian, bocianie łapy, Warszewo, wiosna
Co robi etnolog w Gorcach?
Kolejne pytanie, na które odpowiedź zdaje narzucać się sama… Jest na badaniach terenowych; inwentaryzuje ostatnie, rozpadające się gorczańskie szałasy — uwielbia wszakże drewniane budownictwo ludowe; odwiedza ostatnich jeszcze żyjących w Ochotnicy i okolicznych dolinach gospodarzy, co po Gorcach wędrowali małymi wydeptanymi ścieżkami, co pamiętają brak hałasu motoru spalinowego w górach, — narzędzia gospodarcze to jego konik; szuka gorczańskich skrzyń z kwietnym motywem i innych sprzętów: jarzma do pracy w polu z wołkiem, grzebieni do borówek, drewnianej snycerki, stołów, naczyń drewnianych nart smarowanych smołą gdy zimą szło się w góry… Ale tak, tak to wygląda już tylko sen etnologa/grafa. Na jawie był tam zwyczajnie poczłapać na nartach i zobaczyć prawdziwą zimę, pobyć w samotności, uciec z miasta. …
Czytaj całość »
Kategorie: Antropologia kultury, przesądyTagi: Almatsy, Gorce, Loch Ness, Otzi, Yeti
Ursus carnavalis
Założę się, że każdy kto czyta te słowa widział choć raz film „Miś” Stanisława Barei. Idę też o drugi zakład, że mało kto wie, iż ów przedziwny twór istnieje w rzeczywistości pozafilmowej. Do czego służy? Dlaczego jest słomiany? Czy bywa też inny? W jakich rozmiarach? I przede wszystkim, dlaczego podobne mu istoty zasiedlają w dużych ilościach magazyny i sale wystawowe nie tylko polskich muzeów etnograficznych?
Tytułowa maszkara stanowi podstawowy składnik zwierzo-człeczej menażerii zakradającej się do ludzkich siedzib w okresie zimowym. W Polsce bywa nazywana niedźwiedziem zapustnym, a widuje się ją w dwóch postaciach: jako przebierańca — mężczyznę przywdziewającego niedźwiedzi kostium w skali 1:1, lub też jako kukłę, zazwyczaj słomianą czyli z materiału idealnie poddającego się wpływowi przeróżnych żywiołów. Trzeba bowiem wiedzieć, że dla niedźwiedzia zabawa kończy się niewesoło. Ulega zagładzie poprzez zadźganie, powieszenie, spalenie lub utopienie by móc odrodzić się za rok, a jego śmierć jest rodzajem ofiary, dzięki której ludzkość ciągnie dalej swój znojny żywot. …
Czytaj całość »
Kategorie: Antropologia kultury, badania terenowe, rok obrzędowy, sztuka ludowa, TradycjaTagi: karnawał, miś, ursus carnavalis, zapusty
ALASITAS
Co roku, 24-go stycznia, boliwijskie La Paz zapełnia się sprzedawcami miniaturek. W zminimalizowanej wersji można dostać wszystko: od dzbanków i garnków, po dobry, markowy samochód. Wszystko maksymalnie kilkunastocentymetrowe. Tylko do czego może służyć taki nabytek?
Tak naprawdę do niczego; przedmioty mają bowiem znaczenie symboliczne: kupujący materializuje w ten sposób swoje marzenia i plany na nadchodzący rok, mając nadzieję, że dzięki wstawiennictwu bóstwa ajmara, Ekeko, staną się one rzeczywistością. Miał on jednak obficie darzyć ludzi dobrami nie tylko materialnymi, ale także duchowymi i fizycznymi. Stąd też maleńkie figurki dzieci dla pragnących potomstwa, czy amulety dla spragnionych miłości (w tym jednak przypadku, lepiej taki amulet dostać, niż kupić samemu).
Święto to, nazwane Alasitas, co w języku ajmara znaczy “kup mi”, trwa ponad dwa tygodnie i przyciąga do miasta ponad cztery tysiące rzemieślników i artystów, ale też rozmaitych firm, które mogą sprzedać swoje produkty w trakcie niekończącego się targu.
