Beta

Bądź na bieżąco - RSS

Modernizacja blogu

13 lipca 2015 | | Brak komentarzy

Sza­nowni Państwo,

W ciągu ostat­nich lat moder­ni­za­cji uległ nie tylko budy­nek naszego Muzeum, ale też wszystko, co z naszą insty­tu­cją zwią­zane.
Zmiany doty­czą więc także naszej strony inter­ne­to­wej, a co za tym idzie – bloga, któ­rego od 20 sierp­nia zoba­czy­cie w nowej odsło­nie.
Pozwoli nam ona nie tylko na zmianę szaty gra­ficz­nej, ale przede wszyst­kim na dosto­so­wa­nie go do potrzeb osób nie­do­wi­dzą­cych i niedosłyszących.

Mamy nadzieję, że już nie­ba­wem zapro­simy Pań­stwa w kolejną podróż etno­gra­ficzną z naszymi autorami…

Pozdra­wiamy,
Zespół Bloga PME

Kategorie: PME Warszawa
Tagi:

Wielkanocne „siwki” (aut. Piotr Zalewski)

18 czerwca 2015 | | Brak komentarzy

Od końca lutego reali­zu­jemy pro­jekt „Rok obrzę­dowy z Wiki­pe­dią” – muze­al­nicy i wiki­pe­dy­ści połą­czyli siły, by popra­wić mery­to­ryczną jakość etno­gra­ficz­nych zaso­bów naj­bar­dziej zna­nej inter­ne­to­wej ency­klo­pe­dii! Pro­jekt otrzy­mał dota­cję Mini­ster­stwa Kul­tury i Dzie­dzic­twa Naro­do­wego oraz Urzędu Mar­szał­kow­skiego Woje­wódz­twa Mazo­wiec­kiego. Rów­nież na naszym blogu poja­wią się arty­kuły zwią­zane z wyjazdem.

Czy­taj całość »

Kategorie: Tradycja
Tagi: ,

Święta krowa

20 kwietnia 2015 | | Brak komentarzy
Święta krowa

Święta krowa

To, że krowa jest w Indiach zwie­rzę­ciem nie tylko nie­zwy­kle waż­nym, ale i czczo­nym, jest jed­nym z naj­bar­dziej utar­tych sche­ma­tów doty­czą­cych tam­tej­szej kul­tury. Tak czę­sto, iż nawet udało mu się wejść do naszego ojczy­stego języka potocz­nego, choć zapewne wielu nawet nie wie skąd się ta „święta krowa” wzięła. Inni zno­wuż z miną znawcy wspo­mi­nają o kraju, gdzie „czci się” także szczury i sło­nie. Z kolei każdy podróż­nik odwie­dza­jący Indie ma w swoim albu­mie przy­naj­mniej kilka zdjęć wspo­mnia­nego zwie­rzę­cia racicz­nego, gdy leży ono spo­koj­nie w poprzek ulicy, przy wej­ściu do domu lub hamuje ruch na samym środku ruchli­wego skrzy­żo­wa­nia (nie szu­ka­jąc daleko, sama się przy­znaję do paru takich, z któ­rych jedno nawet rekla­mo­wało nasz Dzień Indyj­ski w 2013 roku).

Ale dla­czego „święta”? Co takiego jest w naszej poczci­wej Mećce, że uro­sła na Sub­kon­ty­nen­cie do rangi zwie­rzę­cia powszech­nie sza­no­wa­nego (jed­nak nie świętego)?

