Wielkanocne ,,siwki” (aut. Piotr Zalewski)

Od końca lutego realizujemy projekt ,,Rok obrzędowy z Wikipedią” – muzealnicy i wikipedyści połączyli siły, by poprawić merytoryczną jakość etnograficznych zasobów najbardziej znanej internetowej encyklopedii! Projekt otrzymał dotację Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Urzędu Marszałkowskiego Województwa Mazowieckiego. Również na naszym blogu pojawią się artykuły związane z wyjazdem.

Czytaj dalej Wielkanocne ,,siwki” (aut. Piotr Zalewski)

Święta krowa

Święta krowa
Święta krowa

To, że krowa jest w Indiach zwierzęciem nie tylko niezwykle ważnym, ale i czczonym, jest jednym z najbardziej utartych schematów dotyczących tamtejszej kultury. Tak często, iż nawet udało mu się wejść do naszego ojczystego języka potocznego, choć zapewne wielu nawet nie wie skąd się ta „święta krowa” wzięła. Inni znowuż z miną znawcy wspominają o kraju, gdzie „czci się” także szczury i słonie. Z kolei każdy podróżnik odwiedzający Indie ma w swoim albumie przynajmniej kilka zdjęć wspomnianego zwierzęcia racicznego, gdy leży ono spokojnie w poprzek ulicy, przy wejściu do domu lub hamuje ruch na samym środku ruchliwego skrzyżowania (nie szukając daleko, sama się przyznaję do paru takich, z których jedno nawet reklamowało nasz Dzień Indyjski w 2013 roku).

Ale dlaczego „święta”? Co takiego jest w naszej poczciwej Mećce, że urosła na Subkontynencie do rangi zwierzęcia powszechnie szanowanego (jednak nie świętego)?

Otóż krowa jest… hmmm… nazwijmy to… „wielofunkcyjna”. Stanowi najcenniejszy nabytek w dorobku rolnika: jej mlekiem można napoić już najmłodszego członka rodziny, a najstarszemu podać chociażby paneer – ser powstały z mleka z dodatkiem odrobiny octu lub soku z cytryny. W gorące dni popija się lassi – napój przypominający naszą maślankę. W codziennej kuchni powszechnie stosowane jest ghee, czyli sklarowane masło, które wykorzystywane jest również jako święty olej w ceremoniach religijnych i jako oliwa do lampek zapalanych w świątyniach. Przy wielu rytuałach mleko jest elementem niezbędnym do ich przeprowadzenia (np. przy obrzędach zaślubin).

Czytaj dalej Święta krowa

Utalentowany Cesarz i przegrany władca

Wróżące pomyśloność żurawie
Wróżące pomyśloność żurawie

Autor: Bogna Łakomska

Zhao Ji urodził się w 1082 roku n.e. jako jedenasty syn Cesarza Shenzonga. Mieszkał wraz z rodziną w cesarskim pałacu w ówczesnej stolicy, tj. Bianlingu (dzisiejszym Kaifengu). Nie przypuszczając, iż kiedykolwiek mógłby zostać Cesarzem zdecydowanie więcej czasu poświęcał literaturze, sztuce oraz sekretom taoizmu aniżeli polityce. Tym niemniej, wbrew wszelkim oczekiwaniom, w roku 1100 n.e. Zhao Ji został koronowany na władcę Chin. Od tej pory zwano go Huizongiem. Szczerze powiedziawszy, Cesarzowi początkowo brakowało nie tylko przygotowania, ale nawet zainteresowania nową rolą, w jakiej musiał wystąpić. Szereg zaniedbań z jego strony doprowadził kraj po wielu latach do skraju bankructwa i utraty połowy terytorium na rzecz Mandżurów, którzy w 1127 n.e. najechali północne Chiny, całkowicie przejmując je w swoje ręce.

