Beta

Bądź na bieżąco - RSS

Archiwum kategorii „Tradycja”

Grochowskie kapliczki

Przy­drożne kapliczki. Od wie­ków wro­śnięte w pol­ski kra­jo­braz. Muro­wane, drew­niane, skrzyn­kowe, dom­kowe, słu­powe, wnę­kowe, bal­da­chi­mowe, figury przy­drożne, krzyże. W całej Pol­sce stoją ich tysiące.  Każda z nich ma osobną histo­rię, jakąś tajem­nicę, skrywa frag­ment czy­je­goś życia. Pro­szalne, wotywne, dzięk­czynne, gra­niczne, upa­mięt­nia­jące czy­jąś nagłą śmierć, czy ozna­cza­jące miej­sca, w któ­rych wiara mie­sza się z magią. Przy­wy­kli­śmy już do ich widoku tak bar­dzo, że czę­sto nie zwra­camy na nie uwagi. Nie wia­domo dokład­nie, kiedy powstały pierw­sze kapliczki. Według jed­nej z legend, nazwa „kapliczka” pocho­dzi od słowa cappa (łac.) ozna­cza­ją­cego płaszcz. Kon­kret­nie cho­dzi tu o płaszcz św. Mar­cina, biskupa z Tours.

No dobrze, przy­drożne kapliczki to jedno – ale spa­ce­ru­jąc po wiel­kim mie­ście, jakim jest War­szawa, rów­nież można się natknąć na te małe miej­sca kultu. Widoczne są zwłasz­cza w maju, kiedy to zbie­rają się pod nimi oko­liczni miesz­kańcy, by odmó­wić lita­nię do Matki Boskiej. Zatrzy­mują się pod nimi kościelne pro­ce­sje w Boże Ciało, ruszają spod nich pielgrzymki.

Spa­ce­ru­jąc po Gro­cho­wie, gdzie miesz­kam, wła­ści­wie co krok napo­ty­kam na kapliczki. Stare, nowe, znisz­czone, zadbane – ale pra­wie zawsze oto­czone kul­tem. Oto naj­cie­kaw­sze z nich:

  1. 1. Kapliczka z 1829 roku sto­jąca na ul. Mię­dzy­bor­skiej przy al. Sta­nów Zjed­no­czo­nych. W środku znaj­duje się figurka Matki Boskiej Nie­po­ka­la­nej. Według legendy w tym miej­scu grze­bano Pola­ków pole­głych pod­czas bitwy pod Olszynką Gro­chow­ską w 1931 roku.
  2. 2. Święte drzewo na ul. Pod­skar­biń­skiej. Podobno kapliczki miały uchro­nić drzewo przed śmier­cią – i naj­wy­raź­niej im się to udało. W maju można zoba­czyć pod drze­wem oko­licz­nych miesz­kań­ców odma­wia­ją­cych lita­nie, palą­cych zni­cze i przy­no­szą­cych świeże kwiaty.
  3. 3. Kapliczka na klatce scho­do­wej kamie­nicy przy ul. Czapelskiej 30. Ołta­rzyk powstał tuż przed drugą wojną świa­tową z ini­cja­tywy gospo­da­rzy domu. W cza­sie wojny i wiele lat po niej miesz­kańcy zbie­rali się w tym miej­scu na wspólną modlitwę.
  4. 4. Figurka świę­tego Eks­pe­dykta – ul. Chłopickiego 54. Nad bal­ko­nem ostat­niego pię­tra bar­dzo znisz­czo­nej kamie­nicy można dostrzec malutką, rów­nie znisz­czoną figurkę, która przed­sta­wia ryce­rza w zbroi, trzy­ma­ją­cego w lewej ręce palmę męczeń­stwa, a stopą dep­czą­cego kruka, który sym­bo­li­zuje dzień jutrzej­szy. To święty Eks­pe­dykt, potężny opie­kun i łaskawy orę­dow­nik, patron spraw trud­nych i bez­na­dziej­nych. Cie­ka­wostką jest, że na Gro­cho­wie można zna­leźć jesz­cze jedną figurę św. Eks­pe­dykta – nie­dawno odno­wioną – na fron­cie kamie­nicy przy ul. Grochowskiej 263.
  5. 5. Kapliczka z Matką Boską Różań­cową na fron­cie pię­tro­wego domu przy ul. Zamienieckiej 25A; do nie­dawna miesz­kały w nim Sio­stry Pasjo­nistki św. Pawła od Krzyża.
  6. 6. Krzyż meta­lowy z małą pasją przy ul. Chłopickiego 49b, w pobliżu prze­jazdu kole­jo­wego na Olszynce Gro­chow­skiej. Według daty na cokole został usta­wiony w 1912 roku, w domnie­ma­nym miej­scu zra­nie­nia gen. Józefa Chło­pic­kiego w cza­sie bitwy o Olszynkę Grochowską.
  7. 7. Krzyż drew­niany na rogu ulic Mię­dzy­bor­skiej i Gro­chow­skiej, ufun­do­wany w 1820 roku przez Sta­ni­sława Bali­szew­skiego w podzięce za ura­to­wa­nie Gro­chowa przed epi­de­mią cho­lery. W cza­sie bitwy pod Olszynką Gro­chow­ską w pobliżu krzyża sta­cjo­no­wał powstań­czy sztab gene­rała Józefa Chło­pic­kiego, a także znaj­do­wał się szpi­tal polowy. Według legendy obok tego krzyża w 1831 roku zmarł wsku­tek odnie­sio­nych ran gene­rał Fran­ci­szek Żymirski.
  8. 8. Mural na ścia­nie domu na skrzy­żo­wa­niu ulic Osow­skiej i Domeyki. Jesz­cze kilka lat temu w tym miej­scu znaj­do­wały się drzwi do budynku. Potem je zamu­ro­wano, a jakiś arty­sta nama­lo­wał na ścia­nie wize­ru­nek Matki Boskiej. Przy­kład sacrum wiel­ko­miej­skiego – na szczę­ście nie zauwa­ży­łam, żeby mural był przed­mio­tem kultu.
  9. 9. Kapliczka w lesie Olszynka Gro­chow­ska – praw­do­po­dob­nie upa­mięt­nia miej­sce śmierci (a może i pochówku) jed­nego z żołnie­rzy wal­czą­cych w bitwie o Olszynkę. Takich kapli­czek w gąsz­czu rezer­watu można spo­tkać kil­ka­na­ście i każda z nich jest przy­stro­jona kwia­tami, a cza­sem nawet palą się pod nimi znicze.
Kategorie: EtnoWarszawa, Matka Boska, rok obrzędowy, Tradycja, Warszawa, życie miasta
Tagi: , , ,

Maj w kolorach biało-czerwonych

….czer­wona jak puchar wina,
biała jak śnie­żna lawina….

(fragm. wier­sza K. I. Gał­czyń­skiego Pieśń o fladze)

                Wyra­że­nie stanu ducha  barwą – to zja­wi­sko znane od wie­ków i nie cho­dzi tylko o strój żałobny (zresztą jako czarny wpro­wa­dzony dość późno w Euro­pie).  Średnio­wieczny rycerz ‘zbrzy­dzony i znu­dzony świa­tem’ doda­wał do swego stroju coś z czerni i czer­wieni,  akcen­tu­jący swa wier­ność przy­wdzie­wał zaś nie­bie­ski…. A może zaapli­ko­wać żółte kwiaty na żółtaczkę, a czer­wone na tamo­wa­nie krwi? Tak,  jeśli postę­pu­jemy według XVI-wiecznej nauki o sygna­tu­rze, która każ­dej rośli­nie przy­pi­sy­wała poży­teczny dla czło­wieka kształt i kolor.

Pol­ska  flaga, bo to ona ma być punk­tem wyj­ścia tej notki, edu­ko­wa­nym w Pol­sce dzie­ciom koja­rzy się zawsze z ‘krwią i bli­znami’. W wiel­kim koszu kul­tury poszu­kajmy jed­nak jesz­cze innych zna­czeń czer­wieni bieli, uzna­jąc je –tak jak i całą resztę barw– za funk­cje kul­tury ze swo­imi zna­cze­niami, kon­tek­stami wer­bal­nymi, spo­łecz­no­ścio­wymi, róż­nią­cymi się odbio­rem w swoim histo­rycz­nym zróżnicowaniu.