Jednak to pierwszy dzień jest najważniejszy. Wtedy właśnie, w samo południe, odbywa się rytuał ch’alla, czyli skropienie miniaturek alkoholem i okadzenie ich, połączone z modlitwą. W trakcie tej ceremonii mieszają się wpływy przedhiszpańskie i katolickie, niektórzy bowiem wzywają wstawiennictwa Ekeko, a inni Jezusa lub Matki Boskiej.
Maleńkie przedmioty trafiają potem do rąk dzieci, dla których do dziś stanowią nie lada atrakcję (niejedna mała dama urządziła sobie tak miejsce do zabawy w dom). Może to właśnie od nich i typowo dziecinnego nawoływania „Kup mi!” wzięła się nazwa święta?
Kategorie: Ameryka Południowa, Antropologia kultury, rok obrzędowy, TradycjaTagi: alasitas, Ekeko, miniaturki
Co robi etnolog na spektaklu, czyli do trzech razy sztuka.
Gdyby ktokolwiek miał skomentować sytuację, w jakiej ostatnio znalazł się etnolog, to w zależności od punktu widzenia jedni powiedzieliby zazdrośnie: — Ależ trafiła mu się gratka, inni zaś zarzuciliby mu snobizm, a jeszcze kolejni zapytaliby: — Co? Na kim byłeś? A etnolog powiedziałby — że pierwsi i drudzy mają rację, a i pozostałych też rozumie. Otóż był on na premierze „Opowieści afrykańskich według Szekspira”.
Prawdę mówiąc nie powinienem tu strzępić języka nad „końcem” Warlikowskiego, nad wyczerpaniem się przez niego obranej konwencji. Wzmaga to tylko zainteresowanie sztuką, która nie jest tego warta. Ale zrobię to, ponieważ spektakl jest nie tylko wydarzeniem kulturalnym i produktem z rynku usług kulturalnych zaspokajającym snobistyczne zachcianki egzaltowanej publiczności. Spektakl domaga się komentarza. Ma on przecież wyraz głębszy. Każdy by się obruszył gdyby traktować przedstawienie tylko jako event (a trwa na tyle długo, że zintegrować można niejedną grupę)… A jaki głębszy wyraz miał dla etnologa, to zaraz opowiem.
Nim jednak przejdę do clue narracji, oddam Warlikowskiemu co warlikowskie. Rzeczywiście w hierarchii wydarzeń kulturalnych premiera „Opowieści afrykańskich…”, równać się może z Euro 2012 w skali widowiska sportowego, oczywiście dla określonego odbiorcy: jest marka, jest profesjonalizm, jest jakość, jest warsztat, jest bankiet, jest światek. Są tak ważne dla reżysera emocje, tematy, świetna aktorska gra. Słowem jest wszystko czego po Warlikowskim moglibyśmy się spodziewać. Czego więc brakuje?
(A)pollonia, Koniec, Opowieści w Warszawie to …: trzy akty, trzy studia, trzy zarwane noce, jedna scenografia, to samo oświetlenie, te same sposoby wykorzystania multimediów, ten sam brak jakiejkolwiek logiki i sensu. Ale „(A)pollonię” i wieszczy „Koniec-Warlikowskiego”(choć pełen podziwu jestem, że można własny koniec tak wypromować, oczywiście poza konkurencją jest koniec świata) zostawmy na boku, przyjrzyjmy się tylko „Opowieściom…”. …
Czytaj całość »
Kategorie: Antropologia kultury, EtnoWarszawa, Warszawa, życie miastaTagi: Opowieści afrykańskie, Szekspir, teatr, Warlikowski
Na tym wzgórzu postawcie mi świątynię…
