pl
Godziny otwarcia:
SOB: 12:00 – 18:00
PON: Zamknięte
WT: 11:00 – 19:00
ŚR: 11:00 – 19:00
CZW: 11:00 – 17:00
PT: 11:00 – 19:00
SOB: 12:00 – 18:00
ND: 12:00 – 18:00
Godziny otwarcia:
SOB 12:00 – 18:00
PON: Zamknięte
WT: 11:00 – 19:00
ŚR: 11:00 – 19:00
CZW: 11:00 - 17:00
PT: 11:00 – 19:00
SOB 12:00 – 18:00
ND: 12:00 – 18:00
pl
Godziny otwarcia:
SOB: 12:00 – 18:00
PON: Zamknięte
WT: 11:00 – 19:00
ŚR: 11:00 – 19:00
CZW: 11:00 – 17:00
PT: 11:00 – 19:00
SOB: 12:00 – 18:00
ND: 12:00 – 18:00
Godziny otwarcia:
SOB 12:00 – 18:00
PON: Zamknięte
WT: 11:00 – 19:00
ŚR: 11:00 – 19:00
CZW: 11:00 - 17:00
PT: 11:00 – 19:00
SOB 12:00 – 18:00
ND: 12:00 – 18:00
pl

Orzeł to ptak majestatyczny, będący symbolem mocy, godności, wzniosłych idei. Nie dziwi fakt, że wiele państw umieszcza go w swoich godłach i na flagach. Mario Puzo pisał, że o rzeczach oczywistych nie ma co mówić więc ja opowiem historię niebanalną o orle, który uniósł mnie z piekielnych czeluści nieomal na własnych skrzydłach.

Rzecz działa się w Afryce. W prowincji Katanga. W poprzednim blogu wspomniałem już, że wraz z kolegą byliśmy gośćmi komisarza Jeffa Boshaba. Ten wojskowy zaprawiony w bojach, i jak się później okazało jeden z twórców legionów dzieci, okazał się być wylewnym gospodarzem. Rządził ziemią piekielną. Zielone lasy Katangi, kilkumetrowe termitiery, filetowe bugenwille, czerwony pył skrywał leje po bombach, ruiny domostw, cmentarzyska. Dla mnie symbolem tej potwornej domeny byli handlarze węgle drzewnym. Przemierzali drogi i dróżki nosząc worki z towarem, umazani sadzą, wyłaniający się z buszu w którym nocami pełgały światełka pieców. Diabliki.

Handlarz węglem drzewnym na rowerze. Zdjęcie z prywatnego archiwum autora.

Jeff był demonem niepodzielnie władającym tą domeną. Chodził w polówce lub w szarym garniturku. Wesoły, znający wszystkich, a wszyscy wiedzieli kim on jest. Dlatego się nas bali. Jeff nie skąpił nam niczego. Obiady składały się z kilku dań, obowiązkowo z dodatkiem majonezu. Majonez do ryby, majonez do mięsa, majonez do jabłka. To pozostałość po Belgach – demonach, które były tu przed Jeffem. Pokazywał bogactwa naturalne drzewa, miedź, diamenty. Pewnego razu zabrał na do punktu Western Union w Lubumbashi. Spory kantor na głównym placu miasta umieszczony pośród straganów z owocami i węglem drzewnym. Nad ladą wisiał duży napis w kilku językach „Wypłaty powyżej 2 milionów dolarów należy zgłaszać dzień wcześniej.” Taki afrykański kontrast.

Ruiny w Kipushi. Zdjęcie z prywatnego archiwum autora.

Ze względu na pewne nieporozumienie językowe Jeff myślał, że jesteśmy przedstawicielami dużego tartaku w RPA. Zaaranżował spotkania z urzędnikami, określił wysokość koncesji i łapówek. Przyjechał nawet syn jakiegoś lokalnego kacyka omawiać warunki umowy. Pogrążaliśmy się w czeluść. Prawdy powiedzieć nie mogliśmy, a i wyjechać też nie. Nie bez pozwolenia Jeffa. Pamiętam, że kiedy padło pytanie ile drzewa chcemy zamówić na początek, kolega spojrzał na mnie i spytał – Darek, co ja mam powiedzieć? Zobaczyłem orła na niebie i automatycznie odpowiedziałem – Nie wiem, ale w metrach sześciennych, powiedz 3000 m3. Urzędnik odparł, że na taką właśnie ilość liczył. Jeffowi powiedzieliśmy, że musimy jechać do RPA i niebawem wrócimy. Czas był najwyższy bo nasz gospodarz stawał się coraz bardziej niecierpliwy i czekał na konkrety, których nie byliśmy w stanie podać. Zgodził się na nasz wyjazd. Rankiem gdy było jeszcze ciemno podjechał zdezelowany samochód z kierowcą. Kierowca był potężny jak tutejsza przyroda, łysy ze spiczastymi uszami. Na tle księżyca wyglądał upiornie. Przez całą drogę kierunku granicy leciała ta sama piosenka w radio (jakiś gospel). Księżyc powoli zachodził, a my wciąż nie mieliśmy paszportów zabranych wcześniej przez Jeffa. Nagle muzyka ustała, ukazały nam się pierwsze promienie słońca, a na drodze pojawił się orzeł. Gigantyczny, brązowo-biały, odwrócił ku nam łeb i wzbił się w powietrze, a gdy rozpostarł skrzydła omiótł nimi samochód tak blisko, ze czuliśmy ten wiatr. W tym momencie, w radio przerwało muzykę i rozpoczęło wiadomości. Upiorny kierowca powiedział, że jesteśmy na granicy i oddał nam paszporty.

Cmentarze w buszu. Zdjęcie z prywatnego archiwum autora.

Z Jeffem utrzymywaliśmy jeszcze przez jakiś czas kontakt. Nie pytał jednak o drewno. Może zorientował się, że było to nieporozumienie i chciał zachować twarz nie robiąc nam jednocześnie krzywdy, jako rodakom misjonarza – Polaka, który był jego nauczycielem za młodu. Potem dowiedzieliśmy się, że wysłano go na kolejną wojnę. Jego kuzyn przysłał informację, że ma trochę uranu na sprzedaż. Oczywiście nie powiedzieliśmy – nie. W Afryce nie mówi się – nie.

Autor: Dariusz Skonieczko