BIAŁY

Biel koja­rzono z jasno­ścią dnia, a więc z ludzką aktyw­no­ścią, słoń­cem, ładem, »[biały] jest naj­wspa­nial­szą potęgą świa­tła,(…) jest świa­tłem samem« (Karol Libelt).  Biel to  świę­tość: stąd biały sęp nad głową fara­ona  strze­gący egip­skiego władcy i  stąd białe szaty kapła­nów oraz biel zwie­rząt ofiar­nych trak­to­wa­nych czę­sto jako epi­fa­nie samych bóstw.  Biały wyraża rów­nież ideę chwały, pro­mie­niu­jącą szczę­śli­wość, a np. w Kościele Kato­lic­kim pod­kre­śla nastrój świą­teczny i czę­sto łączony jest ze zło­tym. W pol­skim folk­lo­rze znaj­du­jemy »białą« górę jako tę sto­jącą  w opo­zy­cji do góry ciem­nej, »ły­sej«– złej.  Mówi się też o bia­łym kamie­niu– umiesz­czony na gra­nicy mię­dzy świa­tami, jest zwią­zany z płod­no­ścią, dla­tego w nie­któ­rych regio­nach pannę młoda sadzano wła­śnie na bia­łym kamie­niu i na takim też w pio­sen­kach opla­ki­wano śmierć naj­bliż­szych (» sie­dział Jasio na bia­łym kamieniu/trzymał mar­twą Kasię na swo­jem ramie­niu«).   Owa »za­świa­to­wo­ść« bieli widoczna jest także w kolo­rze żałob­nym, jakim biel jest  w wielu kul­tu­rach (także daw­niej na wsiach pol­skich) , w bieli całunu, w bie­le­niu gro­bów… Naj­wię­cej bieli w pol­skim stroju ludo­wym znaj­dziemy w tra­dy­cyj­nym odzie­niu z Bił­go­raja, a także na Pogórzu.

CZERWONY

Czer­wień to kolor krwi i ognia, mocy oczy­sza­ją­cych i gniewu, wojny i miło­ści. Biorą ją sobie za atry­but bogo­wie sło­neczni i wojow­ni­czy (Mars, Per­kun, Thor), jako sym­bol wła­dzy przez wieki zgła­szają wyłączny akces władcy tego świata odziani w pur­purę i szkar­łat. W heral­dyce szla­chec­kiej czer­wień sym­bo­li­zuje cnotę odwagi oraz walecz­ność. Czer­wień w obrzę­dach wesel­nych czę­sto widzi się w stro­jach druż­bów (np. czer­wone sza­liki w Azer­bej­dża­nie, czer­wone wstążki w Wiel­ko­pol­sce), bo pod­kre­śla ich godność,a  także sym­bo­li­zuje spro­wa­dze­nie obec­nych śmier­tel­ni­ków do sfery śmierci. Czer­wień i śmierć – tak, to połą­cze­nie obecne w wielu rytu­ałach, spójrzmy cho­cia­zby na  malu­ja­cych się »na wojenną ścież­kę« Indian, ukra­iń­skie czer­wone pasy pogrze­bowe i poma­lo­wane na czer­wono trumny w Nowej Zelan­dii.  Bo czer­wień chroni – przed demo­nami, przed szkodą, przed pechem: przy­kład? Prze­wią­zy­wa­nie, prze­ty­ka­nie nicią czer­woną było obecne w codzien­no­ści naszych pra­dzia­dów – w XIX wieku np. przy­wią­za­nie hazar­dzi­ście do pra­wej ręki czer­woną nitka serca nie­to­pe­rza zapew­niało wygraną.

Z kolei ja sama  pamię­tam uwagi mło­dych (!) matek kie­ro­wane do mnie; »a czemu wózek bez czer­wo­nej wstą­żeczki? Ja swo­jemu syn­kowi przy­wie­si­łam taką«. Od jakie­goś czasu widuję te kokardy cał­kiem pokaź­nych roz­mia­rów – może powstał jakiś spe­cjalny rynek zwią­zany z  niszą pt. apo­tro­pe­ion? W kaz­dym razie– gdyby Wam masło czy cia­sto nie wycho­dziło– przy­kryj­cie je czer­woną chustką jak to się daw­niej robiło i popro­ście uko­cha­nych o sznur czer­wo­nych korali: odpę­dzą dia­bła, kosz­mary, obro­nią przed pio­ru­nami i wia­trami, chorobą.

