pl
Godziny otwarcia:
WT:10:00-17:00
PON: Zamknięte
WT: 10:00-17:00
ŚR: 11:00-19:00
CZW: 10:00-17:00
PT: 10:00-17:00
SOB: 10:00-18:00
ND: 12:00-17:00
Godziny otwarcia:
WT:10:00-17:00
PON: Zamknięte
WT: 10:00-17:00
ŚR: 11:00-19:00
CZW: 10:00-17:00
PT: 10:00-17:00
SOB 10:00-18:00
ND: 12:00-17:00
pl

BLOG: Osiedle

– tam, gdzie wszystko się zaczyna. Kultura, muzyka, codzienność polskich blokowisk.

1. Blokowiska – skąd, po co i dla kogo? Ciasne, ale własne.

Rozrzucone pozornie leniwym, przypadkowym gestem po rozległym terenie rzędy czteropiętrowców czy wieżowców to widok tak dla polskiego oka powszechny, jak powszechnym był dla dziewiętnastowiecznych romantyków bocian czy wierzba roschata. Wschodnioeuropejskie, sowieckie, polskie – blokowiska wrosły w nasz krajobraz swoimi wielkimi płytami, szarością azbestu i oczami szyb. Le Corbusier widział w ich powstaniu szansę na przezwyciężenie społecznych nierówności. Nowe przestrzenne planowanie miało „wyrwać” ludzi z przepełnionych czynszówek i wiejskich bieda chałupek. PRL-owskie spółdzielnie mieszkaniowe miały stanowić kontrę dla kapitalistycznego prawa własności prywatnej, które głosiło „nie masz, póki sobie nie kupisz”.

Jednak instytucja i koncepcja osiedla mieszkalnego nie ogranicza się do zapewnienia lokatorom dachu nad głową. Osiedla to także edukacja i opieka (szkoły, przedszkola, żłobki, kółka zainteresowań dla młodzieży, kluby sportowe), rekreacja (parki, boiska, bulwary) i socjalizacja – bliskie sąsiedztwo dziesiątek tysięcy ludzi, ze wszystkimi zaletami i wadami.

Polska Rzeczpospolita Ludowa zbudowała i oddała w latach 1945-89 do użytku prawie 4 mln mieszkań. Tempo budowania lokali wielorodzinnych nie spadało w latach 1964-89 poniżej 150 tysięcy rocznie, a w rekordowym 1978 r. oddano aż 278 tys. lokali[1]. Obecnie połowa Polaków mieszka nadal w mieszkaniach wybudowanych za PRL.

Fot. Magda Okraska

Gospodarka mieszkaniowa tego trwającego kilka dekad okresu obfitowała w dziwne sposoby „zdobywania” mieszkań – legendarne jest m.in. „czekanie na mieszkanie”, czyli wieloletnie stanie w kolejce po tzw. przydział (przydzielano mieszkania jeszcze niewybudowane), dzielenie dużych mieszkań między kilka obcych sobie rodzin (w celu poprawy warunków bytowych ludzi ubogich), tzw. kwaterunek (czyli kierowanie lokatorów pod wskazane adresy, ze ściśle określonym maksymalnym metrażem przypadającym na osobę) czy zamieszkiwanie „u rodziny” jako sublokator (niespokrewniony człowiek wynajmujący prywatnie jeden z pokoi z używalnością kuchni i łazienki). PRL-owskie filmy i seriale pełne są obrazów takiej codzienności, wystarczy wspomnieć choćby o ikonicznym „Alternatywy 4” czy serialu „Dom”. Część z nich skupia się na celowym utrwaleniu na kliszach popkultury parady typów ludzkich zamieszkujących pod jednym dachem, część zaś nawiązuje do trudnych warunków lokalowych niejako mimochodem, jak do tła obyczajowego dla fabuły.