„Na tym wzgórzu postawcie mi świątynię… Będę tam, zawsze gotowa by wysłuchać waszego płaczu, waszych smutków, by uleczyć z wszelkich trosk, każdego bólu, cierpienia…”
Gdy biedny Indianin, ochrzczony hiszpańskim imieniem Juan Diego, ujrzał Matkę Boską na wzgórzu Tepeyac, nie mógł przypuszczać, że oto właśnie rodzi się kult, który przetrwa setki lat i stanie się nieodłączną częścią meksykańskiej tożsamości kulturowej i religijnej. Według legendy, gdy ówczesny biskup nie chciał uwierzyć w jego wizje, Matka Boska sprawiła cud: na wzgórzu w środku zimy rozkwitły róże, które Juan Diego miał zebrać do swojego płaszcza i zanieść do siedziby władz kościelnych. Gdy rozsypał je przed zaskoczonym biskupem okazało się, że kwiaty zostawiły na płaszczu nie tylko swój zapach, ale i obraz objawiającej mu się Świętej Panienki. Miało to miejsce 12 grudnia 1531 roku, w dniu, który do dziś pozostaje świętem Matki Boskiej z Guadalupe, Patronki Meksyku i Cesarzowej Ameryk. …
Czytaj całość »
Kategorie: Antropologia kultury, Matka Boska, rok obrzędowyTagi: Matka Boska, Tepeyac
Kathak, czyli gdzie sięgają korzenie flamenco
Flamenco… Były czasy, gdy była to muzyka ‘wyrzutków i marginesu społecznego’ lub ‘ludowy przeżytek’, obecnie natomiast jest to ceniona forma wyrazu artystycznego nieodłącznie kojarzona z Cyganami i Hiszpanią. Jednak jej pochodzenie do dziś pozostaje tajemnicą. Teorii jest co najmniej kilka: jedna mówi o wyraźnych korzeniach arabskich, inna o pieśniach Żydów wyrzuconych z Al-Andalus, kolejna o Romach niewiadomej proweniencji. Istnieje też wersja, która mówi o jej indyjskich źródłach…
Według tej teorii około XI wieku tysiące mieszkańców północnych Indii, przede wszystkim przedstawicieli najbiedniejszych i zmarginalizowanych warstw tamtejszego społeczeństwa, porzuciło swoją ojczyznę i wyruszyło przed siebie w poszukiwaniu lepszego jutra. Ludzie ci to praprzodkowie dzisiejszych Romów, a dowodem na to mogłyby być podobieństwa pomiędzy językiem romani a sanskrytem i pendżabskim.
Jest jednak jeszcze jeden znaczący ślad – wyraźny związek pomiędzy tańcem flamenco a klasycznym stylem indyjskim kathak. Oba tańce, wykonywane na ogół solowo, opierają się mocno na rytmie podkreślanym przez artystę: we flamenco służy do tego stukot obcasów oraz klaskanie w dłonie, w kathaku na kostki tancerza lub tancerki zakładane są ghoongroo – skórzane bransolety z przymocowanymi w rzędach dzwoneczkami. Niektórzy pokusili się nawet o stwierdzenie, że współczesne hiszpańskie kastaniety mogą być pochodną indyjskiego instrumentu zwanego kartal – zbudowanego z drewnianych bloczków drewna z wstawionymi pomiędzy nie małymi metalowymi talerzami — który służy do nadawania rytmu melodii. Kathak swoimi miękkimi i płynnymi gestami stara się opowiedzieć widzowi znaną historię lub legendę. Romskie flamenco to natomiast przekaz pełen ekspresji, który skupia się na stworzeniu więzi emocjonalnej pomiędzy widownią a wykonawcą. Znaczenie gestów nie jest skodyfikowane, mają one służyć podkreśleniu przeżyć tancerza: cierpienia, radości, smutku, tęsknoty.