Kategorie: Antropologia kultury, polityka, Tradycja, życie miasta
Tagi: ,

Res musealiae: Krótko o włocławskim fajansie i fajansowych kwietnych misach w kolekcji Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie

Wyroby fajan­sowe, poja­wiw­szy się w maso­wej pro­duk­cji w wieku XIX, zawo­jo­wały także wieś. Pro­du­ko­wało je na tere­nie ziem pol­skich kilka wytwórni, m.in. w Ber­dy­czo­wie, Ćmie­lo­wie, Kole, Lubar­to­wie, Luby­czy Kró­lew­skiej, Prusz­ko­wie, we Wło­cławku. Fajanse róż­niąc się od wyro­bów wiej­skich garn­ca­rzy, wystę­po­wały na wsiach w cha­rak­te­rze przed­mio­tów peł­nią­cych we wnę­trzu funk­cje deko­ra­cyjne, a nie użyt­kowe. Były bar­dziej zdobne i wie­lo­ko­lo­rowe, a przede wszyst­kim przy­po­mi­nały szla­chetną majo­likę, nie­moż­liwą do uzy­ska­nia w małej skali. Zda­rzały się próby naśla­dow­nic­twa tejże, two­rząc w spo­sób udany wła­sny styl w tzw. pół­ma­jo­lice (np. fla­me­ro­wana cera­mika wyszkow­ska, cera­mika pokucka, czy wyroby rodziny Konop­czyń­skich z Boli­mowa naśla­du­jące manu­fak­turę w Nie­bo­ro­wie). Warsz­taty garn­car­skie, mające miej­scowy zasięg nie miały takich moż­li­wo­ści uzy­ska­nia wielu roz­wią­zań tech­no­lo­gicz­nych. Nie deza­wu­ując ich uży­tecz­no­ści i czę­sto nie­wąt­pli­wej urody, chęć posia­da­nia nowo­ści za przy­stępną cenę i co ważne – odpo­wia­da­jąc wiej­skim gustom spra­wiła, iż wyroby fajan­sowe stały się popu­larne i masowe.

Czy­taj całość »

Kategorie: eksponaty, Muzealia, muzeum, sztuka ludowa, Tradycja
Tagi: , ,

Dąb, Setsuna, Elvismara i Jużmówiłem Maria

24 kwietnia 2012 | | Brak komentarzy

Imię to nie­odzowna część naszej toż­sa­mo­ści, sta­nowi z nami nie­mal jed­ność. Daw­niej nada­wa­nie imie­nia było spo­so­bem na zakli­na­nie przy­szło­ści dziecka, rodza­jem prze­po­wiedni, stąd też wszel­kie Bogu­sławy, Bogu­miły, Miro­sławy, Dobro­miry czy Dęby. Do dziś wielu hin­du­sów radzi się astro­lo­gów w spra­wie wyboru korzyst­nego imie­nia dla swo­jego potom­stwa, tak by było ono zgodne z jego horoskopem.

Obec­nie imię to raczej kwe­stia mody. Poza ‘nie­śmier­tel­nymi’ Mariami, Annami i Kata­rzy­nami poja­wiają się raz Julie, kiedy indziej Oli­wie lub Nikole. W ubie­głym roku naj­więk­szą popu­lar­no­ścią cie­szyły się imiona Lena i Szy­mon. Nie ma co ukry­wać, że ogromny wpływ na wybie­rane opcje ma tele­wi­zja i inne środki maso­wego prze­kazu. Fla­go­wym przy­kła­dem są liczne Isaury, któ­rych ‘wysyp’ nastą­pił gdy emi­to­wano słynną tele­no­welę „Nie­wol­nica Isaura”.