PRL-owska gospodarka mieszkaniowa traktowała priorytetowo prawo do dachu nad głową w przeoranym wojną kraju. Tysiące prefabrykowanych paneli z betonu były masowo produkowane w „fabrykach domów” rozsianych po przedmieściach Warszawy[2]. Ciasne, ale własne – głosi znane każdemu Polakowi powiedzenie. Woda leci ze ściany/szczy się do porcelany/Węgla ani drzewa ja tu nie kupuję/Kraniki odkręcam i obiad gotuję – opowiada obrazowo o warunkach awansu lokalowego (i często społecznego) popularny w PRL satyryczny wierszyk.

Osiedla z epoki Polski Ludowej rozciągają się od Warszawy po kilkutysięczne miasta, a także wsie – niewielkie zgrupowania bloków budowano też w sąsiedztwie PGR-ów. Mają wiele zwyczajowych nazw: i własnych, wziętych wprost z mapy (warszawskie Osiedle za Żelazną Bramą, krakowskie Prądnik Biały i Czerwony, poznańskie Osiedle Kosmonautów, czy mnóstwo rozrzuconych po małych i większych miastach osiedli Piłsudskiego, Chrobrego czy Na Górce), i zmodyfikowanych przez codzienny uzus, która to zmiana była motywowana wygodą nazywających, warunkami lub kształtem bloków (Manhattan, Meksyk, Brooklyn, Gwiazdy, Kukurydze), po nazwy pół-oficjalne, odnoszące się do ogromnej liczby lokatorów (mrówkowce, falowce).

Fot. Magda Okraska

Dziś Polacy nadal chętnie mieszkają w zasobie lokalowym zbudowanym w tamtych czasach, a bloki deweloperskie, których w III RP także stawia się wiele (według danych GUS przeciętnie w latach 2003-2012 nawet 150 tys. lokali rocznie. Dane za 2019 r. mówią aż o 237 tys. lokali, które zaczęto budować, ale nie wszystkie oddano do użytku), uchodzą za atrakcyjniejsze tylko wśród części szukających dachu nad głową.  Po okresie zachłyśnięcia „nowym”, „czystym”, „zachodnim” potencjalni lokatorzy zdali sobie sprawę z faktu, że deklaratywnie wyższy standard wcale nie musi oznaczać, że „będzie się lepiej mieszkało”. Nowoczesne osiedla to stłoczone grupki niewielkich bloków, których mieszkańcy zaglądają sobie nawzajem w okna, często ogrodzone (problemy ze swobodną pieszą komunikacją), wypchnięte na obrzeża miast (a jeśli nie wypchnięte, to koszmarnie drogie w przeliczeniu na metr kwadratowy) i pozbawione elementarnej infrastruktury, takiej jak tramwaj, autobus, budynek szkoły podstawowej czy boisko. Niektóre z osiedli nie mają właściwie żadnej infrastruktury poza samymi blokami i parkingami. Deweloper puszcza za to wodze fantazji, obdarzając je poetyckimi nazwami, często bazującymi na rzekomej bliskości zjawiska przyrody, którego jednak wcale tam nie ma (Bella Dolina, Zielone Ogrody) czy odwołując się do aspiracji mieszkańców (Nowa Rezydencja Królowej Marysieńki, Good Point, Paryż)[3]. Niektóre firmy deweloperskie zatrudniają nawet językoznawców, by sprawdzić, z czym nazwa się kojarzy.

W Polsce wciąż brakuje mieszkań. Według badań przydałoby się 2,1 mln dodatkowych lokali mieszkalnych, z perspektywą wzrostu tej liczby nawet do 2,9 mln. Przejście od systemu gospodarki centralnie sterowanej, który trzymał pod swoimi skrzydłami także budownictwo mieszkaniowe, do systemu wolnorynkowego, w którym brak środków na wynajem lub kupno mieszkania skutkuje po prostu bezdomnością, zmieniło system własności zajmowanych lokali i wzmocniło (lub stworzyło!) mieszkaniowe patologie. Rzeczywistość III RP to brak możliwości „otrzymania” mieszkania, czyli konieczność jego zakupu za wyśrubowane, nieregulowane kwoty, wyprzedaż przez miasta zasobu komunalnego, dziki rynek prywatnego wynajmu i zbywanie przez spółdzielnie mieszkań zakładowych za symboliczną złotówkę. Codzienność trwających nieruchomo osiedli wydaje się podobna, zmienia się jednak sfera własności, a „prawo do dachu nad głową” to obecnie pusty, wyśmiewany slogan.