Otóż krowa jest… hmmm… nazwijmy to… „wie­lo­funk­cyjna”. Sta­nowi naj­cen­niej­szy naby­tek w dorobku rol­nika: jej mle­kiem można napoić już naj­młod­szego członka rodziny, a naj­star­szemu podać cho­ciażby paneer – ser powstały z mleka z dodat­kiem odro­biny octu lub soku z cytryny. W gorące dni popija się lassi – napój przy­po­mi­na­jący naszą maślankę. W codzien­nej kuchni powszech­nie sto­so­wane jest ghee, czyli skla­ro­wane masło, które wyko­rzy­sty­wane jest rów­nież jako święty olej w cere­mo­niach reli­gij­nych i jako oliwa do lam­pek zapa­la­nych w świą­ty­niach. Przy wielu rytu­ałach mleko jest ele­men­tem nie­zbęd­nym do ich prze­pro­wa­dze­nia (np. przy obrzę­dach zaślubin).

Czy­taj całość »

Kategorie: Tradycja
Tagi: ,

Utalentowany Cesarz i przegrany władca

13 kwietnia 2015 | | 1 komentarz
Wróżące pomyśloność żurawie

Wró­żące pomy­ślo­ność żurawie

Autor: Bogna Łakomska

Zhao Ji uro­dził się w 1082 roku n.e. jako jede­na­sty syn Cesa­rza Shen­zonga. Miesz­kał wraz z rodziną w cesar­skim pałacu w ówcze­snej sto­licy, tj. Bian­lingu (dzi­siej­szym Kaifengu). Nie przy­pusz­cza­jąc, iż kie­dy­kol­wiek mógłby zostać Cesa­rzem zde­cy­do­wa­nie wię­cej czasu poświę­cał lite­ra­tu­rze, sztuce oraz sekre­tom tao­izmu ani­żeli poli­tyce. Tym nie­mniej, wbrew wszel­kim ocze­ki­wa­niom, w roku 1100 n.e. Zhao Ji został koro­no­wany na władcę Chin. Od tej pory zwano go Huizon­giem. Szcze­rze powie­dziaw­szy, Cesa­rzowi począt­kowo bra­ko­wało nie tylko przy­go­to­wa­nia, ale nawet zain­te­re­so­wa­nia nową rolą, w jakiej musiał wystą­pić. Sze­reg zanie­dbań z jego strony dopro­wa­dził kraj po wielu latach do skraju ban­kruc­twa i utraty połowy tery­to­rium na rzecz Man­dżu­rów, któ­rzy w 1127 n.e. naje­chali pół­nocne Chiny, cał­ko­wi­cie przej­mu­jąc je w swoje ręce.

W lite­ra­tu­rze histo­rycz­nej tam­tego czasu opi­nie o władcy były bar­dzo nega­tywne. Obar­czono go bowiem odpo­wie­dzial­no­ścią za upa­dek dyna­stii, oskar­ża­jąc o nie­po­prawny roman­tyzm pro­wa­dzący do zmar­no­wa­nia pań­stwo­wych pie­nię­dzy. Jed­nakże z dzi­siej­szej per­spek­tywy, te kry­tyczne opi­nie wydają się być zbyt pochopne i nie do końca uspra­wie­dli­wione. Współ­cze­śni histo­rycy widzą w Huizongu władcę ambit­nego i dążą­cego do umoc­nie­nia wła­dzy cesar­skiej się­ga­ją­cej korze­niami Sta­ro­żyt­no­ści, jak rów­nież uczy­nie­nia z cesar­skiego dworu kul­tu­ral­nego cen­trum całego Cesar­stwa. Celem władcy było stwo­rze­nie impo­nu­ją­cej kolek­cji dzieł sztuki i anty­ków, dzięki któ­rej moż­liwe byłoby przy­wró­ce­nie pre­stiżu, jakim cie­szyła się dzia­łal­ność kolek­cjo­ner­ska na dwo­rze wład­ców z wcze­śniej­szych dyna­stii. Pała­cowa kolek­cja była czymś w rodzaju dobrej wróżby i znaku potwier­dza­ją­cego prawo nowego władcy do tronu. Kolek­cje cesar­skie się­gały tra­dy­cją cza­sów sta­ro­żyt­nych, ich losy były zmienne: raz ule­gały roz­pro­sze­niu, a raz ponow­nej odbu­do­wie. Huizong, będący jed­nym z pierw­szych wład­ców nowo two­rzo­nej dyna­stii Song, mający jedy­nie zaple­cze humanistyczno-artystyczne wie­dział, jak istotną dla budowy kraju w prze­szło­ści była sztuka. W niej też to upa­try­wał wszel­kich roz­wią­zań pro­ble­mów poli­tycz­nych. I choć się prze­li­czył, nie zmie­nia to faktu, że cel był szczytny: posta­wić na sztukę i kul­turę, jako naj­waż­niej­sze ele­menty funk­cjo­no­wa­nia państwa.