Czy­taj całość »

Kategorie: Ameryka Południowa, Tradycja
Tagi: ,

Tkanina z odnalezioną historią — wprowadzenie do Nocy Muzeów 2012 „Muzeum w budowie. Konstrukcja”

12 kwietnia 2012 | | Brak komentarzy

W Pań­stwo­wym Muzeum Etno­gra­ficz­nym w War­sza­wie znaj­duje się ok. 20 000 stro­jów, tka­nin i pró­bek mate­ria­łów: wiel­kie tka­niny dwu­osno­wowe, wyszy­wane ceki­nami  gor­sety, koronki i suk­many…  Moją uwagę przy­cią­gnęła cie­kawa kolek­cja obiek­tów pocho­dzą­cych od  osób prze­sie­dlo­nych z przed­wo­jen­nych regio­nów nale­żą­cych kie­dyś do Pol­ski, czyli Wileńsz­czy­zny i Lwowsz­czy­zny . Ok. 20 tka­nin, 30 ręcz­ni­ków, obru­si­ków, kil­ka­na­ście  gor­se­tów, spód­nic, koszul, kafta­nów, kilka płót­nia­nek itp. w poło­wie lat 50. w ramach akcji odtwo­rze­nia zbio­rów muze­al­nych, rze­czy te zostały pozy­skane w tere­nie i prze­ka­zane do War­szawy.  Następ­nie prze­le­żały w maga­zy­nach war­szaw­skiego muzeum ponad 50 lat (w kata­lo­gach  »Li­twa«  oraz »Ukra­ina« ) , aż w roku 2010 posta­no­wi­łam dotrzeć do auto­rek tka­nin. ‘Śledz­two etno­gra­ficzne’ trwało długo – prze­szu­ki­wa­łam fora fanów gene­alo­gii, strony WWW daw­nych miesz­kań­ców Kre­sów, dzwo­ni­łam po para­fiach i archi­wach, wresz­cie w samym PME w War­sza­wie  wycią­ga­łam  księgi inwen­ta­rzowe, karty obiek­tów i pro­to­koły.  Wio­sną 2011 mia­łam adresy poten­cjal­nych rodzin, które ziden­ty­fi­ko­wa­łam pod kątem inte­re­su­ją­cych mnie obiek­tów i wyru­szy­łam naj­pierw do Szcze­cina po kilka rela­cji, a potem do wsi Zwie­rzyń  Duży. Wła­śnie w tej wsi  spo­tka­łam się z panią Heleną Swiłło i jej synem, Danie­lem. Pani Helena – uro­dzona na Wileńsz­czy­znie– od razu roz­po­znała na zdję­ciach swoje tka­niny, poka­zała też te, które jesz­cze się zacho­wały po powro­cie z przy­mu­so­wej wywózki do Kazach­stanu. Usły­sza­łam wspo­mnie­nia cza­sów przed­wo­jen­nych,  trud­nego okresu na obczyź­nie i opo­wieść o adap­ta­cji do nowych powo­jen­nych warun­ków, więc i o wyprze­da­niu czę­ści rze­czy dla Muzeum.  We wzru­sza­ją­cej atmos­fe­rze, spę­dzi­łam z tą rodziną cały dzień. Tka­niny, które wileń­ską wio­sną tkała matka pani Heleny i ona sama, prze­trwały wojnę, prze­je­chały tysiące kilo­me­trów, by następ­nie kil­ka­dzie­siąt lat póź­niej  zetknąć się z doty­kiem moich pal­ców i chę­cią odkry­cia Tajemnicy.

Frag­ment wywiadu:

Jak to się tkało kiedyś?

Były kro­sna takie drew­niane, było dużo z tym wszyst­kim zachodu, bo trzeba było skła­dać i roz­kła­dać, skła­dane i roz­kła­dane były te kro­sna. I niciel­nice takie tam… …. I te nici do tych niciel­nic i potem tkało się. „Bełdo” nazy­wało się, co tak przy­kle­py­wało się te płótno w kro­snach. I jak osnowa była z bawełny już zro­biona, to wełną prze­ty­kało się … A obrusy to lniane robiło się. Lnem prze­ty­kało się. (…) Płótna roz­ście­lało się na łące i (…) słońce bie­liło. Do wody, nama­czało się i znowu roz­cią­gało się i tak kilka razy dzien­nie, jak słońce już było, to zna­czy w czerwcu gdzieś tak. A te kolo­rowe, które jasne to prało się, tylko tak ostroż­nie, żeby te kolory… Róż­nie bywało z tymi kolo­rami. Jedne pusz­czały, dru­gie nie. (…)

Kategorie: eksponaty, Muzealia, muzeum, sztuka ludowa, Tradycja, wydarzenia
Tagi: , , ,

Res musealiae: Z dobrym słowem na maśle. O estetyzacji masła i formach do masła.