Fot. Magda Okraska

2. Magia osiedla versus „patologia” niebezpiecznych dzielnic. Tam to można tylko w mordę dostać.

Patrząc na zdjęcia blokowisk, widzimy rzędy okien i balkonów, z których każdy jest dzięki polskiej nieokiełznanej fantazji inny. Loggie wieżowców pomalowane są na każdym piętrze na odrębne, jaskrawe kolory, stalowe pręty klatki balkonu przetykane są kolorowymi taśmami żeby było ładnie. Polska kultura nie dąży do unifikacji estetycznej, lecz przeciwnie – ceni wizualną wolność, a przede wszystkim prawo do podejmowania decyzji „o własnym”. Przy bliższych oględzinach rzędy bardzo podobnych budynków zyskują własne twarze i sznyt odrębności.

Osiedle to dla mieszkańców kraina znana od dzieciństwa, a przynajmniej od chwili otrzymania przydziału. Swojska, ciepła, lubiana albo nie, ale absolutnie rozpoznana, bezpieczna. To krwiobieg, który zapewnia pozostającym w jego obrębie wszystkie niezbędne do życia rzeczy, zarówno materialnie, jak i symbolicznie, nie wymagając wyprawiania się do centrum, zwłaszcza gdy osiedle jest satelickie. Na osiedlu budowanym w czasach PRL mamy wydeptane ścieżki spacerów z psem, ulubiony sklep, drogę na przystanek, lepsze i gorsze rewiry, a także mnóstwo wspomnień. Pozostawanie większą część życia w tym samym oswojonym uniwersum, w symbolicznym „domu”, która to nazwa rozciąga się w tym przypadku daleko poza sam lokal mieszkalny, daje ogromne poczucie pewności i bezpieczeństwa.

Topografia osiedla obrasta nowymi wizualnymi wyzwaniami, bo kapitalizm nie znosi próżni, przestrzeni zagospodarowanej raz a dobrze, gdzie nic się nie zmienia, nie dodaje. Surowe bloki i ogromne, z sowieckim rozmachem rzucone przestrzenie pomiędzy nimi, zostały obudowane supermarketami, pasażami handlowymi, myjniami samochodowymi i biurowcami. W jednorodną tkankę dzielnic i osiedli wetknięto nowe, nie przystające do nich stylem architektonicznym elementy. Ale osiedle przyjmie wiele. Z brawurą żegluje przez kolejne dekady – ze spokojem i niepokojem jednocześnie.

PRL-owskie osiedla to także silna społeczność, a już społeczność pojedynczej klatki schodowej to niemal rodzina – ze wszystkimi dobrymi i złymi implikacjami tego stanu. W „rodzinie” jest zatem ojciec i matka z kilkorgiem dzieci, starsza pani z tłustym jamnikiem, ale także „stary pijak”, czyli samotny mężczyzna nadużywający alkoholu czy głośni nastolatkowie grający w gry komputerowe na głośnikach z basem. Wszyscy ci członkowie wspólnoty mijają się na wąskiej przestrzeni klatki, słyszą nawzajem swoje odgłosy, czują zapachy i często – nadal, choć rzadziej niż w poprzednich dekadach – odwiedzają się w mieszkaniach. Klatka to wspólnota na dobre i złe, nieoparta na wyborze czy przekonaniach, lecz na sąsiedztwie napędzanym przymusem. Audiosfera domowa przenika się tu z audiosferą całego osiedla, co jest doświadczeniem swoistym dla blokowisk z ich akustyką[4]. Słyszmy nie tylko dźwięki rozmów, ale także gwizd czajnika, czołówki programów telewizyjnych, szum wody lanej do wanny, kłótnie i muzykę. Uczestniczymy półgębkiem w życiu sąsiadów, ze wszystkimi jego blaskami i cieniami.