Czy­taj całość »

Kategorie: Daleki Wschód, Tradycja
Tagi: , ,

Res musealiae: Pasja kolekcjonerska. Kolekcja dzwonków Ewy Śliwińskiej

PME 39913 Europa, Fot. E. Koprowski

PME 39913 Europa, Fot. E. Koprowski

Wyra­zem pry­wat­nej pasji kolek­cjo­ner­skiej jest zbiór dzwon­ków Ewy Śli­wiń­skiej. Do Muzeum prze­ka­zany został – zgod­nie z jej życze­niem – w darze po śmierci kolek­cjo­nerki w roku 1976. Kolek­cja gro­ma­dzona była przez kil­ka­na­ście lat, momen­tami może bez głęb­szej reflek­sji nad war­to­ścią danego obiektu, ale z dru­giej strony uka­zu­jąca ich zróż­ni­co­wa­nie jeśli cho­dzi o funk­cję, formę, prze­zna­cze­nie, mate­riał i roz­wią­za­nia for­malne. Wśród 140 oka­zów znaj­dziemy dzwonki pol­skie, ale także przy­wo­żone z całej Europy, rów­nież nie­liczne poza­eu­ro­pej­skie. W zbio­rze repre­zen­ta­cję swoją mają dzwonki zaopa­trzone w serce, ale też bez­ser­cowe, o płasz­czu otwar­tym i zamknię­tym, bla­szane gospo­dar­skie oraz odle­wane z mosią­dzu o pięk­nych relie­fach, poka­zu­jące kunszt pracy ludwi­sa­rza, ale rów­nież drew­niane i cera­miczne. Naj­bo­gat­szy pod wzglę­dem liczby jest zbiór dzwon­ków bydlę­cych – głów­nie paster­skich (owczych, bara­nich, kozich, bawo­lich), kształ­to­wa­nych z bla­chy – w któ­rym jed­nak znaj­dziemy także mniej znane drew­niane kro­wie kołatki. Liczne także są dzwonki koń­skie, w tym jan­czary do zaprzęgu zimo­wego. Odrębny zespół sta­no­wią dzwonki dwor­skie oraz zwią­zane z czyn­no­ściami sakral­nymi (kościelne, cer­kiewne, świą­tynne bud­dyj­skie i hin­du­skie) i obrzę­do­wymi (afry­kań­skie). Pozo­stałe to ple­jada drob­nych dzwo­necz­ków z róż­nych czę­ści świata: nie­wiel­kich roz­mia­rów dzwonki rybac­kie, dzwonki skle­powe oznaj­mia­jące przy­by­cie klienta, dzwo­neczki przy­wią­zy­wane w Indiach racz­ku­ją­cym dzie­ciom, dzwonki taneczne, dzwonki–ozdoby uży­wane przy róż­nych oko­licz­no­ściach, po pamiąt­kowe, galan­te­ryjne dzwonki cera­miczne. Na wzmiankę zasłu­guje dzwo­nek odlany z brązu z orłami napo­le­oń­skimi. Ewa Śli­wiń­ska udo­ku­men­to­wała swój zbiór rysun­kami, wraz z metrycz­kami, co uła­twiło póź­niej iden­ty­fi­ka­cję więk­szo­ści przed­mio­tów (acz­kol­wiek część z nich pozo­staje bez proweniencji).