Od wie­ków czło­wiek inten­cjo­nal­nie nada­wał formę, każ­demu wyko­na­nemu przez sie­bie przed­mio­towi. Porząd­ko­wał w ten spo­sób świat, wpro­wa­dzał ład i har­mo­nię. Zabie­gom kształ­to­wa­nia rze­czy­wi­sto­ści pod­le­gały wsze­la­kie dzia­ła­nia, czyn­no­ści, zacho­wa­nia, gesty, wytwa­rzane przed­mioty trwałe, ale także formy „ulotne”, jak rytm siewu, układ żeńców przy żniwach, równe rzędy sno­pów czy kop siana, aran­ża­cja prze­strzeni domu, czy poży­wie­nie — wyjęte z fore­mek masło, sery z drew­nia­nych form lub płó­cien­nych worecz­ków, baby pie­czone w cera­micz­nych kar­bo­wa­nych naczy­niach zwa­nych babów­kami, chleb… Wypieki obrzę­dowe, jak chałki dawane chrze­śnia­kom przez rodzi­ców chrzest­nych, weselne koła­cze, nowe latka z posta­ciami zwie­rząt, czy wio­senne busłowe (czyli bocia­nie) łapy, miały zna­cze­nie daleko wybie­ga­jące poza stricte este­tyczny wymiar, ich magiczna rola pole­gała na przy­wo­ły­wa­niu pożą­da­nego: szczę­ścia, pomyśl­no­ści, płod­no­ści. W myśle­niu pozba­wio­nym pier­wiastka „ludo­wego”, sfera kuli­narna pod­lega rygo­rom este­tycz­nym, po to by dostar­czyć roz­ko­szy wizu­al­nej. Współ­cze­śnie, podane w spo­sób wyszu­kany jedze­nie staje się wymo­giem kon­sump­cyj­nym, wyma­ga­nym nie tylko w restau­ra­cjach. Jeste­śmy bom­bar­do­wani foto­gra­fiami z potra­wami, które nie wiemy jak sma­kują, ale pobu­dza­jąc wzrok wzma­gają też ape­tyt. Zalewa nas mno­gość pro­gra­mów tele­wi­zyj­nych w któ­rych „wszy­scy” gotują: mistrzo­wie kuchni i „gwiazdy”, samo­dziel­nych tytu­łów o kuchni, dodat­ków pra­so­wych o kuchni, rubryk w każ­dej pra­sie „kobie­cej”. Brak moż­li­wo­ści orga­no­lep­tycz­nego prze­ka­za­nia walo­rów sma­ko­wych powo­duje, iż każdy ele­ment dania pod­lega este­ty­za­cji, by w spo­sób wyłącz­nie wizu­alny pobu­dzić kubki sma­kowe widzów.

Czy­taj całość »