W literaturze historycznej tamtego czasu opinie o władcy były bardzo negatywne. Obarczono go bowiem odpowiedzialnością za upadek dynastii, oskarżając o niepoprawny romantyzm prowadzący do zmarnowania państwowych pieniędzy. Jednakże z dzisiejszej perspektywy, te krytyczne opinie wydają się być zbyt pochopne i nie do końca usprawiedliwione. Współcześni historycy widzą w Huizongu władcę ambitnego i dążącego do umocnienia władzy cesarskiej sięgającej korzeniami Starożytności, jak również uczynienia z cesarskiego dworu kulturalnego centrum całego Cesarstwa. Celem władcy było stworzenie imponującej kolekcji dzieł sztuki i antyków, dzięki której możliwe byłoby przywrócenie prestiżu, jakim cieszyła się działalność kolekcjonerska na dworze władców z wcześniejszych dynastii. Pałacowa kolekcja była czymś w rodzaju dobrej wróżby i znaku potwierdzającego prawo nowego władcy do tronu. Kolekcje cesarskie sięgały tradycją czasów starożytnych, ich losy były zmienne: raz ulegały rozproszeniu, a raz ponownej odbudowie. Huizong, będący jednym z pierwszych władców nowo tworzonej dynastii Song, mający jedynie zaplecze humanistyczno-artystyczne wiedział, jak istotną dla budowy kraju w przeszłości była sztuka. W niej też to upatrywał wszelkich rozwiązań problemów politycznych. I choć się przeliczył, nie zmienia to faktu, że cel był szczytny: postawić na sztukę i kulturę, jako najważniejsze elementy funkcjonowania państwa.

Czytaj dalej Utalentowany Cesarz i przegrany władca

Res musealiae: Pasja kolekcjonerska. Kolekcja dzwonków Ewy Śliwińskiej

PME 39913 Europa, Fot. E. Koprowski
PME 39913 Europa, Fot. E. Koprowski

Wyrazem prywatnej pasji kolekcjonerskiej jest zbiór dzwonków Ewy Śliwińskiej. Do Muzeum przekazany został – zgodnie z jej życzeniem – w darze po śmierci kolekcjonerki w roku 1976. Kolekcja gromadzona była przez kilkanaście lat, momentami może bez głębszej refleksji nad wartością danego obiektu, ale z drugiej strony ukazująca ich zróżnicowanie jeśli chodzi o funkcję, formę, przeznaczenie, materiał i rozwiązania formalne. Wśród 140 okazów znajdziemy dzwonki polskie, ale także przywożone z całej Europy, również nieliczne pozaeuropejskie. W zbiorze reprezentację swoją mają dzwonki zaopatrzone w serce, ale też bezsercowe, o płaszczu otwartym i zamkniętym, blaszane gospodarskie oraz odlewane z mosiądzu o pięknych reliefach, pokazujące kunszt pracy ludwisarza, ale również drewniane i ceramiczne. Najbogatszy pod względem liczby jest zbiór dzwonków bydlęcych – głównie pasterskich (owczych, baranich, kozich, bawolich), kształtowanych z blachy – w którym jednak znajdziemy także mniej znane drewniane krowie kołatki. Liczne także są dzwonki końskie, w tym janczary do zaprzęgu zimowego. Odrębny zespół stanowią dzwonki dworskie oraz związane z czynnościami sakralnymi (kościelne, cerkiewne, świątynne buddyjskie i hinduskie) i obrzędowymi (afrykańskie). Pozostałe to plejada drobnych dzwoneczków z różnych części świata: niewielkich rozmiarów dzwonki rybackie, dzwonki sklepowe oznajmiające przybycie klienta, dzwoneczki przywiązywane w Indiach raczkującym dzieciom, dzwonki taneczne, dzwonki–ozdoby używane przy różnych okolicznościach, po pamiątkowe, galanteryjne dzwonki ceramiczne. Na wzmiankę zasługuje dzwonek odlany z brązu z orłami napoleońskimi. Ewa Śliwińska udokumentowała swój zbiór rysunkami, wraz z metryczkami, co ułatwiło później identyfikację większości przedmiotów (aczkolwiek część z nich pozostaje bez proweniencji).