Odchodząca powoli w przeszłość magia starszych osiedli obejmuje kilka sąsiedzkich kodów zachowań i wiele rytuałów. Osiedla to przesiadywanie na ławkach (w obrębie własnej grupy wiekowej, a więc młodzi chłopcy oddzielnie, stare kobiety oddzielnie), to niemal zapomniany już widok dzieci „z kluczem na szyi”, to wstępowanie do sąsiadki po jedno jajko czy szklankę cukru, bo akurat zabrakło do ciasta. To niedzielne odwiedziny, rytualne pogawędki na schodach, to karteczki w drzwiach, to zwyczajowe „niewtrącanie się”, pączkujące jednak w młode gałęzie najdzikszych plotek. Osiedle potrafi żyć plotką, pogłoską, konfliktem. Potrafi też jednocześnie wystąpić w obronie „swoich”, bez względu na wagę ich przewiny wobec czynników zewnętrznych. Wyśmiewane przez widzów programów informacyjnych i kryminalnych wypowiedzi sąsiadek młodego przestępcy w rodzaju „Grzeczny był, dzień dobry mówił, ja nic nie wiem” nie oznaczają wcale zawsze braku wiedzy i zainteresowania jego losem. Oznaczają także pewien dawniejszy model warownej fortecy sąsiedztwa, w której wzajemnym zaufaniu służbom publicznym trudno jest zrobić wyłom. Obca osoba pytająca znienacka na schodach „a kiedy pani ostatnio widziała sąsiada?” może być komornikiem, windykatorem, pracownikiem społecznym, który wyciąga informacje, by użyć ich przeciwko członkowi przymusowej wspólnoty. Bezpieczniej odpowiedzieć „ja się nie interesuję”. To wbrew pozorom wcale nie jest kodeks „niebezpiecznych”, „gorszych” dzielnic, lecz intuicyjna linia demarkacyjna, która wyraźnie wyznacza granicę między swój a obcy. Aż do klepsydry wiszącej na drzwiach klatki. Jak mówi kolejne bardzo popularne polskie powiedzenie, własne brudy pierzemy we własnym domu.

Fot. Magda Okraska

3. Osiedle i dzielnica jako symbol przynależności. Tu gdzie bloki wysokie, dochody są niskie/Widziałeś jedno osiedle, widziałeś je wszystkie[5]

Blokowisko to zatem wydzielona strefa do życia, która, pomimo wizualnego i estetycznego podobieństwa do innych osiedli, odróżnia się od nich poczuciem „bycia u siebie”. Całe życie jesteśmy skądś – z kraju, miasta, okolicy, dzielnicy, ulicy. Czasem definiuje nas urodzenie się gdzieś (jak tych, którzy całe życie „są z Kresów”, choć dawno mieszkają na ziemiach odzyskanych), czasem okolica, w której przebywamy aktualnie. W przypadku miejskich osiedli ten wyróżnik zdaje się być szczególnie silny. Osiedle, na którym spędzamy żywot, determinuje nie tylko rejonizację naszej edukacji, ale także to, jakiej drużynie piłkarskiej kibicujemy (w miastach z kilkoma klubami, jak np. Kraków, dzielnice a nawet poszczególne ulice podzielone są bardzo dokładnie pomiędzy Cracovię a Wisłę) i z kim mamy kosę.

Jednak także jako osiedle jako całość, ogólny koncept urbanistyczny i społeczny, z którego „się jest”, determinuje stosunek grupy społecznej mieszkającej w blokach, zwłaszcza „starych”, do grupy społecznej, która z nich „uciekła”, czyli wyprowadziła się na fali poprawy własnego statusu materialnego, i vice versa. O ile PRL przydzielała mieszkania w blokach przedstawicielom każdej klasy, w celu spłaszczenia i wymieszania struktury społecznej, o tyle III RP z powrotem wyostrza podział na klasy, a przynajmniej na biedniejszych i bardziej zasobnych. Kto się „dorobił”, ten z bloków, zwłaszcza wieżowców w przeciętnych dzielnicach, wyprowadza się – czasem buduje domek pod miastem, czasem kupuje nowe mieszkanie, mniej ciasne, w „lepszej” okolicy. W społeczności lokalnej narastają mity gorszych dzielnic, postępuje też gettoizacja. W tym kontekście „bycie z osiedla” staje się stygmatem lub powodem do dumy dla tych, którzy na nim pozostali, a samo osiedle jako miejsce życia i socjalizacji stało się osią narracyjną dla polskiego hip-hopu.