Z powyższą teorią można się zgadzać lub nie, nie da się jednak ukryć, że same ruchy, choć wykonywane z różną ekspresją, są w obu tańcach bardzo podobne…
http://www.youtube.com/watch?v=EWJHYoVdshg&feature=related
http://www.youtube.com/watch?v=FoNjpIezVVQ
http://www.youtube.com/watch?v=v76aUtOb8Ow&feature=related
Kategorie: Antropologia kultury, muzyka, taniec
Tagi: flamenco, indie, kathak, taniec
Res musealiae: Krzyże z żelaza
Najprostsze w formie – kute z dwóch pasów metalu łączonych ze sobą nitem (rzadziej zgrzewanych)[1]; małe „z surowca jaki się nadarzył, z wszelkiego rodzaju ścinków i odpadków”[2], duże, o imponujących wymiarach – ze specjalnych sztab, jakich używano do wyrobu osi u wozów, zatykane na szczycie domu, bramy cmentarnej, wbijane w wierzchołek drewnianego krzyża, wieńczące kapliczki – wykuwane ze sztab, sztabek, sztywnych prętów o przekroju okrągłym lub kwadratowym, formowane z drutu jako plecionki, i z taśmy; przybijane do desek w szczycie budynku mieszkalnego – z płatów rozklepanego płaskownika lub gotowej blachy; późniejsze z fabrycznych kwadratowych prętów i powojenne z rur i kątowników – krzyże z żelaza. Zależnie od przeznaczenia, wykonywane z zastosowaniem określonego materiału i określonej kowalskiej obróbki, co decydowało zasadniczo o ich formie plastycznej: zakończenia ramion z kutymi motywami liści, kwiatów lilii, krzyżyków, półksiężyców, trójkątów, trapezów, prostokątów, miejsce krzyżowania ramion podkreślone pełnymi, bądź ażurowymi wyobrażającymi słońce kółkami, z inskrypcją „IHS”; promieniami prostymi, falistymi lub fantazyjnie wygiętymi – pojedynczymi, podwójnymi, potrójnymi. Na głównym ramieniu pojawiały się: symboliczny półksiężyc, gwiazdy (jako zwycięstwo nad pogaństwem), chorągiewka z datą i kogut, pełniące niekiedy funkcje wiatrowskazów. Krzyże prawosławne wyróżniała ukośna belka. Występowały dwa typy krzyży: samoistne (do 5 m wysokości licząc wraz z kamienną podstawą i ok. 1,5 m szerokości) i figury uzupełniające, występujące jako zwieńczenia krzyży drewnianych, kapliczek, bram cmentarnych, szczytów budynków mieszkalnych (40–70 cm wysokości i 20–50 cm szerokości).
Okres najlepszej passy dla wyrobów kowalskich, nie tylko krzyży, to koniec wieku XIX, kiedy to pojawiła się na wsi w dużym wyborze – stal przemysłowa i zaczął się popyt na wyroby kowalskie. W wymiarze pracy – żelazo oznaczało trwalsze, bardziej funkcjonalne narzędzia i sprzęt gospodarski, w wymiarze estetycznym – stało się nową, nie występującą do tej pory na wsi materią, której walory zostały dostrzeżone i wykorzystane. Krzyże zaświadczają, jak różne było poczucie estetyki mieszkańców wsi, nie tylko w potocznym rozumieniu „kiczowate”, złaknione brakujących w codziennym, znojnym życiu świątecznych kolorów, ale także ceniące minimalizm, szlachetność materiału, walor prostej lub wyszukanej, ale cały czas doskonałej formy. Ta sztuka miała swoich twórców i odbiorców, a sądząc po popularności było ich całkiem wielu. Wizualna prezentacja krzyży była głęboko przemyślaną intencją. Na tle czystego nieba krzyż stanowił mocny, oddziałujący ekspresyjnie punkt. W terenie czekających na korozję i zapomnienie krzyży, pozostało niewiele. W muzeach nie da się w pełni podziwiać tego efektu, który miały tworzyć wraz ze sferą niebieską, ale możemy podziwiać ich wyszukane formy (wystawa stała w PME „Rękodzieło i rzemiosło ludowe”). Krzyże żelazne występowały w całej Polsce, ale najwięcej było ich we wschodnim pasie, na Podlasiu i z tych terenów oraz z rejonu Kurpiów pochodzą w większości krzyże z kolekcji PME (96 krzyży kowalskich).
Może przy okazji pierwszolistopadowych wyjazdów w różne strony Polski uda się jeszcze natrafić w terenie wykuty z żelaza krzyż, na rozstaju dróg, przy drodze, na cmentarzu… po to by móc w pełni podziwiać efekty formalne: kontrast metalicznej czerni krzyża z błękitem nieba, świetlistość stali odbijającej słońce, przejrzystość ażuru, lekkość sylwetki, dopasowanie materiału do formy, współgranie materii z duchem…
[1] Wojciech Kowalczuk, 1992, Krzyże kowalskie na Podlasiu, Białystok: Muzeum Okręgowe w Białymstoku
[2] Jacek Olędzki, 1961, Artystyczna twórczość kowalska na terenie kurpiowskiej Puszczy Zielonej od końca XIX w. do I wojny światowej [w:] Polska sztuka Ludowa, nr 4
Tagi: eksponaty, muzeum, święta, Tradycja, zbiory



