Czytaj dalej Res musealiae: Pasja kolekcjonerska. Kolekcja dzwonków Ewy Śliwińskiej

Z cyklu: „Pogrzeb w magazynie”: Litewska filharmonia łąkowa

PME Warszawa
PME Warszawa

Państwowe Muzeum Etnograficzne otworzyło podwoje nowej wystawy stałej, pod tytułem: „Czas świętowania w kulturach ludowych Polski i Europy”. Wystawa składa się z dwóch części. Pierwsza – znana już widzom pod nazwą „Zakochany Chopin” – nosi tytuł „Od Chopina do awangardy”; poszerzona została o niezwykle cenne, odrestaurowane przez Muzeum laleczki – makiety tańców ludowych, przygotowane przez polskich plastyków na Wielką Wystawę Światową w roku 1937. O historii tego zbioru pisze Grażyna Dąbrowska w katalogu do wystawy w artykule: Zapomniane dokumenty początków polskiej etnochoreografii.

Przyłączenie do wystawy stałej tej części ekspozycji to dobry pomysł – pozwala cieszyć się cenną merytorycznie i ciekawą ekspozycyjnie prezentacją przez dłuższy czas. Pozwolę sobie jednak na własne uzupełnienie tej części wystawy o kolejne magazynowe odkrycia, dokonane, nota bene, podczas wybierania zabytków do „Czasu świętowania”.Mam nadzieję, że wybór mój jest trafny i że Fryderyk Chopin mógł słuchać również orkiestr „symfonicznych” takich jak ta, utworzona z instrumentów wykonywanych przez litewskie dzieci pasące na łąkach bydło i gęsi. Dodam że cały zestaw został wykonany przez Arvydasa Karaszkę w Wilnie i ofiarowany pracownicy PME w Warszawie, Teresie Lewińskiej, w 1986 roku. Był, zapewne, pamiątką dzieciństwa swego wykonawcy. Oto instrumenty tej łąkowej orkiestry, wszystkie wykonane (a może i skonstruowane) przez dzieci:

Mirilion (lit. bribalas) to instrument muzyczny wykonany ze źdźbła słomy zagiętego na pół lub rozwidlonej gałązki, na które nałożono membranę ze skórki od kiełbasy.

Róg składa się z dwóch części: piszczałki wystruganej z drewna jesionowego i rogu bydlęcego. Jeden koniec piszczałki zwęża się i wciśnięty jest do czary głosowej, czyli do rogu, drugi ma zakończenie klarnetowe z „języczkiem” wyciętym na powierzchni. Na stronie wierzchniej piszczałki znajduje się sześć otworów palcowych służących do regulacji wysokości słupa powietrza. Czara głosowa wykonana została z rogu bydlęcego ściętego płasko na zwężającym się końcu. Służy ona jako dźwięcznik.

Czytaj dalej Z cyklu: „Pogrzeb w magazynie”: Litewska filharmonia łąkowa

Parzenie herbaty

Jesienią 2014 roku Państwowe Muzeum Etnograficzne w Warszawie gościło wystawę Festiwal Wieloetniczności. Jedną z jej części była poświęcona herbacie i jej roli w życiu mieszkańców Chin. Na ekspozycji przedstawiono jak uprawia się herbatę, omówiono jej gatunki oraz zastosowania – od funkcji leczniczych po towarzyskie.  Kilka razy dziennie prezentowano chińską sztukę picia herbaty pojmowaną jako rytuał kultywowany przez liczne grupy społeczne i etniczne kraju. Bywalcy Muzeum przy dźwiękach tradycyjnej muzyki mogli pod pomocnym okiem instruktorek sami przyrządzić herbatę na chińską modłę jak również jej skosztować.

Co robi etnolog w sklepie z butami, czyli historia jednej pary – część pierwsza.

fot. Prolineserver, źródło Wikipedia, CC BY-SA 3.0
fot. Prolineserver, źródło Wikipedia, CC BY-SA 3.0

Wieczorami, jeżdżąc różnymi trasami na rowerze, etnolog mija biegaczy. Jednych w treningu interwałowym (cardio), którzy na 80% HRmax podbiegają ulicą Agrykoli, Belwederską czy na ursynowską górkę (zresztą świetnie się do tego typu treningu nadającymi), budując siłę biegu. To znowu innych w wysiłku tlenowym (z gwizdkami lub bez), przemieszczających się jednostajnie aż przebiegną określony dystans lub dopóki nie minie założony przez nich wcześniej czas… Postać w „obcisłym” stroju, z lekko zgiętymi w łokciach rękami i wielkim zegarkiem na lewym przedramieniu jest chyba dla każdego z nas bardzo familiarna: jeśli kogoś kiedyś takowy nie minął w lesie czy na chodniku, to na pewno słyszeliśmy o jakimś maratonie czy innym biegu, w którym uczestniczą sami „tacy”[*].