Bloki jako świat, w którym przebywa się z przymusu, a jednocześnie z wyboru, pojawia się w bardzo wielu utworach hip hopowych. Poczucie wspólnoty emocjonalnej z osiedlem – od dzieciństwa, przez wspólne przesiadywanie na ławce w młodości, często pierwsze kłopoty z prawem, po docelowe sąsiedztwo do śmierci lub wyprowadzki – to więź nie do przecenienia. Właściwie każdy twórca hip hopu, który wychował się lub wciąż mieszka na blokowisku, bez przerwy do tego nawiązuje.

Raport z rejonów
Z których tak ciężko jest uciec
I rzadko kto ci spojrzy w oczy ze szczerym współczuciem
To nie życie z pocztówek
Tutaj prowadzi cię instynkt
Codziennie jesteś bracie świadkiem tragicznych statystyk (…)
Dobrze to znam, moi ludzie ciągle siedzą w celach
Ciężko o hajs więc rachunków nawet nie otwierasz
Policja zna tutaj tylko trzy metody zgonu:
Przedawkowanie, samobójstwo i morderstwo, ziomuś
To społeczeństwo milczy, chociaż widać ze ma problem
Ten system dość skutecznie ciągle trzyma ich za mordę
Muzyka gra, ale nadal z wypłatami słabo
Wiec mało kto tu żyje tak jak podpowiada prawo

(Chada, Raport z rejonu, 2014)

Fot. Magda Okraska

Hip hopowe teksty pełne są nawiązań do osiedlowych zwyczajów, obchodzących prawo praktyk, konfliktów i zwyczajnej biedy. Jednocześnie ich wektor jest jednoznaczny – należy starać się zrobić hajs na nagrywaniu hip hopu lub biznesie, uniknąć więzienia i, nawet jeśli uda się osiedle ze względu na panujące na nim słabe warunki bytowe opuścić, nigdy nie powinno się zapomnieć, skąd się pochodzi i kto jest nadal naszym ziomem.

Banany tu pewnie nie jarzą jakim ciężarem są puste kieszenie
Mam geny patusa, dlatego zmienić się siebie nie staram (…
Idę na grubo, a nie wiem czy pójdzie
Nikt tu nie żyje, by robić na Tesco
Nawet na wózku do czegoś tu dojdę
Potem to mogę umierać na luzie
Bo Prosto to w życiu miałem tylko na bluzie

(Bajorson ft. Dawid Obserwator, Bez farmazonu, 2020)

Osiedlowy hip hop opowiada o przyjaźni, nienawiści, pieniądzach i problemach społecznych, choć do ich opisu stosuje własny język i szczęśliwie nigdy nie nazywa ich „problemami społecznymi”. Teksty z osiedla bardzo zasadniczo rysują nieprzekraczalną linię pomiędzy blokowym światem a światem bananów czy w ogóle wychowanych w dostatku i wśród kultury ludzi z klasy średniej i wyższej. Cały czas podkreślają, jak ciężki jest los osób, które rodzą się z niczym, podejmują ciężkie, upadlające prace, muszą emigrować za chlebem lub trafiają za kratki, a i tak nigdy nie mogą liczyć na znaczną poprawę swoich warunków. Również raperzy, którym się „powiodło”, podejmują lojalnie tę tematykę. W opozycji do surowego tekstu hip hopowego stoi szereg socjologicznych i psychologizujących analiz, które z inteligenckiego punktu widzenia próbują średnioklasowemu odbiorcy objaśnić, dlaczego pewna grupa społeczna żyje tak, jak żyje. Zamiast jednak je czytać, warto oddać głos głównym zainteresowanym.