Kategorie: eksponaty, Muzealia, rok obrzędowy, sztuka ludowa, Tradycja
Tagi: ,

Palmowa Niedziela

Nie­dziela Pal­mowa, zwana też Kwietną lub Wierzbną, roz­po­czyna obchody Wiel­kiego Tygo­dnia, który bez­po­śred­nio przy­go­to­wuje wier­nych do Wiel­ka­nocy. Kościół święci w tym dniu trium­falny wjazd Jezusa do Jero­zo­limy, dokąd przy­był wraz z uczniami na święto Pas­chy i witany był przez wiel­kie tłumy ludzi rzu­ca­ją­cych na drogę przed nim gałązki oliwne i pal­mowe. W całej Pol­sce święci się tego dnia palmy, które przy­po­mi­nają smu­kłe, pio­nowe bukiety, róż­nej wyso­ko­ści. Palma sym­bo­li­zuje nie tylko męczeń­ską śmierć Chry­stusa, ale także odra­dza­jące się życie. Tra­dy­cyj­nie powinny się w nich zna­leźć gałązki wierz­bowe, o tej porze roku obsy­pane sre­brzy­stymi, puszy­stymi baziami. Wierzba w naszej tra­dy­cji uwa­żana jest za roślinę kocha­jącą życie, ponie­waż rośnie nawet w naj­gor­szych warun­kach, łatwo się przyj­muje, a ucięta, wło­żona do wody gałązka wierz­bowa szybko wypusz­cza zie­lone listki. W sym­bo­lice chrze­ści­jań­skiej wierzba jest zna­kiem zmar­twych­wsta­nia i nie­śmier­tel­no­ści duszy. Do palmy wkłada się także rośliny tzw. wiecz­nie zie­lone: gałązki tui, świerku, buksz­panu, boró­wek leśnych, cisu, któ­remu medy­cyna ludowa nadaje wła­ści­wo­ści lecz­ni­cze i dobro­czynne. Gałąź zie­lona od wie­ków była sym­bo­lem życia, sił wital­nych, rado­ści i corocz­nej odnowy roślin. Zapo­wiada ich kwit­nie­nie i owo­co­wa­nie. Od wie­ków wystę­po­wała więc w obrzę­dach wszyst­kich ludów i zwią­za­nych z nimi prak­ty­kach magicz­nych.

Czy­taj całość »

Kategorie: rok obrzędowy, Tradycja
Tagi: , ,

Res musealiae: „Kto dobrze orze ma chleb w komorze”. Wokół radła, pługa, sochy, i św. Izydora…

Wszy­scy wiemy ile prawdy kryje się w tym przy­sło­wiu. Umie­jęt­ność dobrego „ora­nia” popłaca efek­tem obfi­tych zbio­rów nie tylko na roli. Orka – w zna­cze­niu pier­wot­nym, to zabieg agro­tech­niczny mający na celu odwró­ce­nie i pokru­sze­nie upra­wia­nej war­stwy ziemi.[1] W tra­dy­cyj­nych sys­te­mach uprawy roli, orka jest zabie­giem zasad­ni­czym, naj­sil­niej zmie­nia­ją­cym war­stwę uprawną gleby.[2] Orka wio­senna to tzw. orka siewna, popra­wia­jąca warunki potrzebne do kieł­ko­wa­nia nasion, wyko­ny­wana na śred­nią głę­bo­kość 10–20 cm. Orka przed­zi­mowa tzw. zię­bla, wyko­ny­wana jesie­nią oscy­luje w gra­ni­cach 20–30 cm. Umie­jętne prze­ora­nie pola, zapew­nia­jące gle­bie wła­ściwą struk­turę, gwa­ran­tuje dobry zaczyn pod przy­szłe uprawy i prze­wi­dy­wane bogate zbiory. Ale nie tylko w zna­cze­niu dosłow­nym, efek­tem dobrego ora­nia (de facto cięż­kiej pracy) jest zasob­ność. „Ora­nie” wyszło daleko poza sferę rol­ni­czą, co zna­la­zło wyraz w dają­cym sze­ro­kie pole do inter­pre­ta­cji przy­sło­wiu „Każdy orze jak może”.

Czy­taj całość »