Czy­taj całość »

Kategorie: Res museliae
Tagi:

Z cyklu: „Pogrzeb w magazynie”: Litewska filharmonia łąkowa

PME Warszawa

PME War­szawa

Pań­stwowe Muzeum Etno­gra­ficzne otwo­rzyło podwoje nowej wystawy sta­łej, pod tytu­łem: „Czas świę­to­wa­nia w kul­tu­rach ludo­wych Pol­ski i Europy”. Wystawa składa się z dwóch czę­ści. Pierw­sza – znana już widzom pod nazwą „Zako­chany Cho­pin” – nosi tytuł „Od Cho­pina do awan­gardy”; posze­rzona została o nie­zwy­kle cenne, odre­stau­ro­wane przez Muzeum laleczki – makiety tań­ców ludo­wych, przy­go­to­wane przez pol­skich pla­sty­ków na Wielką Wystawę Świa­tową w roku 1937. O histo­rii tego zbioru pisze Gra­żyna Dąbrow­ska w kata­logu do wystawy w arty­kule: Zapo­mniane doku­menty począt­ków pol­skiej etno­cho­re­ogra­fii.

Przy­łą­cze­nie do wystawy sta­łej tej czę­ści eks­po­zy­cji to dobry pomysł – pozwala cie­szyć się cenną mery­to­rycz­nie i cie­kawą eks­po­zy­cyj­nie pre­zen­ta­cją przez dłuż­szy czas. Pozwolę sobie jed­nak na wła­sne uzu­peł­nie­nie tej czę­ści wystawy o kolejne maga­zy­nowe odkry­cia, doko­nane, nota bene, pod­czas wybie­ra­nia zabyt­ków do „Czasu świętowania”.Mam nadzieję, że wybór mój jest trafny i że Fry­de­ryk Cho­pin mógł słu­chać rów­nież orkiestr „sym­fo­nicz­nych” takich jak ta, utwo­rzona z instru­men­tów wyko­ny­wa­nych przez litew­skie dzieci pasące na łąkach bydło i gęsi. Dodam że cały zestaw został wyko­nany przez Arvy­dasa Karaszkę w Wil­nie i ofia­ro­wany pra­cow­nicy PME w War­sza­wie, Tere­sie Lewiń­skiej, w 1986 roku. Był, zapewne, pamiątką dzie­ciń­stwa swego wyko­nawcy. Oto instru­menty tej łąko­wej orkie­stry, wszyst­kie wyko­nane (a może i skon­stru­owane) przez dzieci:

Miri­lion (lit. bri­ba­las) to instru­ment muzyczny wyko­nany ze źdźbła słomy zagię­tego na pół lub roz­wi­dlo­nej gałązki, na które nało­żono mem­branę ze skórki od kiełbasy.

Róg składa się z dwóch czę­ści: pisz­czałki wystru­ga­nej z drewna jesio­no­wego i rogu bydlę­cego. Jeden koniec pisz­czałki zwęża się i wci­śnięty jest do czary gło­so­wej, czyli do rogu, drugi ma zakoń­cze­nie klar­ne­towe z „języcz­kiem” wycię­tym na powierzchni. Na stro­nie wierzch­niej pisz­czałki znaj­duje się sześć otwo­rów pal­co­wych słu­żą­cych do regu­la­cji wyso­ko­ści słupa powie­trza. Czara gło­sowa wyko­nana została z rogu bydlę­cego ścię­tego pła­sko na zwę­ża­ją­cym się końcu. Służy ona jako dźwięcznik.