Jednak o samym bieganiu i jego zbawiennych czy degradujących skutkach dla organizmu nie będziemy dziś pisać, choć nie są one obce etnologowi, gdyż na tyle na ile może, o kondycję dba. Rzecz natomiast dotyczyć będzie niezbędnych akcesoriów biegacza, a nawet tylko jednego elementu jego ubioru, za to w liczbie mnogiej – butów. Tym co zainteresowało etnologa najbardziej, są nazwy tych mieniących się jaskrawymi kolorami obiektów, zrobionych z materiałów niezniszczalnych, o „cudownych” właściwościach (jak zapewniają producenci) i fakturach, które nawet Lemowi się nie śniły.

Powiedzmy, że dla metodologicznego porządku nie weźmiemy na warsztat wszystkich modeli wszystkich firm, choć nie byłoby to wbrew pozorom specjalne trudne, bowiem przeważająca większość korzysta z podobnych możliwości w zakresie kodu, doboru znaków, semantyki i syntaksy konstruując nazwy modeli. Ale objętość tego posta stałaby się nieblogowa. Przypatrzę się więc tylko jednemu modelowi, którego nazwa przykuła moją uwagę ze względu na słabo czytelne funkcje: marketingową, kulturowo-użytkową i konotacyjno-asocjacyjną, które są jednymi z ważniejszych w katalogu funkcji nazw własnych wyliczonych przez językoznawców.

Salomon (poza skojarzeniami biblijnymi) to nazwa marki akcesoriów sportowych. W żargonie językoznawczym powiedzielibyśmy, że jest to nazwa przeniesiona (w tym przypadku w procesie transnomizacji), genetycznie własna. Pochodzi od nazwiska twórcy marki, Georges Salomona. Firma powstała w 1947 roku w Annecy (Górna Sabaudia). Początkowo zajmowała się tylko produkcją turystycznego asortymentu zimowego – nart, wiązań – z czasem rozrosła się jednak i stała rozpoznawalną marką wszelkich produktów sportowych: ubrań i sprzętu narciarskiego. W 2005 roku przejęta została przez fiński Amer, który ma finansowe związki z Adidasem. To tyle jeśli chodzi o krótką historię producenta interesujących mnie butów. Przejdźmy do sedna, bo nazwa modelu butów przykuwa wzrok i zasiewa niepokój w myślach.

Czytaj dalej Co robi etnolog w sklepie z butami, czyli historia jednej pary – część pierwsza.

Must be the pirat

Flag_of_Edward_England, WarX, edited by Manuel Strehl
Flag_of_Edward_England, WarX, edited by Manuel Strehl

W kinach wyświetlany jest film poruszający tematykę piratów somalijskich. Porwanie frachtowca, kapitan, spocone lśniące ciała porywaczy, odwaga, obowiązek. Full service amerykańskiego kina.

Sława piratów somalijskich nie ma dziś nic wspólnego z malowniczymi postaciami z hakiem zamiast dłoni i papugą na ramieniu. Pewnie dlatego, że żyją w naszych czasach, a AK-47 nie jest tak romantyczne jak szabla i armatnia kula z tlącym się lontem.

Według agencji Reutera przez ostatnie cztery lata porwano trzy tysiące pięćset osób, z czego sześćdziesiąt dwie zginęły. Zadziwiająco dużo ludzi ryzykowało mimo wiadomego zagrożenia – trzy tysiące pięćset osób to siedemdziesiąt dwie osoby miesięcznie, dwie dziennie uprowadzone przez somalijskich piratów.

Skąd się wzięli ci „pracowici ludzie”?

Ano z biedy. Początkowo wielkie firmy łupiły tradycyjne łowiska Somalijczyków, pozbawiając ich możliwości zarobkowania. Później zaczęła się wojna domowa, która sprowadziła lub wykreowała różnego rodzaju rzezimieszków i bandytów. Przemoc rodzi przemoc, ubóstwo – pomysły na wyjście z niego. Rozwinęło się zatem przynoszące niezłe zyski piractwo, które miejscowi pewnie traktują jako swego rodzaju zadośćuczynienie za zrabowane łowiska. Dość powiedzieć, że trafiło na podatny grunt.