Kto jak nie on, w ogień skoczy za tobą
(lokalny chłopaczek) zawsze po deskę grobową
Pierdolę ten twój znaczek i twe słowa nieprawdziwe
(lokalny chłopaczek) chce mieć tu swoją rodzinę
Zżyty z ulicami (lokalny chłopaczek), tu i poza granicami
Po szczyty to tylko z wami (lokalny chłopaczek), u siebie gdyby szukali (lokalny chłopaczek) 

(…) Na pół kromka i szczypiorek
Jak trzeba wiadro węgla, dzięki za ziemniaków worek
Pomoc się odwzajemnia, zwłaszcza w kręgu ludzi z nizin
Patrzyli z daleka, nikt z was kurwa się nie zbliżył
Lokalny chłopaczek jak trzeba drzewa narąbie
Chcesz wiedzieć na kogo liczył? Na tych co mieli podobnie
Jestem raperem z ulicy, przysięgam usłyszą o mnie
Nie powstrzymam nerwicy, która zżera mnie dosłownie
Od paniki pseudo-integracji na szkolnej świetlicy
Jebać treść komentarza,
Intruz syn złomiarza 

(Intruz, Lokalny chłopaczek, 2019)

Fot. Magda Okraska

Sam hip hop bywa postrzegany jako trampolina ku wyzwoleniu z okowów biedy czy życia na bardzo przeciętnym poziomie, jednak jego wspólnotowa tematyka nadal jest determinowana przez miejsce urodzenia i pochodzenia. Dobrze widziane jest dzielenie się kontaktami, a czasem także zarobionymi pieniędzmi, pokazywanie się nadal na ukochanym osiedlu i niezapominanie, skąd się pochodzi.

Rap jest przepustką
Dlatego ćwiczę
Tu, gdzie jak ktoś miał zajęcie
To zazwyczaj komornicze

 (Avi x Loius Villain, Powiedz na osiedlu, 2020)

Co stanie się z osiedlami? Nietrwała z pozoru wielka płyta wytrzyma jeszcze dziesiątki lat. Prawdopodobnie zatem przydarzy im się pogłębianie gettoizacji lub „pozostawienie w spokoju”, czyli podtrzymywanie degradacji. Chyba że ich lokalizacja jest atrakcyjna – wtedy w perspektywie kilku dekad możemy się spodziewać przymusowej „rewitalizacji” i gentryfyikacji okolicy.

Ostatnie kilkanaście lat coraz zajadlejszej ofensywy indywidualizmu i coraz wyraźniejszej polaryzacji społecznej i klasowej zaowocowały pogorszeniem się opinii osiedli, których mieszkańcy bywają przedstawiani jako „leniwi” i „roszczeniowi” (a przynajmniej niedostatecznie zdeterminowani, by się z nich wyprowadzić), w kontrze do „lepszego” towarzystwa z grodzonych czy strzeżonych osiedli. Co najmniej od dekady socjolodzy i dziennikarze tworzą kolejne analizy wpływu grodzenia się mieszkańców na tkankę miejską i lokalne konflikty. Płot oznacza coś więcej niż garść sztachet – bardzo symboliczny brak chęci porozumienia i współdzielenia przestrzeni, wynikający zazwyczaj z inicjatywy zamożniejszej strony.

Ale, jak nawija Intruz z groźbą w głosie, otwarte dla nas są wasze strzeżone osiedla.

 

Autorka: Magdalena Okraska


[1]    GUS. Rocznik Statystyczny, 1970-2017.
[2]    Eastern Blocks, copyright by Zupagrafika, 2019.
[3]    https://www.domiporta.pl/poradnik/7,126872,23904232,ranking-dwudziestu-najciekawszych-nazw-instytucji-deweloperskich.amp dostęp czerwiec 2020.
[4]    Filanowski Błażej, Maszyny do spania. Doświadczenie mieszkania w blokowisku, [w:] Kultura Współczesna, nr 4(92)/2016.
[5]    Reno, utwór „Na osiedlach”, 2013.

Projekt „Rzeczy kultowe” dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury w ramach programu „Edukacja kulturalna” na lata 2018-20 oraz współfinansowano przez Samorząd Województwa Mazowieckiego.

2020

2019

2018

2017

2014