Czy­taj całość »

Kategorie: PME Warszawa, Tradycja, wystawy
Tagi: , , , , ,

Co robi etnolog w sklepie z butami, czyli historia jednej pary – część pierwsza.

fot. Prolineserver, źródło Wikipedia, CC BY-SA 3.0

fot. Pro­li­ne­se­rver, źró­dło Wiki­pe­dia, CC BY-SA 3.0

Wie­czo­rami, jeż­dżąc róż­nymi tra­sami na rowe­rze, etno­log mija bie­ga­czy. Jed­nych w tre­ningu inter­wa­ło­wym (car­dio), któ­rzy na 80% HRmax pod­bie­gają ulicą Agry­koli, Bel­we­der­ską czy na ursy­now­ską górkę (zresztą świet­nie się do tego typu tre­ningu nada­ją­cymi), budu­jąc siłę biegu. To znowu innych w wysiłku tle­no­wym (z gwizd­kami lub bez), prze­miesz­cza­ją­cych się jed­no­staj­nie aż prze­bie­gną okre­ślony dystans lub dopóki nie minie zało­żony przez nich wcze­śniej czas… Postać w „obci­słym” stroju, z lekko zgię­tymi w łok­ciach rękami i wiel­kim zegar­kiem na lewym przed­ra­mie­niu jest chyba dla każ­dego z nas bar­dzo fami­liarna: jeśli kogoś kie­dyś takowy nie minął w lesie czy na chod­niku, to na pewno sły­sze­li­śmy o jakimś mara­to­nie czy innym biegu, w któ­rym uczest­ni­czą sami „tacy”[*].

Jed­nak o samym bie­ga­niu i jego zba­wien­nych czy degra­du­ją­cych skut­kach dla orga­ni­zmu nie będziemy dziś pisać, choć nie są one obce etno­lo­gowi, gdyż na tyle na ile może, o kon­dy­cję dba. Rzecz nato­miast doty­czyć będzie nie­zbęd­nych akce­so­riów bie­ga­cza, a nawet tylko jed­nego ele­mentu jego ubioru, za to w licz­bie mno­giej – butów. Tym co zain­te­re­so­wało etno­loga naj­bar­dziej, są nazwy tych mie­nią­cych się jaskra­wymi kolo­rami obiek­tów, zro­bio­nych z mate­ria­łów nie­znisz­czal­nych, o „cudow­nych” wła­ści­wo­ściach (jak zapew­niają pro­du­cenci) i fak­tu­rach, które nawet Lemowi się nie śniły.

Powiedzmy, że dla meto­do­lo­gicz­nego porządku nie weź­miemy na warsz­tat wszyst­kich modeli wszyst­kich firm, choć nie byłoby to wbrew pozo­rom spe­cjalne trudne, bowiem prze­wa­ża­jąca więk­szość korzy­sta z podob­nych moż­li­wo­ści w zakre­sie kodu, doboru zna­ków, seman­tyki i syn­taksy kon­stru­ując nazwy modeli. Ale obję­tość tego posta sta­łaby się nie­blo­gowa. Przy­pa­trzę się więc tylko jed­nemu mode­lowi, któ­rego nazwa przy­kuła moją uwagę ze względu na słabo czy­telne funk­cje: mar­ke­tin­gową, kulturowo-użytkową i konotacyjno-asocjacyjną, które są jed­nymi z waż­niej­szych w kata­logu funk­cji nazw wła­snych wyli­czo­nych przez językoznawców.

Salo­mon (poza sko­ja­rze­niami biblij­nymi) to nazwa marki akce­so­riów spor­to­wych. W żar­go­nie języ­ko­znaw­czym powie­dzie­li­by­śmy, że jest to nazwa prze­nie­siona (w tym przy­padku w pro­ce­sie trans­no­mi­za­cji), gene­tycz­nie wła­sna. Pocho­dzi od nazwi­ska twórcy marki, Geo­r­ges Salo­mona. Firma powstała w 1947 roku w Annecy (Górna Sabau­dia). Począt­kowo zaj­mo­wała się tylko pro­duk­cją tury­stycz­nego asor­ty­mentu zimo­wego – nart, wią­zań – z cza­sem roz­ro­sła się jed­nak i stała roz­po­zna­walną marką wszel­kich pro­duk­tów spor­to­wych: ubrań i sprzętu nar­ciar­skiego. W 2005 roku prze­jęta została przez fiń­ski Amer, który ma finan­sowe związki z Adi­da­sem. To tyle jeśli cho­dzi o krótką histo­rię pro­du­centa inte­re­su­ją­cych mnie butów. Przejdźmy do sedna, bo nazwa modelu butów przy­kuwa wzrok i zasiewa nie­po­kój w myślach.