Trzy lata temu wybierałem się na archipelag Lamu w Kenii, niedaleko granicy z Somalią. Kiedy rezerwowałem pokój właścicielka wspomniała, że nie ma problemu, bo nie ma turystów i jeśli przyjadę, to spokojnie mnie ugości. Sprawdziłem pogodę. Może tam jakaś pora deszczowa albo wiatry? Nie, wszystko ok. Przed wyjazdem zadzwoniłem, żeby pożegnać się ze znajomym, który zjadł na Afryce zęby.

Czytaj dalej Must be the pirat

Patrz Kościuszko na nas z nieba…

Władysław Sikora, PME 45961,2 Fot. Edward Koprowski
Władysław Sikora, PME 45961,2 Fot. Edward Koprowski

Powyższy tytuł to słowa tekstu Poloneza Kościuszki napisanego przez Rajmunda Suchodolskiego. Postać Tadeusza Bonawentury Kościuszki (1746-1817), naczelnika narodowej insurekcji, generała, inżyniera i uczestnika walk o niepodległość Stanów Zjednoczonych, stanowi ciekawy przykład życia po życiu naszych narodowych bohaterów. Nie dziwi fakt, że w obrazie Jana N. Bizańskiego Sypanie Kopca Kościuszki naczelnik spogląda z nieba na lud krakowski, który w ten właśnie sposób postanowił uczcić pamięć polskiego wodza.

Kościuszko był i pozostaje bohaterem uniwersalnym, niezależnie od systemu politycznego, ideologii czy partyjnych preferencji. Jego imieniem nazywano ulice, szkoły, jednostki wojskowe (w tym słynny Dywizjon 303 i 1. Dywizję Wojska Polskiego), statki, samoloty pasażerskie, a nawet najwyższą górę Australii. Kościuszko to również konstrukcja hydrologiczna – próg wodny na Wiśle w okolicy Krakowa. Niewielu pamięta, że portret naszego narodowego bohatera miał w swojej kajucie także Kapitan Nemo – główny bohater powieści Juliusza Verne’a 20 tysięcy mil podmorskiej żeglugi.

Historyczna rola dowódcy powstania, ale także mit Kościuszki jako opiekuna chłopów-powstańców nie pozostały bez wpływu na rodzimą twórczość ludową. W kolekcji PME znajduje się kilkanaście prac przedstawiających naczelnika insurekcji.

Czytaj dalej Patrz Kościuszko na nas z nieba…

Tapa – archaiczna forma papieru, cz. II

Siapo-tapa, Polinezja, zbiory PME  Fot. Erika Krzyczkowska Roman
Siapo-tapa, Polinezja, zbiory PME Fot. Erika Krzyczkowska Roman

W niektórych częściach świata, umiejętność wytwarzania tapy kultywowana jest nieprzerwanie od setek lat. Szczególnym zainteresowaniem cieszy się ona w rejonie Południowo-Wschodniej Azji i archipelagu Wysp Pacyfiku, przede wszystkim na Tonga, Samoa, Fidżi, Tahiti, ale również w Papui Nowej Gwinei, Nowej Zelandii, na Hawajach, Niue, Vanuatu, Wyspach Cooka, Jawie oraz w niektórych krajach afrykańskich i amerykańskich położonych w okolicy równika.

Słowo tapa weszło do obiegowego języka za pośrednictwem Jamesa Cooka (1728-17779), który jako pierwszy Europejczyk kolekcjonował i zaprezentował szerszej publiczności, pozyskiwany przez Polinezyjczyków materiał. Pomimo różnic językowych i odmiennych nazw w rozmaitych częściach Oceanii termin tapa rozpowszechnił się i utrwalił w języku międzynarodowym. Nie zmienia to faktu, że na Wyspach Pacyfiku nazewnictwo często związane jest z konkretnym znaczeniem i na określenie tapy używa się rdzennych terminów, uwarunkowanych historycznie.

Czytaj dalej Tapa – archaiczna forma papieru, cz. II