Kategorie: eksponaty, Muzealia, rok obrzędowy, Tradycja
Tagi: , , , , , , , , ,

Psychopompos z zawiniątkiem

19 marca 2012 | | Brak komentarzy

»Bo­cian, bocian kiszka, przy­nieś mi bra­ciszka! Bocian, bocian kaczka, przy­nieś mi dzieciaczka!« — krzy­czały nie­gdyś dzieci z oko­lic Bia­łe­go­stoku.  Bociek przy­no­szący dzieci – to naj­bar­dziej chyba popu­larny obra­zek koja­rzący nam sie z dłu­go­no­gim  kle­ko­czą­cym Wojt­kiem, Grześ­kiem czy busłem.  Kobieta potrą­cona przez prze­bie­rańca zapust­nego– bociana, ani chybi zaj­dzie w ciążę,  widok bociana lecą­cego nad domem wróży naro­dziny, figurki tego ptaka z zawi­niąt­kiem w dzio­bie spo­ty­kamy w obrzę­do­wo­ści wesel­nej (cho­ciażby na kart­kach oko­licz­no­ścio­wych w Pol­sce), w  mito­lo­gii  rzym­skiej bocian poświę­cony bogini Wenus przy­nosi zapo­wie­dzi zwią­zane z miło­ścią i mał­żeń­stwem, a pol­ska panna wypa­trzyw­szy boćka na wio­sen­nym nie­bie także mogła być pewna szyb­kiego zamąż­pój­ścia.  Z kolei Japon­czycy usta­wiają w domu pana mło­dego weselne drzewko z bocia­nim gniaz­dem i pisklę­tami, ozdo­bione kwia­tami i innymi sym­bo­lami szczę­ścia.  Cie­ka­wostką z naszego terenu jest fakt, iż  w XVI wieku bocian = szczę­ście: mówiąc »bo­ciana spro­wa­dzić«  mówiło się tym samym: „spro­wa­dzić szczę­ście”.

Czy­taj całość »

Kategorie: Antropologia kultury, przesądy, Tradycja
Tagi: , , ,

Ludowe aviarium

W Pol­sce żyje 448 gatun­ków pta­ków, z czego około 220 tu gniaz­duje – mię­dzy innymi sroki, dzię­cioły, sowy i wró­ble. Ptaki od nie­pa­mięt­nych cza­sów fascy­nują ludz­kość umie­jęt­no­ścią lata­nia i pięk­nego śpiewu, dla­tego wiele bóstw posiada pta­sie atry­buty, lub umie­jęt­ność zamiany w ptaka. Do pta­ków porów­ny­wano różne ludz­kie zacho­wa­nia. Do dziś gospo­dy­nie domowe nazywa się kurami domo­wymi, wsty­dliwe panny – gąskami, te śmiel­sze – sikor­kami, a bit­nych męż­czyzn – kogu­tami. Wesołe roz­mowy to szcze­bio­ta­nie, zło­wro­gie – to kra­ka­nie, a dzie­cięcy płacz – kwilenie.

Z pan­te­onu bóstw wize­runki pta­ków zstą­piły na godła państw, herby miast i wojenne sztan­dary. Ale ptaki nie tylko inspi­ro­wały, ale – wyko­rzy­sty­wane na wiele róż­nych spo­so­bów – pozwa­lały prze­żyć. Polo­wano na nie i z nimi, hodo­wano je dla mięsa, jaj i pie­rza, uży­wano w roli posłań­ców. Jaja, pod­bie­rane z gniazd dzi­kich pta­ków na przed­nówku, pozwa­lały naj­uboż­szym prze­trwać głód. Ptaki inspi­ro­wały rów­nież modę. Począt­kowo przy­wi­lej nosze­nia pta­sich ozdób doty­czył wyłącz­nie męż­czyzn (tak jak u pta­ków to samiec posiada strojną szatę godową, by wywrzeć pio­ru­nu­jące wra­że­nie na samiczce. To wiel­kie ryzyko – przy­kuwa uwagę nie tylko płci prze­ciw­nej, ale także dra­pież­ni­ków. Samiczka upie­rze­niem upo­dab­nia się do środo­wi­ska, w któ­rym będzie wysia­dy­wała jaja. Krzy­kliwy strój spro­wa­dziłby nie­bez­pie­czeń­stwo na gniazdo). Pano­wie ozda­biali swoje stroje pió­rami w tym samym celu co ptaki. Trudno dziś wyobra­zić sobie szla­chec­kie koł­paki czy hełmy bez piór strusi czy cza­pli, albo czapkę kra­kow­ską bez pawich piór. Jed­nak naj­sil­niej wpi­sały się w pol­ską tra­dy­cję skrzy­dła noszone przez husa­rię, która od początku XVI do połowy XVIII wieku sta­no­wiła dobo­rowe oddziały kawa­le­rii uży­wa­nej do szarż. Czę­sto opi­sy­wano szum i łopot husar­skich skrzy­deł, który pod­czas ataku pło­szył ponoć konie nie­przy­ja­ciół.

Czy­taj całość »

Kategorie: przesądy, Tradycja
Tagi: , , , ,