Czy­taj całość »

Kategorie: Antropologia kultury
Tagi:

Must be the pirat

29 stycznia 2015 | | Brak komentarzy
Flag_of_Edward_England, WarX, edited by Manuel Strehl

Flag_of_Edward_England, WarX, edi­ted by Manuel Strehl

W kinach wyświe­tlany jest film poru­sza­jący tema­tykę pira­tów soma­lij­skich. Porwa­nie frach­towca, kapi­tan, spo­cone lśniące ciała pory­wa­czy, odwaga, obo­wią­zek. Full service ame­ry­kań­skiego kina.

Sława pira­tów soma­lij­skich nie ma dziś nic wspól­nego z malow­ni­czymi posta­ciami z hakiem zamiast dłoni i papugą na ramie­niu. Pew­nie dla­tego, że żyją w naszych cza­sach, a AK-47 nie jest tak roman­tyczne jak sza­bla i armat­nia kula z tlą­cym się lontem.

Według agen­cji Reu­tera przez ostat­nie cztery lata porwano trzy tysiące pięć­set osób, z czego sześć­dzie­siąt dwie zgi­nęły. Zadzi­wia­jąco dużo ludzi ryzy­ko­wało mimo wia­do­mego zagro­że­nia – trzy tysiące pięć­set osób to sie­dem­dzie­siąt dwie osoby mie­sięcz­nie, dwie dzien­nie upro­wa­dzone przez soma­lij­skich piratów.

Skąd się wzięli ci „pra­co­wici ludzie”?

Ano z biedy. Począt­kowo wiel­kie firmy łupiły tra­dy­cyjne łowi­ska Soma­lij­czy­ków, pozba­wia­jąc ich moż­li­wo­ści zarob­ko­wa­nia. Póź­niej zaczęła się wojna domowa, która spro­wa­dziła lub wykre­owała róż­nego rodzaju rze­zi­miesz­ków i ban­dy­tów. Prze­moc rodzi prze­moc, ubó­stwo — pomy­sły na wyj­ście z niego. Roz­wi­nęło się zatem przy­no­szące nie­złe zyski pirac­two, które miej­scowi pew­nie trak­tują jako swego rodzaju zadość­uczy­nie­nie za zra­bo­wane łowi­ska. Dość powie­dzieć, że tra­fiło na podatny grunt.

Trzy lata temu wybie­ra­łem się na archi­pe­lag Lamu w Kenii, nie­da­leko gra­nicy z Soma­lią. Kiedy rezer­wo­wa­łem pokój wła­ści­cielka wspo­mniała, że nie ma pro­blemu, bo nie ma tury­stów i jeśli przy­jadę, to spo­koj­nie mnie ugo­ści. Spraw­dzi­łem pogodę. Może tam jakaś pora desz­czowa albo wia­try? Nie, wszystko ok. Przed wyjaz­dem zadzwo­ni­łem, żeby poże­gnać się ze zna­jo­mym, który zjadł na Afryce zęby.

Czy­taj całość »

Kategorie: Afryka
Tagi:

Patrz Kościuszko na nas z nieba…

13 stycznia 2015 | | 1 komentarz
Władysław Sikora, PME 45961,2 Fot. Edward Koprowski

Wła­dy­sław Sikora, PME 45961,2 Fot. Edward Koprowski

Powyż­szy tytuł to słowa tek­stu Polo­neza Kościuszki napi­sa­nego przez Raj­munda Sucho­dol­skiego. Postać Tade­usza Bona­wen­tury Kościuszki (1746–1817), naczel­nika naro­do­wej insu­rek­cji, gene­rała, inży­niera i uczest­nika walk o nie­pod­le­głość Sta­nów Zjed­no­czo­nych, sta­nowi cie­kawy przy­kład życia po życiu naszych naro­do­wych boha­te­rów. Nie dziwi fakt, że w obra­zie Jana N. Bizań­skiego Sypa­nie Kopca Kościuszki naczel­nik spo­gląda z nieba na lud kra­kow­ski, który w ten wła­śnie spo­sób posta­no­wił uczcić pamięć pol­skiego wodza.

Kościuszko był i pozo­staje boha­te­rem uni­wer­sal­nym, nie­za­leż­nie od sys­temu poli­tycz­nego, ide­olo­gii czy par­tyj­nych pre­fe­ren­cji. Jego imie­niem nazy­wano ulice, szkoły, jed­nostki woj­skowe (w tym słynny Dywi­zjon 303 i 1. Dywi­zję Woj­ska Pol­skiego), statki, samo­loty pasa­żer­skie, a nawet naj­wyż­szą górę Austra­lii. Kościuszko to rów­nież kon­struk­cja hydro­lo­giczna – próg wodny na Wiśle w oko­licy Kra­kowa. Nie­wielu pamięta, że por­tret naszego naro­do­wego boha­tera miał w swo­jej kaju­cie także Kapi­tan Nemo – główny boha­ter powie­ści Juliu­sza Verne’a 20 tysięcy mil pod­mor­skiej żeglugi.

Histo­ryczna rola dowódcy powsta­nia, ale także mit Kościuszki jako opie­kuna chłopów-powstańców nie pozo­stały bez wpływu na rodzimą twór­czość ludową. W kolek­cji PME znaj­duje się kil­ka­na­ście prac przed­sta­wia­ją­cych naczel­nika insurekcji.

Czy­taj całość »

Kategorie: PME Warszawa, Tradycja
Tagi:

Tapa – archaiczna forma papieru, cz. II

Siapo-tapa, Polinezja, zbiory PME  Fot. Erika Krzyczkowska Roman

Siapo-tapa, Poli­ne­zja, zbiory PME Fot. Erika Krzycz­kow­ska Roman

W nie­któ­rych czę­ściach świata, umie­jęt­ność wytwa­rza­nia tapy kul­ty­wo­wana jest nie­prze­rwa­nie od setek lat. Szcze­gól­nym zain­te­re­so­wa­niem cie­szy się ona w rejo­nie Południowo-Wschodniej Azji i archi­pe­lagu Wysp Pacy­fiku, przede wszyst­kim na Tonga, Samoa, Fidżi, Tahiti, ale rów­nież w Papui Nowej Gwi­nei, Nowej Zelan­dii, na Hawa­jach, Niue, Vanu­atu, Wyspach Cooka, Jawie oraz w nie­któ­rych kra­jach afry­kań­skich i ame­ry­kań­skich poło­żo­nych w oko­licy równika.

Słowo tapa weszło do obie­go­wego języka za pośred­nic­twem Jamesa Cooka (1728–17779), który jako pierw­szy Euro­pej­czyk kolek­cjo­no­wał i zapre­zen­to­wał szer­szej publicz­no­ści, pozy­ski­wany przez Poli­ne­zyj­czy­ków mate­riał. Pomimo róż­nic języ­ko­wych i odmien­nych nazw w roz­ma­itych czę­ściach Oce­anii ter­min tapa roz­po­wszech­nił się i utrwa­lił w języku mię­dzy­na­ro­do­wym. Nie zmie­nia to faktu, że na Wyspach Pacy­fiku nazew­nic­two czę­sto zwią­zane jest z kon­kret­nym zna­cze­niem i na okre­śle­nie tapy używa się rdzen­nych ter­mi­nów, uwa­run­ko­wa­nych historycznie.

Czy­taj całość »

Kategorie: PME Warszawa, Rzemiosło, Tradycja
Tagi: